czwartek, lutego 23, 2006

Konferencja naukawa

Dowiedziałem się otóż, iż w Watykanie trwa "pięciodniowa konferencja naukowa poświęcona legalizacji związków [osób] homoseksualnych". Jacyż to naukowcy wystąpią? "W czasie konferencji swoje wystąpienia zapowiedzieli m.in.: ks. Tony Antarell francuski kapłan i psychoanalityk, amerykański prawnik David Crawford i hiszpański teolog Juan Jose Perez-Soba." Być może tak wybitne ciałą naukowe wreszcie zdołają w zrozumiały sposób wytłumaczyć jakieś to niebezpieczeństwa niosą ze sobą związki rejestrowane i w jaki sposób fakt, że mógłbym odebrać pocztę mojego męża, odwiedzić go w szpitalu, zadecydować o jego pochówku i pozbyć się problemów z ewentualnym podziałem majątku wpływa na związek państwa Kowalskich z trzeciego piętra.

Jednakowoż, jako dusza złośliwa, nie mogę się pozbyć wizji Kampanii Przeciw Homofobii oraz portali gejowskich organizujących konferencję naukową pt. "Czy bezżenność księży zagraża tradycyjnemu modelowi rodziny?". Oto próbki wystąpień, jakie mogłyby przy okazji zostać wygłoszone:

"Księża jako osoby bezżenne i bezdzietne nie wnoszą niczego do społeczeństwa. Co więcej, większa liczba księży zagraża porządkowi naturalnemu -- grożąc wyludnieniem się społeczności."

"Osoba, która w imię wiary w niewidzialnego przyjaciela odmawia uprawiania seksu, w oczywisty sposób musi być wewnętrznie nieuporządkowana psychicznie."

"Nie należy potępiać osoby, lecz czyn. Dlatego też nie potępiamy samych księży za to, że wskutek swojego wewnętrznego nieuporządkowania czują potrzebę zbliżania się do niewidocznego przyjaciela za pomocą nieuprawiania seksu; jednak sam fakt, że wstrzymują się od czegoś, co jest ważną częścią psychiki ludzkiej, budzi nasz niepokój, zwłaszcza, że osoby te nakłaniają innych, często nieletnich do podobnych praktyk."

Brzmi znajomo, prawda?

piątek, lutego 17, 2006

Dół bez dna

Dzisiaj mam doła. Takiego prawie, jakie miewałem przed rozpoczęciem kuracji antydepresantami. Przegląd prasy albowiem pozwolił mi wzbogacić swoją wiedzę o następujące kwiatki (właściwie to już cały ogród...):

http://www.gazetaprawna.pl/...htm

"Pracownica, która zajdzie w ciążę i urodzi dziecko, przez 4 lata nie będzie musiała się martwić o zatrudnienie. Taką ochronę stosunku pracy zakłada projekt LPR dotyczący zmian w kodeksie pracy, który trafił do parlamentu. [...] Rozstanie z taką pracownicą mogłoby być możliwe tylko w przypadku likwidacji lub ogłoszenia upadłości firmy oraz w przypadku, gdy zajdą przyczyny uzasadniające rozwiązanie umowy bez wypowiedzenia z jej winy, a związki zawodowe zgodzą się na to zwolnienie. [...] Andrzej Malinowski, prezydent Konfederacji Pracodawców Polskich, uważa, że tak długi okres ochronny kobiet powracających do pracy po macierzyńskim znacznie ogranicza swobodę kształtowania polityki kadrowej przez pracodawcę."

Na papierze wygląda ślicznie, prawda? Mniej więcej przez 5 sekund -- tyle potrzebuje średnio inteligentny człowiek, aby zauważyć, że pracodawcy mając do wyboru zatrudnić mężczyznę, którego da się zwolnić w każdej chwili i kobietę, której nie da się wyrzucić nawet jeśli będzie spędzać 6 z 8 godzin dnia pracy na dłubaniu w nosie i czytaniu gazety pod biurkiem, wybierze mężczyznę.

Przeraża mnie nie tyle sam projekt, co hipokryzja, jaka leje się strumieniami z wypowiedzi panów (jakie to ciekawe, że akurat panów...) posłów LPR. "Taką ochronę wymuszają sytuacja na rynku pracy i działania pracodawców, którzy nie zawsze uwzględniają fakt posiadania małego dziecka, np. przy planowaniu rozkładu czasu pracy – uważa poseł Andrzej Mańka. – Okres ochrony w połączeniu z urlopem macierzyńskim pozwoli na opiekę nad dzieckiem do czasu osiągnięcia przez nie wieku przedszkolnego. Wówczas nie wymaga ono takiej opieki i matki mogą wrócić do pracy już bez żadnych ograniczeń – argumentuje Andrzej Mańka." Ani słowa o tym, że właściciele firm zyskują właśnie potężny argument za zmniejszaniem płac kobiet oraz ich kompletnym niezatrudnianiem. O tym, że dla małej firemki zatrudnienie np. dziewczyny prosto po studiach i trzy miesiące po ślubie byłoby strzelaniem sobie w stopę z armaty. Nie twierdzę, że kobiety po urodzeniu dziecka natychmiast zaczną kompletnie olewać pracę... jednak nie sądzę, żeby nawet poseł Andrzej Mańka potrafił przekonać pracodawców, że takie przypadki nie wystąpią. Warto też zauważyć, że projekt nie bierze pod uwagę np. reorganizacji firmy (a może cały dział miałby ulec likwidacji... jednak pani Marzenka musi zostać). No i na koniec pytanie: co ma zrobić pani Marzenka, której co prawda nie wolno zwolnić, ale wolno jej ograniczyć pensję do absolutnego minimum w dniu zajścia w ciążę?

