środa, listopada 16, 2005

O dzieciach i dewiantach, czyli prawica zjada własny ogon

Zauważam z niejaką uciechą (na ile można się cieszyć w obliczu tak "wesołych" zdarzeń), że panom Markowi Jurkowi i Kazimierzowi Marcinkiewiczowi nie zapomniano tego, że zwalczali ustawę mającą zakazać bicia dzieci, motywując swój sprzeciw wobec tak niepotrzebnego papierka tym, że nie można się wtrącać w działania rodziców, poza tym bicie dzieci ma działanie wychowawcze, a bite dzieci są "bardziej współczujące".

Tymczasem Polacy nie ustają w wychowywaniu dzieci na jak najbardziej współczujące:

http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,53600,3017536.html -- Na trzy miesiące sąd w Bielsku Podlaskim (Podlaskie) aresztował w środę 30-letnią mieszkankę jednej ze wsi koło Siemiatycz, podejrzaną o znęcanie się nad 3-tygodniowym synkiem i spowodowanie u niego lekkich obrażeń. [...] Kobieta przekonywała, że krew pojawiła się "samoistnie". W poniedziałek zatrzymano matkę dziecka i jej konkubenta, oboje byli pod wpływem alkoholu.

http://serwisy.gazeta.pl/kraj/1,34317,3003309.html -- Agatkę przewieziono do Górnośląskiego Centrum Zdrowia Dziecka i Matki w Katowicach w ubiegłą niedzielę. Miała połamane żebra, obrzęk mózgu i obrażenia wewnętrzne. Zmarła dwa dni później. Prawda szybko wyszła na jaw: dziewczynka była maltretowana. Jak długo? Lekarze mówią, że co najmniej od kilku tygodni. Grzegorz M., kochanek Ewy B., matki dziewczynki, bił dziecko pasem i kopał. Zawsze wtedy, gdy chciała jeść, domagała się zabaw lub po prostu kaprysiła.

Jakie zalecenia ma specminister Ziobro? Jego zdaniem w niektórych przypadkach możliwa jest zmiana kwalifikacji z pobicia ze skutkiem śmiertelnym - za co grozi do 12 lat więzienia - na zabójstwo lub usiłowanie zabójstwa. Wówczas za taki czyn groziłoby nawet 25 lat więzienia.

Tia, jestem pewien, że Grzegorz M. pomyślał sobie, bijąc Agatkę, "eee tam, 12 lat więzienia, zleci jak z bicza trzasł, a przynajmniej k... będzie bardzo współczująca". Przykład brał z pana premiera:

Dziennikarz gorzowski I: - Kazimierz mówi, że lanie paskiem jest wychowawcze. Słyszałem na diecezjalnym kongresie rodziny, jak chwalił ojca, że dawał im w skórę.

Młodszy brat Arek (rozbawiony): - Trzech urwisów w domu, można sobie wyobrazić, co się działo. Ojciec musiał lać.

- Ściągaliście portki?

- Tak. Kładliśmy się na kanapie, a tata przeciągał paskiem przez goły tyłek. Jak na mszy w katedrze się kręciliśmy, tata wyprowadzał przez zakrystię, trzy szybkie i z powrotem. Płakać nie było można, żeby księdzu nie przeszkadzać. Z naszymi dziećmi też tak robiliśmy, z tymi starszymi. Kazimierz czasem Maćkowi musiał przyłożyć.

Najbardziej bawią mnie ludzie, którzy poważnie wykładają swe tezy o tym, że "trzeba wiedzieć jak bić". Albo, "czy nie znasz granicy między biciem odpowiednim a nieodpowiednim?" Na ogół pojawiają się wyzwiska: ty lewaku, cioto, pojebie. Chyba osoby, które tak ładnie odzywają się do bliźnich były za mało bite, dlatego teraz takie jakieś są niewspółczujące biednym szaleńcom, którzy wierzą w wychowywanie bez bicia. Jej, jak mnie to bawi. Do łez.

PS. Jest i dobra wieść! Pan premier powoła doradcę do spraw życia. Jakiego życia, pytacie wzruszeni do łez? Czy aby życia skatowanego pasem na śmierć, pytacie Wy mnie? Otóż nie, dziatki moje. Życia niepoczętego. Aby żadne inwitry i prezerwatywy nie wchodziły w drogę płodności. Co potem? Bóg dał, Bóg wyżywi.

