piątek, marca 31, 2006

Dwugłos koszulkowy

Tym, dla których tzw. tiszerty są zabawne, w złym guście lub niepotrzebne, dedykuję tekst mojej przyjaciółki, Karoliny Kurpińskiej -- polemikę z tym artykułem.

***

W połowie lutego znów zrobiło się głośno o rozpoczętej w 2004 roku kampanii „Tiszerty dla wolności”. Wystawa koszulek z rozmaitymi hasłami, która miała odbyć się w ramach festiwalu „Prawa człowieka w filmie” organizowanego przez Helsińską Fundację Praw Człowieka została zamknięta przez rektora UMCS (gospodarza festiwalu) wskutek nacisków środowisk katolickich.

Cała sytuacja została opisana w „Tygodniku Powszechnym” przez redaktora Wojciecha Bonowicza w felietonie „Podkoszulki miejscami przyciasne”. Nie podoba mi się ten felieton, choć częściowo popiera on akcję i pozornie przedstawia ją w sposób obiektywny.

Powodów jest kilka. Przede wszystkim nie odpowiada mi ton, jakim autor odnosi się do całej sprawy, nawet w tej części, gdzie pisze o niej pozytywnie. Nie podoba mi się pełna wyższości pobłażliwość, swego rodzaju słowne poklepywanie po plecach, żeby nie powiedzieć głaskanie po główce. Przez cały czas mam wrażenie, że na autorów akcji Tiszert dla wolności patrzy się w nim z góry, jak na grupę dzieci, które wymyśliły sobie jakąś zabawę, podlegającą teraz ocenie dorosłych, którzy pochwalą to co dobre, wskażą niedociągnięcia i pogrożą palcem za niesmaczne dowcipy. W ten właśnie sposób Bonowicz odnosi się do prezentowanych na koszulkach haseł: dzieli je na te, z którymi się zgadza, te, które uważa za niepoważne oraz te, które potępia. Przyjrzyjmy się kryteriom według którym ten podział został dokonany.

Pierwsza grupa haseł, z którymi Bonowicz nie tylko się zgadza, ale które napełniają go podziwem dla odwagi i pomysłowości twórców oraz „użytkowników” koszulek, to hasła, które najogólniej można określić mianem haseł społecznych. Mamy tu więc zdania „jestem Żydem/Żydówką, murzynem/murzynką” oraz „jestem bezrobotny/a, ze wsi” czy „nie stać mnie”. Hasła te według Bonowicza „uderzają w stereotypy i postawy, z którymi jako społeczeństwo nie umiemy sobie poradzić” oraz dotykają „najbardziej palących problemów, z którymi przychodzi nam się mierzyć”. Bonowicz z pełnym zrozumieniem odnosi się do haseł, których celem jest walka z rasizmem i antysemityzmem. Z drugiej jednak strony warto zauważyć, że choć oba te zjawiska są w naszym kraju jak najbardziej obecne – wszak Polska to jeden z najmniej tolerancyjnych krajów Europy – z drugiej jednak stanowią tematy dość bezpieczne. Przyczyną jest przede wszystkim brak osób, przeciw którym zjawiska te mogą być kierowane – zarówno Żydzi, jak i osoby ciemnoskóre stanowią niewielki odsetek ludności naszego kraju, daleko nam pod tym względem np. do Francji czy USA. Trudno tu również mówić o jakimkolwiek „zaproszeniu do dialogu” – zarówno antysemityzm jak i rasizm są powszechnie uznawane za zjawiska złe, i godne potępienia. Podobnie rzecz się ma z hasłami wskazującymi na biedę i nierówność społeczną; są to dyżurne tematy poważnych panów w garniturach, niezależnie od przynależności partyjnej wszyscy z troską pochylają się nad losem polskich chłopów oraz osób najuboższych, szczególnie w okresie wyborczym. Tak więc stwierdzenie Bonowicza, że tematy te otwierają „ogromne pole do dyskusji” wydaje się zupełnie chybione – są to tematy na tyle w gruncie rzeczy abstrakcyjne i szerokie, że i ci z prawa i ci z lewa mogą z powagą pokiwać przy nich głowami, ubolewać, debatować nad środkami naprawczymi a wreszcie poklepać się wzajemnie po plecach i w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku rozejść się do domów. Są to tematy, których promowanie autorytety – w postaci Bonowicza – popierają: dotyczą wszak nas wszystkich, są głębokie i medialne.