LPR ma i na to odpowiedź, która padła już dość dawno temu -- otóż kobiety powinny zaoszczędzić sobie męki pracy i zostać w domu, gdzie otrzymają pieniądze za taśmową produkcję płowowłosych Wszechpolaków. Na wypadek, gdyby kobieta miała inne zdanie na temat wychowania dziecięcia swego, powstał wszakże Instytut Wychowania. "Jak twierdzi wiceminister edukacji Jarosław Zieliński - jego głównym zadaniem będzie praca nad wyrobieniem w młodzieży postawy obywatelskiej i patriotycznej. [...] Pomysł ministerstwa edukacji nie wzbudza powszechnego zachwytu. Przede wszystkim dlatego, że - jak zapowiedział minister edukacji Michał Seweryński - wychowywanie młodzieży będzie się odbywać w oparciu o wartości chrześcijańskie. Budzi to obawę, że rząd działa w kierunku stworzenia państwa wyznaniowego. Narzucenie wychowywania w nurcie chrześcijańskim narusza też konstytucję, która daje rodzicom prawo do wychowania religijnego i moralnego dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami." Możnaby zauważyć, że nie jest to pierwszy pomysł rządu i Sejmu naruszający konstytucję, na szczęście jednak Jarosław Kaczyński zapowiedział już, że Trybunał Konstytucyjny wymieni się na odpowiedni.

Co prawda Ministerstwo Prawdy, chciałem powiedzieć Instytut Wychowania jeszcze nie działa, ale zawsze pozostają katecheci i katechetki: otóż "Dzieci z drugiej klasy gimnazjum w Kalinowie pod Ełkiem obejrzały na lekcji religii wywołujący kontrowersje film "Niemy krzyk". Rodzice dowiedzieli się o tym przypadkiem. [...] Katechetka, która zdecydowała się pokazać film swoim uczniom jest zdziwiona reakcją rodziców. - Omawialiśmy temat zła, a aborcja to jego przejaw - tłumaczy. - Film jest drastyczny, ale pasował do tematu. Uczniowie pierwszych klas podeszli do tego bardzo spokojnie, dlatego obejrzeliśmy go także w klasach drugich." Nie będę opowiadał, o czym jest film, bo wszyscy wiedzą, nie wszyscy jednak wiedzą, że już w 1985 roku organizacja Planned Parenthood poprosiła zespół sześciu specjalistów (w tym ginekologa i neurologa) o wyrażenie opinii na temat dzieła. Oto cytat, za "Światem bez kobiet" Agnieszki Graff:

"W roku 1985 organizacja Planned Parenthood poprosiła zespół specjalistów (sześciu lekarzy, w tym trzech profesorów ginekologii i neurologii), żeby przeanalizowali przekazywane w filmie treści naukowe. W obszernym raporcie pod tytułem „Nieścisłości medyczne w „Niemym krzyku” stwierdzili oni, że film zawiera pięć podstawowych przekłamań. Przede wszystkim fałszywe jest twierdzenie, iż „dwunastotygodniowy płód odczuwa ból”. Na tym etapie rozwoju mózg składa się ze szczątkowego wzgórza i rdzenia kręgowego, a większość komórek mózgowych jeszcze się nie rozwinęła. Bez kory mózgowej nie można otrzymywać bodźców bólowych. Po drugie, nie jest prawdą, że „dwunastotygodniowy płód wykonuje świadome ruchy” (np. uciekając przed narzędziami chirurgicznymi). W tym stadium rozwoju możliwe są tylko odruchy ruchowe – takie jak u organizmów jednokomórkowych – bez udziału świadomości i cierpienia. Eksperci od echografii i techniki filmowej stwierdzili też, że zabieg umyślnie filmowano w zwolnionym tempie, co przy normalnej projekcji daje wrażenie nadaktywności płodu. Po trzecie, fałszywe jest powtarzane w filmie twierdzenie, iż „echografia pokazuje otwarte usta płodu”. Na obrazie przekazywanym za pomocą ultradźwięków nie da się bez żadnych wątpliwości zidentyfikować ust. Nieprawdziwa jest również teza, iż „dwunastotygodniowy płód wydaje niemy krzyk”, ponieważ krzyk wymaga obecności powietrza w drogach oddechowych. Zarzut dotyczy także twierdzenia, że „płód jest osobą taką samą jak my wszyscy”. W tym stadium rozwoju posiada on tylko zawiązki organów i nie jest zdolny ani do życia poza organizmem matki, ani do świadomego myślenia – z punktu widzenia medycyny nie jest więc dzieckiem, lecz organizmem we wczesnej fazie rozwoju, który potencjalnie może stać się dzieckiem. Wreszcie, zdaniem komisji, istotnym nadużyciem jest też sam przebieg filmowanego zabiegu: przy dwunastotygodniowej ciąży nie używa się „instrumentów zgniatających”, lecz wykorzystuje metodę próżniową.”
Aborcji można dokonywać tylko przez okres trzech pierwszych miesięcy ciąży, co daje nam około trzynastu tygodni, czyli okres czasu, podczas którego żaden zarodek pod względem swojej biologicznej budowy i funkcji fizjologicznych nie jest jeszcze człowiekiem. A już absurdem jest twierdzić, że może być porównywany do noworodka. Mitem jest, że lekarze usuwają dzieci tuż przed narodzinami, albo w ostatnich miesiącach ciąży. Ze względu na zdrowie kobiety taki zabieg byłby niezwykle ryzykowny."