* * *

20 lat temu, 15 listopada 1985, rozpoczęła się tzw. Akcja Hiacynt.

http://www.innastrona.pl/bq_hiacynt.phtml

Akcja "Hiacynt" rozpoczęła się 15 listopada 1985 z polecenia generała Czesława Kiszczaka, ówczesnego ministra spraw wewnętrznych. Milicja przez dwa lata zarejestrowała tysiące homoseksualistów. Na temat akcji wypowiadał się rzecznik prasowy Komendy Głównej Milicji Obywatelskiej w wywiadzie dla pisma "W służbie narodu" z 12 stycznia 1986 roku.
Wyjaśniał, że spisanie danych dotyczących gejów jest konieczne ze względu na kryminogenność środowiska, szerzącą się prostytucję i niebezpieczeństwo AIDS. Według ówczesnych działaczy gejowskich, prawdziwym powodem było zinwigilowanie i zniszczenie rodzącego się ruchu gejowsko-lesbijskiego oraz zastraszenie potencjalnych zwolenników.

10 sierpnia br. Polska Agencja Prasowa poinformowała o postulatach Kampanii Przeciw Homofobii, która domaga się zniszczenia 11 tys. akt gejów i lesbijek, znajdujących się ponoć w archiwach Instytutu Pamięci Narodowej, a będących pozostałością po słynnej operacji "Hiacynt". Prezes KPH Robert Biedroń tłumaczył, że dokumenty te nie są już dziś nikomu potrzebne, a mogą posłużyć do szantażu. W odpowiedzi Andrzej Arseniuk z wydziału prasowego IPN poinformował, że zlikwidowanie akt jest niemożliwe, gdyż nie zezwala na to ustawa. Pomysł zniszczenia dokumentów wydaje się jednak nie tylko niezgodny z prawem, ale także całkowicie chybiony.


Całkowicie chybiony, rzeczywiście. Ja bym zamiast tego całość upublicznił. Jednak nasi bojownicy z komunizmem zamiast tego sugerują, żeby robić to w domu po kryjomu.

Podobieństwa między opozycjonistami, a gejami i lesbijkami widoczne są także dziś. Pisarka Anna Kowalska wspominała, że częste rewizje jej mieszkania przez milicję nie podobały się wielu sąsiadom na tyle, że pewnego razu usłyszała, "że wszyscy mają jakieś poglądy, ale to nie powód, by publicznie o nich mówić". Brzmi to nie tylko jak parafraza hasła "Rób to w domu po kryjomu" wykrzykiwanego do homoseksualistów podczas jednej z Parad Równości przez Młodzież Wszechpolską. W podobnym tonie wyrażają się też homofobiczni publicyści, od Wildesteina i Rybińsakiego, przez Ziemkiewicza do Barbary Fedyszak-Radziejowskiej. [...] po artykule Krzysztofa T. Darskiego Jerzy Urban ocenił tekst jako "jeden z najgłupszych i najbardziej podłych", objaw "przeczulenia i grupowego ekscentryzmu" oraz odmówił homoseksualistom prawa do opieki państwa "-Minister do spraw pederastii nie jest nam potrzebny" - zdecydował.

Bojownicy z komunizmem nie mają, jak widać, wcale tak daleko do Urbana, jak by chcieli udawać:

http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,53600,3015594.html

W zeszły piątek podczas uroczystej mszy za ojczyznę z udziałem władz Poznania biskup Marek Jędraszewski powiedział, że "zgoda na organizowanie imprezy - w swojej istocie naruszającej najbardziej podstawowe prawa boskie w odniesieniu do człowieka - uwłacza pamięci ojca świętego Jana Pawła II, jak również podważa wiarygodność zaproszenia wystosowanego do Benedykta XVI przez władze Poznania". Dalej biskup mówił, że nie można zasłaniać się poprawnością polityczną ani prawem, które jest złe, gdy pewne inicjatywy uderzają w to, co o godności człowieka mówi sam Bóg.