Rozumiem tu i argumenty drugiej strony: nie jest dla nich ważne, czy film jest prawdziwy, czy nie, wierzą po prostu, że aborcja jest złem i chwytają się wszystkich środków, żeby do niej nie dopuścić, nieważne, czy środki są etyczne, czy nie -- życie płodu ma wartość nadrzędną nad psychiką 14-latki, która obejrzy film. A że obejrzy go w szkole? że rzekomo świecka instytucja utrzymywana z pieniędzy podatników wpoi jej zwyczajną nieprawdę? To nie jest ważne. Polska biedna, ale katolicka!

Jeśli jeszcze nie wiecie, czemu mam doła, dorzucę kilka kolejnych cegiełek: otóż Lech Kaczyński zapowiedział, że "w sprawie ustawy legalizującej związki homoseksualne zachowałby się tak jak prezydent Czech Vaclav Klaus - czyli zawetowałby ją." Co prawda, "w obecnym polskim Sejmie podobna ustawa nie miałaby szans. Podkreślił jednak, że gdyby taka ustawa została uchwalona, "oczywiście by ją zawetował"." Zaiste, mamy tydzień obwieszczania Czego Prezydent Nie Zrobi. W poniedziałek prezydent ogłaszał, że nie rozwiązuje Sejmu, w piątek dodaje, że nie poprze ustawy, o której popieranie nikt go nie pytał. To oczywiście możnaby ciągnąć tonem kabaretowym dalej i zastanawiać się, jakich ustaw prezydent nie podpisze jutro, niemniej jednak z punktu widzenia osoby zainteresowanej ustawą osobiście Lech Kaczyński po prostu daje po raz kolejny sygnał, że NIE jest prezydentem wszystkich Polaków, co najwyżej Wszechpolaków. Czy wiecie, czego dotyczy ustawa? Otóż ustawa umożliwiałaby mi decyzję o leczeniu mojego partnera, odbieranie za niego listów na poczcie, regulowałaby przynajmniej częściowo kwestię dziedziczenia -- otóż "Podział majątku osoby zmarłej dokonywany jest na podstawie ustawy, a testament może być dla sądu tylko sugestią. Partner ze związku homoseksualnego nie jest przewidziany w naszym prawie. Nawet jeżeli zmarły zapisze w testamencie majątek drugiemu uczestnikowi związku gejowskiego, to rodzina nieboszczyka może tę decyzję łatwo podważyć. Podobny problem pojawia się przy konkubinatach heteroseksualnych." Problem w tym, że konkubinaty heteroseksualne mają proste wyjście -- wzięcie ślubu. My tego wyjścia nie mamy i prezydent już zapowiedział, że zadba o to, żebyśmy dalej wyjścia nie mieli. To, że część mojej rodziny nie przyznaje się do znajomości ze mną prezydenta nie ciekawi -- ostatecznie mam czego chciałem, wiodąc życie pełne grzechu i rozpusty. Przypomnę jeszcze, że przed wyborami PiSs uznawał rozmowy na temat ustawy o związkach rejestrowanych za temat zastępczy, odwracający uwagę obywateli od dyskusji na tematy ważne, jak na przykład głód, bezrobocie i gospodarka.

W tym kontekście 20 milionów zł na Świątynię Opatrzności Bożej pominę milczeniem, bo o czym tu mówić? Natomiast nie można pominąć milczeniem nowo utworzonej instytucji pt. CBA:

"[CBA] Może prowadzić śledztwo i stawiać zarzuty w każdej sprawie, jeśli w tle jest korupcja. Żeby użyć CBA, wystarczy zatem kogoś o korupcję pomówić - dowodził Wiesław Woda (PSL). Poseł uważa też, że biuro będzie zbierać informacje daleko wykraczające poza zakres jego działalności, np. o pochodzeniu rasowym, poglądach politycznych, przekonaniach religijnych, stanie zdrowia, nałogach i życiu seksualnym. - Co to wszystko ma wspólnego z korupcją? - dziwił się poseł. - To standard. Każda służba specjalna, zajmująca się jednym z aspektów bezpieczeństwa państwa, musi gromadzić, przetwarzać i analizować takie informacje o podejrzanych o działalność przestępczą. Jeśli ktoś okazuje się niewinny, dane są niszczone - tłumaczył Kamiński."

Wydawałoby się, że Polska miała już urzędy, które zajmowały się gromadzeniem informacji o pochodzeniu rasowym, poglądach politycznych, życiu seksualnym i przekonaniach religijnych. Oczywiście informacje te wykorzystywane były tylko w szczytnym celu Bezpieczeństwa, a jeśli ktoś okazywał się niewinny, dane były niszczone. Prawda? Tylko dlaczego w takim razie pracownicy dawnego SB mają być teraz lustrowani, odsuwani od stanowisk publicznych i ma się im odbierać emerytury? Czym różnić się będą metody SB od metod CBA? Przecież żadna z tych instytucji nie ma w nazwie "totalitarny", "represyjny", "przemoc" ani "przeciwnicy systemu", jedna zajmowała się bezpieczeństwem, druga będzie zwalczać korupcję. "Funkcjonariusze CBA będą mieli podobne uprawnienia, jak inne służby specjalne i policja prawo legitymowania, kontroli osobistej, przeszukiwania osób i pomieszczeń, podsłuchu, prawo do zakupu kontrolowanego. Będą mogli stosować środki przymusu i broń. [...] Niektóre przepisy wręcz wyśmiewano, np. ten, że wobec osób, których wygląd wskazuje na wiek do 13 lat, nie stosuje się kajdanek ani paralizatorów, tylko chwyty obezwładniające. - Nie wiedziałem, że dzieci też są zamieszane w korupcję - dziwił się jeden z posłów." A jakże! Dzieci urodzone w III RP nie przeszły przez Instytut Wychowania i można je podejrzewać o wszystko.

Tym optymistycznym akcentem kończę mój biuletyn w nadziei, że zanim Polska wyjdzie ze złej Łunii, zdążę wyjechać do zgniłej Holandii, gdzie nie ma instytutów ds. wychowania katolickiego, nie przeznacza się pieniędzy z budżetu na budowę kolejnych świątyń i nie zbiera informacji o życiu seksualnym celem walki z korupcją.

czwartek, lutego 16, 2006

Akty i (p)akty

Dzisiaj będzie apolitycznie.

W ramach przygotowań do wyjazdu za granicę z pewnych powodów potrzebny mi był skrócony odpis aktu urodzenia. W tym celu udałem się do odpowiedniego urzędu. Wypełniłem wniosek. Od razu pojawił się absurd pierwszy: na wpisanie numeru postaci x-xxxx/xxxx przewidziano 5 kratek (jako przykładowy numer we wzorze wpisano beztrosko 12345). Poza tym, numer swojego aktu urodzenia znałem stąd, że miałem stary odpis. A co bym zrobił, gdybym go nie miał? Nieważne.

Otóż otrzymanie skróconego odpisu aktu urodzenia trwa 7 dni roboczych. Procedura wygląda tak:

1. Przychodzimy, odstajemy 40 minut w kolejce, wręczamy pani wypełniony wniosek, dowód osobisty, pani sprawdza dane, inkasuje znaczki skarbowe, informuje, że odpis będzie za 7 dni.
2. 7 dni później przychodzimy, odstajemy 40 minut w kolejce, wręczamy pani dowód osobisty, pani sprawdza naszą tożsamość w komputerze, klika "print" i NA MIEJSCU DRUKUJE ODPIS.

Pytania brzmią:

1. Na co ja właściwie czekam 7 dni, skoro pani ma moje dane w komputerze, a odpis drukuje sama (a nie np. wysyła prośbę do właściwego urzędu o przygotowanie odpisu lub przesłanie danych)
2. Czy aby wyeliminowanie odstępu 7 dni nie pozwoliłoby na zaoszczędzenie pieniędzy i obsłużenie 2 interesantów w czasie, kiedy obsługuje się jednego? (dwa razy traci się czas na sprawdzanie dowodu, w moim przypadku na dyskusje o wysokości opłaty skarbowej w specyficznym przypadku, etc.)

Pytania oczywiście są retoryczne i z tej samej klasy, co: czemu na otrzymanie NIP czekamy do dwóch miesięcy? (jako absolwent Politechniki stwierdzam kategorycznie, że nie istnieje ŻADNA możliwość, aby na otrzymanie NIP należało czekać dłużej niż 30 minut) Czemu numery PESEL, NIP, nr dowodu osobistego nie są ze sobą powiązane i musimy podawać często wszystkie trzy naraz?

środa, lutego 08, 2006

Podsumowanie dyskusji

Życie Warszawy poprosiło o wypowiedź profesora Mariana Filara.

http://www.zw.com.pl/apps/a/tekst.jsp?place=zw2_a_ListNews1&news_cat_id=2051&news_id=79773

Cieszy się Pan, że w resorcie sprawiedliwości mamy wreszcie faceta z jajami, który ostro się wziął za bandytów?

Ależ cechą ministra nie powinien być nadmiar nabiału! Dobrze by było, gdyby minister wyróżniał się nie tym, co ma od pasa w dół, tylko tym, co ma od pasa w górę. A ściślej – od szyi w górę.

Chyba Pan nie zaprzeczy, że Ziobro ma w głowie kilka niezłych pomysłów?

Trzy czwarte tych pomysłów, które są ogłaszane jako patenty ministra Ziobry, to nie jest absolutnie żadna nowość. Przykład: mówi się, że będziemy odbierać gangsterom majątki. A przecież w kodeksie karnym taki przepis od dawna istnieje.