Jeszcze przed tą homilią biskupa zastępczyni dyrektora wydziału spraw obywatelskich Urzędu Miasta Poznania Halina Wojtkowska mówiła, że na razie nie ma przesłanek, żeby marszu zakazać. Natomiast wczoraj Katarzyna Wilk, dyrektor tego wydziału, poinformowała dziennikarzy o zakazie: - Nie interesuje nas ani cel, ani program tego marszu. Chodzi o bezpieczeństwo uczestników imprezy oraz poznaniaków i o ochronę mienia mieszkańców - powiedziała. - Prezydent ugiął się pod naciskami PiS i LPR - ocenia Iza Kowalczyk z Komitetu Organizacyjnego. - Zakaz marszu to decyzja polityczna.

- Rozpatrywane były tylko aspekty prawne i techniczne - zapewnia prezydent Grobelny.

- Proponowaliśmy zmianę trasy albo pikietę. Organizatorzy się nie zgodzili - mówi dyr. Wilk.

Organizatorzy jednak twierdzą co innego. - Jesteśmy zdumieni. Dzień wcześniej spotkaliśmy się z policją, uzgodniliśmy trasę przemarszu, nieco ją modyfikując, zgodnie z sugestiami policji. Konkluzja była taka, że policja jest w stanie zapewnić porządek. Mam notatkę z tego spotkania - powiedziała nam Agata Teutsch z Komitetu Organizatorów Marszu.

Policja ma inną wersję. - Wyraźnie powiedzieliśmy, że nasza opinia jest negatywna - mówi Andrzej Borowiak, rzecznik prasowy poznańskiej policji. - Musimy pamiętać, że rok temu mieliśmy w Poznaniu zamieszki, starcia, regularną bitwę. Podobnie było w Krakowie i Warszawie. Ale zaakceptowalibyśmy zmodyfikowaną trasę marszu, gdyby prezydent go nie zakazał.

Czyli zakazaliśmy, bo nie zmieniono trasy, trasę zmieniono, ale i tak zakazano, a zmienionej trasy nie zaakceptowano, bo zakazaliśmy.

Niech za najlepszy komentarz posłuży wypowiedź pana profesora prawa, znamienitego (nie wątpię) znawcy "Roku 1984" Orwella, prof. Wojciecha Łączkowskiego:

- Domaganie się zalegalizowania pewnych zachowań homoseksualnych kłóci się z art. 25 ust. 2 Konstytucji RP [chodzi o bezstronność władz RP w sprawie przekonań m.in. światopoglądowych i filozoficznych]. Warto, by władze miasta wzięły to pod uwagę przy podejmowaniu decyzji w sprawie organizacji marszu równości w Poznaniu - uważa prof. Wojciech Łączkowski, prawnik i członek Rady.

Pan Wojciech bez problemu przebija cieniasa Winstona:

Odrzucenie błędu nie sprawiło mu trudności; nie obawiał się, że da się znów sprowadzić na manowce. Jednakże taki fałszywy tok rozumowania w ogóle nie powinien był mu przyjść do głowy. Umysł musi umieć się wyłączać, ilekroć zbacza na niebezpieczne tory. Proces ten powinien zachodzić automatycznie, odruchowo. W nowomowie określano go mianem zbrodnioszlaban.

Winston zaczął wyrabiać w sobie tę umiejętność. Przywoływał w myślach różne tezy - na przykład: "Partia twierdzi, że ziemia jest płaska", "Partia twierdzi, iż lód jest cięższy od wody" - i ćwiczył zdolność niedostrzegania lub nierozumienia argumentów, które mogłyby je obalić. Nie było to łatwe. Należało szybko myśleć, a ponadto mieć dar improwizacji. Już problemy arytmetyczne typu "dwa i dwa to pięć" znacznie przekraczały intelektualne możliwości Winstona. Wymagały niesłychanej giętkości umysłu pozwalającej w jednym momencie dokonywać najsubtelniejszych operacji logicznych, w następnym nie dostrzegać najbardziej podstawowych błędów w rozumowaniu. Głupota okazywała się równie niezbędna jak inteligencja, a znacznie trudniej było mu ją w sobie wykształcić.

Dla pana profesora prawa, który dyskryminującą decyzję uzasadnia nakazem bezstronności władz -- problem "dwa i dwa to pięć" to pestka. Pewnie miał to na pierwszym roku studiów.

0 Comments:

Prześlij komentarz

Links to this post:

Utwórz link

<< Home