Są jednak i pomysły autorskie. Po złapaniu chuligana prokurator będzie miał 48 godzin na sporządzenie aktu oskarżenia, a sąd – 24 godziny na wymierzenie kary. Myśli Pan, że ludzie nie będą zadowoleni z błyskawicznego karania łobuzów?

Pomysł, żeby to przyspieszyć, to krok w dobrym kierunku. Tylko że nadmierny pośpiech jest wskazany przy łapaniu pcheł, a nie w wymiarze sprawiedliwości. Tu jest tysiące różnych problemów. Co z adwokatem, którego młodociani muszą mieć tak czy siak? Co ze ściągnięciem świadków, którzy przecież nie mają obowiązku stawić się w nocy, kiedy porządni ludzie śpią? A sprawdzenie w rejestrze skazanych? To dobrze, że myśli się o przyspieszeniu, ale niepotrzebnie mami się ludzi jakimiś prostymi rozwiązaniami. [...] Chodzi po prostu o to, żeby wreszcie każdy wykonywał sprawnie swoją robotę.

I to właśnie ma na celu Ziobro. Jak sędzia leń będzie miał dobę na wyrok, to się wreszcie weźmie do roboty.

Nie ma takiej możliwości. Sędzia jest niezawisły; wystarczy, że nie doprowadzą mu żądanego świadka i 24-godzinny termin diabli wezmą.

Jeżeli termin będzie obowiązywał ustawowo, to sędzia zostanie po prostu zmuszony do wydania wyroku.

Ależ nie zostanie, jeżeli sąd nie będzie miał zakończonego postępowania dowodowego! Dla sądu nie są ważne jakieś 24 godziny, tylko to, żeby wyrok był sprawiedliwy. Jeżeli w ciągu tych 24 godzin zapadnie wyrok do niczego, to taki wyrok z hukiem – powtarzam: z hukiem! – zawali się w postępowaniu apelacyjnym. I w efekcie całe postępowanie będzie trwało jeszcze dłużej. Każdy prawnik wie o tym, że jak schrzanimy postępowanie w pierwszej instancji, to będziemy potem latami łazili po apelacjach i kasacjach.

Sądząc po pewnych sygnałach, nowa władza chce też upychać zbirów w więzieniach, nie zważając, że i tak są ponad normę przepełnione...

Polskie zakłady karne są w stanie zmieścić 80 tysięcy więźniów, a w tej chwili już nam brakuje około 40 tys. miejsc. Radą na to jest odpowiednia polityka. Jak nie będziemy trzymać faceta za to, że nie płaci alimentów, to znajdzie się miejsce dla bandyty. Natomiast jeżeli będziemy upychać, to dobierze się nam do skóry Unia Europejska. Ale to pal licho, bo – co gorsze – dobiorą się do nas sami więźniowie. Wie pan, co to znaczy siedzieć w celi 4-osobowej w 10 osób?! Widziałem to w Czarnem i nikomu nie życzyłbym tego widoku.

Nawet tym mordercom z Torunia, którzy pastwili się kilka godzin nad dziewczyną przed jej zabiciem?

Nawet tym, którzy katowali 20 ofiar, bo ja mam ich gdzieś! Ale nie mam gdzieś siebie i moich współobywateli. A zapewniam pana, że jeżeli wybuchnie bunt w więzieniu, to zginą również niewinni ludzie.

Może dobrym rozwiązaniem jest inny pomysł Ziobro – zamiana koszar i budynków PGR-owskich na więzienia?

(śmiech) Czy pan Ziobro nie dostrzega różnicy pomiędzy budową cielętnika i budową kryminału? Nie da się zamienić koszar ani PGR-u na zakład karny, bo obowiązują tu zupełnie inne wymogi architektoniczne i wymogi bezpieczeństwa.

Rozszerzenie granic obrony koniecznej też się Panu nie podoba? Ziobro dał przykład, wypuszczając sprawców zamordowania zbira we Włodowie...

Przepraszam, ale tu już muszę odpowiedzieć ostro. Te działania pana ministra to już zupełny nonsens. Wiadomo, co jest w polskim prawie obroną konieczną, a co jej przekroczeniem. I we Włodowie nie było mowy o żadnej obronie koniecznej.

Nie będę komentować, bo i po co? Dodam jeszcze anegdotę, znalezioną na forum gazety.pl:

Na Uniwersytecie Warszawskim kilka lat temu odbywała się konferencja dotycząca kary śmierci. Jednym z prelegentów był młody aplikant prokuratorski - Zbigniew Ziobro. Przemawiał płomiennie, argumentując za potrzebą wprowadzenia tej kary. Piękne zwroty, soczysta argumentacja. Gdy skończył, jeden z profesorów stwierdził: „Dziękujemy za to niezwykłe przemówienie, a teraz przejdźmy do zagadnień prawnych. Bo jesteśmy na wydziale prawa, a nie na partyjnym wiecu". Taką anegdotę opowiadają sobie prawnicy. Studenci prawa śmieją się: „Dzień bez konferencji ministra Ziobry jest dniem straconym".

niedziela, lutego 05, 2006

Postscriptum

http://igorjankepost.blog.onet.pl/

Ewa Siedlecka, czołowa publicystka prawna "Gazety Wyborczej" przysłała swoją polemikę z moim postem "Ziobro ma prawo". Przypomnę, że przyznawałem w nim ministrowi sprawiedliwości prawo do zmiany składu Komisji Kodyfikacyjnej i dobieraniu sobie takich współpracowników, którzy będą wspomagać go w realizacji programu PiS, z którym ta partia szła do wyborów. Napisałem: Prawo i Sprawiedliwość idąc do wyborów mówiło o potrzebie zaostrzenia prawa karnego. Wyborcy ich poparli i tego oczekiwali. Zresztą wypowiedzi Platformy nie były w tej sprawie zasadniczo inne. Społeczeństwo chciało zaostrzenia kar. PiS doszedł do władzy i powinien realizować politykę, którą zapowiedziało i której chcą wyborcy.
Oto polemika Ewy Siedleckiej:


[...] Po trzecie i najważniejszeSpołeczeństwo jest za zaostrzaniem kar i za karą śmierci, podobnie, jak jest za zniesieniem podatków. Gdyby demokracja była mechaniczną realizacja woli większości, państwa demokratyczne dawno by upadły. A zadośćczynienie tej woli dla politycznego zysku, wbrew dobru ogółu nie ma nic wspólnego z odpowiedzialnością za państwo.Wymiar sprawiedliwości to nie jest dziedzina, do której można stosować demokrację. Tu nie decyduje wola większości, bo ona sobie na sumienie nie bierze wyroków. Biorą je sędziowie, których swobodę decyzji Ziobro chce ograniczyć m.in. zmuszając ich do automatycznego podnoszenia kar za „czyny chuligańskie”. To samo zrobiły władze WRON wprowadzając wraz ze stanem wojennym tzw. tryb doraźny przy sądzeniu niektórych przestępstw i wykroczeń . A w trybie doraźnym były odpowiednio wyższe kary pozbawienia wolności i brak możliwości ich zawieszenia. Dokładnie, jak w ostatnim pomyśle Ziobry. Wtedy sędziowie - ci przyzwoici, a było ich sporo - stawali na uszach, żeby znaleźć prawne kruczki i „oddoraźnić” tryb. (nota bene, o ile wiem, nie było wśród nich sędziego Kryże).Ówczesne „nieposłuszeństwo” sędziów dziś min. Ziobro zapewne oceni pozytywnie. Ale jak mu się sędziowie będą buntować przeciw stosowaniu jego (wymyślonego przez sędziego Kryże) „trybu przyspieszonego” - to im pogoni kota: napiętnuje na konferencji prasowej, doprowadzi (co zapowiada) do zmiany ustawy o ustroju sądów powszechnych tak, żeby móc dowolnie odwoływać i powoływać prezesów sądów (a ci już zrobią porządek w swoich sądach z niesfornymi sędziami: jak za PRL-u nie będą awansowali), a w końcu zmieni konstytucję (według zapowiedzi Krajowa Rada Sądownictwa ma się w 2/3 składać z politycznie wyznaczanych osób, które nie muszą mieć żadnych kwalifikacji i ma mieć władzę wnioskowania o pozbawienie sędziego urzędu).

A co do polityki karnej: Prawdziwym interesem większości, która żąda surowych kar jest bezpieczeństwo, a nie zemsta. A skoro tak, odpowiedzialna władza myśli, jak zapewnić bezpieczeństwo, a nie, jak się przypodobać i zadośćuczynić żądaniom. Odpowiedzialna władza musi przewidywać wszystkie, w tym odległe w czasie skutki polityki karnej, którą prowadzi i brać za nie odpowiedzialność. Podobnie, jak musi prowadzić odpowiedzialną politykę podatkową.Musi wziąć odpowiedzialność za wykonanie kar (zbudować więzienia, a więc wydać publiczne pieniądze), za to, aby więzień przynajmniej się gorzej nie demoralizował w więzieniu i aby po uwolnieniu znalazł pracę i dach nad głową, bo inaczej będzie stanowić zagrożenie.Musi też wziąć odpowiedzialność za takie ukształtowanie procedury, które możliwie najlepiej zabezpieczy przed skazaniem niewinnego. Władza, która stosuje zasadę, że lepiej ukarać niewinnego, niż przepuścić łotrowi - w mojej ocenie - okazuje pogardę dla sprawiedliwości i ludzkiej godności.

Nic dodać, nic ująć.

sobota, lutego 04, 2006

Reperkusje, czyli właśnie się przeraziłem, pt. II

Oto obiecana odpowiedź komentującym notkę "Właśnie się przeraziłem".

Wspominacie, że "Twierdzenie ze moga mnie zaaresztowac bo slucham muzyki po 22 to zwykla chisteria i przeginanie paly tak bardzo charakterystyczne dla polakow". Albo, że "chce aby policja i sad karal chuliganow, ktorzy dewastuja klatki schodowe, ktorzy szczaja do windy i wypisuja wulgaryzmy na scianach". Albo, że "w ameryce policje sie szanuje bo ma prawa robic wlasciwie wszystko i tylko szalency podskakuja policji co mozna przetlumaczyc ze ryzykuja zyciem". Albo: "pic polega na tym ze prawo i teraz jest dobre ale jakos wszystkim po kolei od policji zaczynajac na sadach konczac nie spieszy sie z jego egzekwowaniem".

Tak więc pozwólcie, że nie zgodzę się ze wszystkimi powyższymi stwierdzeniami.

Pierwsze z powyższych można bardzo łatwo sfalsyfikować używając przykładów. Na przykład jestem pewien, że Robertowi Biedroniowi nie śniło się, że kiedy członkini Stowarzyszenia Rodzina Polska, Dorota Ekes powie: "homoseksualizm jest przewrotem poglądów i zagrożeniem dla zdrowej rodziny. Jeśli ktoś jest dotknięty taką chorobą, to z góry powinien mieć świadomość zakazu wykonywania pewnych czynności, tym bardziej, gdy jest to funkcja nauczyciela, który wychowuje i kształtuje sumienia naszych dzieci, a także w pewnym sensie poglądy społeczne", jej wypowiedź zostanie przez sąd uznana za całkowicie legalną i prawidłową, zaś kiedy Biedroń, komentując jej wypowiedź stwierdzi, że jej słowa "oddają w pełni faszystowsko-nacjonalistyczno-katolicki charakter nagonki na środowisko homoseksualistów", zostanie skazany za obrazę uczuć religijnych, bez procesu, na posiedzeniu niejawnym. Myślę też, że (to ten link, który się nie otwierał -- http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,53600,3107484.html) właścicielowi pensjonatu nie śniło się, że za złe parkowanie strażnik miejski wyśle go do szpitala psychiatrycznego, a potem na proces karny, gdzie zagrożony będzie rokiem więzienia. Jak też sądzę, Roman Kluska nie spodziewał się, rozpoczynając swoją (jak najbardziej zgodną z prawem) działalność mającą na celu tańszą sprzedaż komputerów szkołom, że straci firmę, spędzi dość dużo czasu w więzieniu, a na koniec zostanie uniewinniony (tylko co z tego, skoro firmy już nie ma?). Para gejów, którzy oddawali się gorszącemu czynowi całowania się pod kolumną Zygmunta o 3 w nocy też pewnie nie sądziła, że zostanie zatrzymana za obrazę moralności publicznej. Etc. Nasze prawo najzwyczajniej w świecie (to ad 4.) jest naprawdę złe; nie dlatego, że przewiduje za niskie kary, tylko dlatego, że pozostawia bardzo dużo miejsca na dowolne interpretacje, oraz może być stosowane w celu "dopieprzenia" osobom niewygodnym.

Ad 2. Kochani, ja TEŻ nie lubię chuliganów, TEŻ chciałbym karania szczających do windy i TEŻ chciałbym, aby pryszczaci młodzieńcy nie mazali po ścianach. Ale... to, co proponuje nam minister Ziobro już po prostu było. Oto mały cytacik: Zarówno w jednym, jak i w drugim przypadku dała o sobie znać widoczna obecnie tendencja do zacieśniania kontroli nad obywatelami. [...] idea posiadania silnego państwa prowadzi w prostej linii do rozciągnięcia całkowitej kontroli nad każdym obywatelem. Najczęściej spoczywa ona w rękach aparatu partyjnego i policyjnego. Jaki wyraz wyciąłem, zastępując go "[...]"? "Gierkowska". Cytat pochodzi z 1976 roku, autorem jest Mieczysław F. Rakowski.

Więcej mam cytatów, które przywołują jako żywo ducha IV RP. Na przykład: Nastąpiło to, co nazywam wzrostem arogancji władzy. Kierownictwo partii, praktycznie rzecz biorąc dwóch, trzech ludzi, podejmuje decyzje, nie pytając nikogo o zdanie. [...] Kiedy podawałem różne fakty świadczące, że nasi przywódcy w szybkim tempie tracą poczucie zdrowego rozsądku, Frelek powiedział: "Pociesz się tym, że za rok będziesz te czasy wspominał jako wspaniałe". Jest też fajny o gierkowskiej genezie polityki prorodzinnej, ale to nie na temat.

W najnowszej "Polityce" bardzo ciekawy artykuł o psychice osób o poglądach lewicowych i prawicowych. W dużym skrócie: osoby o poglądach lewicowych uważają, że ludzie są w zasadzie dobrzy, tylko czasami trzeba ich naprowadzić na właściwą drogę. Osoby o poglądach prawicowych uważają, że ludzie są w zasadzie źli i tylko czasami niechcący sami wchodzą na właściwą drogę. Osoby o poglądach lewicowych wierzą w resocjalizację i profilaktykę. Osoby o poglądach prawicowych wierzą w kary i zakazy. No więc tak się składa, że ja jestem osobą o poglądach lewicowych. (Nie mylić z centroprawicą SLD.) Dodatkowo, naoglądawszy się "ciekawych" interpretacji różnych przepisów prawa w Polsce widząc nowe pomysły rządu od razu wyobrażam sobie sposób, w jaki mogłyby one zaszkodzić mi osobiście -- jako obywatelowi, jako osobie homoseksualnej, jako osobie działającej (na swój nieporadny i nieusystematyzowany sposób) na rzecz ugrupowań feministycznych i wolnościowych. Po tym, co przydarzyło się manifestacji poznańskiej nie będzie mnie łatwo przekonać, że np. policjant o poglądach prawicowych, który zauważy, jak z Szacownym Małżonkiem trzymamy się za ręce idąc -- bez świadków -- ulicą, długo będzie się powstrzymywać przed oskarżeniem nas o czyn chuligański, np. o hałasowanie (które ma tę przyjemną zaletę, że nie pozostawia śladów, tak więc skoro policja świadczy, że hałasowaliśmy, a my twierdzimy, że nie, to chyba łatwo odgadnąć, komu uwierzy sąd?) Bo moje przekonanie o tym, że ludzie są w zasadzie dobrzy, na osoby z kręgów władzy o poglądach prawicowych się nie rozciąga. Chociażby dlatego, że trudno mi myśleć, że dobra jest osoba, która życzy sobie zakazania mojemu Małżonkowi pracy w zawodzie, tylko dlatego, że mnie kocha. (Małżonek. Nie ta osoba. Osoba kocha Kota.)

Ad 3. Wyobraźmy sobie, że w Polsce wprowadzamy prawo, mówiące: jeśli trzy razy naruszysz prawo, zostajesz zamknięty (-a) do końca życia w zakładzie odosobnienia. No i super -- trzy razy to już nie przelewki, recydywa i te rzeczy. Jakiś czas potem dowiadujemy się, że koszt tej inicjatywy wyniósł do tej pory 24 miliardy złotych, a osoby, które spędzają życie w więzieniach to szalenie groźni kryminaliści, którzy np. kradli jedzenie i kasety wideo z supermarketów (http://www.alternet.org/rights/19182/) lub nastolatki z odrobiną marihuany w kieszeni (http://www.alternet.org/story/11202/). Jak łatwo zgadnąć dzięki linkom, takie prawo gdzieś funkcjonuje -- w przywołanych Stanach Zjednoczonych. Zaś przytoczone liczby i informacje mają pokrycie w rzeczywistości. Czy sądzicie, że Polskę stać na wydanie 24 miliardów złotych na przeciwdziałanie zbrodniom chuliganów sikających w windach?

Istnieje coś takiego, jak szkodliwość społeczna przestępstwa. To prawda, że pomazana ściana w budynku jest irytująca i uraża moje poczucie estetyki, niemniej jednak właściwą karą (i -- w tym clue -- oby nieuchronną) jest w tym wypadku znalezienie chuligana i zmuszenie, aby na własny koszt nabył farbę i odmalował ścianę. Zasikana winda? Niech myje windę przez dwa tygodnie każdego dnia. Koszt dla społeczeństwa niewielki -- ktoś musi chuligana dopilnować. Koszt związany ze złapaniem chuligana -- taki sam, czy ma zostać ukarany więzieniem, czy też malowaniem ściany. Koszt ich osądzenia (a podobno sądy są przeładowane i sprawy ciągną się niemiłosiernie -- skąd teraz weźmiemy te niezbędne do osądzania czynów chuligańskich tysiące sędziów?), wybudowania niesamowitej ilości więzień, pilnowania chuliganów w owych przytułkach, karmienia -- sami oceńcie.

Ja nie czepiam się samego pomysłu karania PRAWDZIWYCH chuliganów. Sam nie czuję się bezpiecznie na ulicy. Tyle tylko, że niewielka dla mnie różnica, czy będę się bał chuligana, czy policjanta. Tyle tylko, że policjanta łatwiej rozpoznam po mundurze. Z drugiej strony, kto mnie ochroni przed policją?

No i na koniec, ad 4. Jak sądzicie, czemu policji i sądom "nie spieszy się z egzekwowaniem prawa"? Czy aby dlatego, że gigantyczne kadry policji oraz tysiące sędziów całymi dniami dłubią w nosie i łapią muchy, zamiast zajmować się swoją pracą? Jak to jest, że polskie więzienia są przeładowane i zapchane skazanymi, a mimo to większość wyroków jest wydawana w zawieszeniu -- czy aby dlatego, że polskie standardy więziennictwa przewidują M-4 dla każdego skazanego, a poza tym lubimy trzymać więzienia puste, tak na wszelki wypadek, gdyby zdelegalizowano SLD?

Po raz kolejny powtórzę swoją tezę -- otóż jest sposób, aby chuligaństwo się skończyło. Kary nieprzesadnie dotkliwe, ale nieuniknione. Jeśli po obsikaniu windy Jaś K. będzie ją przez miesiąc codziennie zmywać pod okiem dozorczyni, drugi raz windy nie obsika. Jeśli po wymalowaniu na ścianie "Doda forewer" Basia P. będzie malować ścianę, wysłuchując od przechodzących sąsiadek "ale wstyd", drugi raz Basia P. wymaluje "Doda forewer" w zeszycie. A jeśli Basia P. odmówi wymalowania ściany, a Jaś K. odezwie się nieuprzejmie do dozorczyni i pójdzie palić papierosa? Jedno i drugie będzie łatwo można sprawdzić i obciążyć Basię, bądź jej rodziców kosztami wymalowania ściany przez wykwalifikowanych fachowców. A jeśli zapakujemy Basię do poprawczaka, a Jasia do więzienia, rok później jeden z tych zakładów opuści początkująca prostytutka, a drugi -- znawca systemów antywłamaniowych w samochodach. Bo przecież minister Ziobro nie wierzy w resocjalizację.