Przejdźmy jednak do grupy haseł, które Bonowicz określa mianem „prowokacji dla samej prowokacji”. W grupie tej wymienia hasła „Mam okres” i „masturbuję się”, myślę, że dołączyłby do niej również hasło „Mam spiralę” (które jak sądzę uszło jego uwagi). Czegóż te hasła dotyczą? Dotyczą płci. Płci i seksualności. Dlaczego więc traktować je jako prowokację? W świecie Bonowicza i „Tygodnika Powszechnego” płeć jest bowiem ściśle określona, umiejscowiona i opisana. Panowie – poważni i w garniturach – decydują, debatują i sądzą; panie – w zwiewnych sukienkach i delikatnym makijażu – są ozdobą, przynoszą ciepło i łagodność. Panie i panowie wchodzą ze sobą w związki małżeńskie, w których później pojawiają się dzieci. I tyle należy wiedzieć, cała reszta pozostaje tabu. Nie ma fizjologii, która jest brudna i obrzydliwa, szczególnie w wydaniu kobiecym –menstruacja nie pasuje do makijażu i łagodności. Nie ma seksualności, siedliska wszelkiej perwersji – jak ktoś powiedział, Polska to kraj w którym dzieci się poczyna a nie płodzi i nosi się je pod sercem, a nie w macicy. Takie są fakty, takie są podstawy porządku i funkcjonowania tego świata. Fundamentalne prawdy nie podlegają dyskusji, dlatego dla Bonowicza pokazanie koszulki z hasłem „mam okres” jest czymś niesmacznym. Są to tematy tabu, tematy z gatunku „rób to w domu po kryjomu”, tematy z serii „mnie to nie dotyczy, nie chcę o tym wiedzieć.

Podobnie, jak sądzę, odniósłby się Bonowicz do hasła „mam spiralę”, również prezentowanego przez Tiszerty dla wolności. Być może jednak przyłączyłby je on raczej do „podgrupy” wraz z hasłem „usunęłam ciążę”. Ciekawy jest sposób, w jaki hasło to komentuje Bonowicz: „Dotykamy tu w sposób bezpośredni dramatu osób, które – dodajmy: nie zawsze w sposób wolny – podejmują takie decyzje.” Tak więc aborcja to dramat, który przytrafia się ludziom, wbrew ich woli. Niemal jak wypadki samochodowe, prawda? Rzeczywiście trudno byłoby się odnieść do osoby obnoszącej się z faktem, że np. potrąciła pieszego. W rzeczywistości jednak sprawa ma się nieco inaczej – otóż aborcja jest przede wszystkim czymś, co dotyczy tylko i wyłącznie kobiet. Ponadto jest w sposób nieodłączny związana z seksualnością – jeśli mowa o aborcji, trudno używać pojęć „poczęcie” i „noszenie pod sercem” – aborcja jest wynikiem niezabezpieczonego seksu i niechcianego zapłodnienia. Wszystko to są pojęcia, które w poukładanym świecie Bonowicza nie istnieją; wszak wojna o język, o której pisała w „Świecie bez kobiet” Agnieszka Graff, została wygrana już dawno, nie ma już płodów i aborcji, są dzieci nienarodzone i ich mordowanie. „Jakiś kompromis w wymiarze prawnym osiągnięto, jednak stosunek do aborcji nadal dzieli nasze społeczeństwo.” pisze Bonowicz. W rzeczywistości kwestia aborcji już dawno zniknęła z publicznej debaty, w tej chwili nie zostaje przez nikogo poruszana nawet przy okazji wyborów. Koszulka z tym hasłem przypomina jednak boleśnie o grupie, której kwestie te w rzeczywistości dotyczą, a która z wszelkich dyskusji została usunięta: o kobietach. To jest chyba zresztą wspólny mianownik wszystkich haseł, które według Bonowicza stanowią „prowokację dla prowokacji”, a według abp. Życińskiego powodują, że „zamiast uniwersalnych praw i wartości otrzymamy wtedy kiepski dowcip narcyzów, którzy chcą zwrócić na siebie uwagę”. Tymi narcyzami chcącymi zwrócić na siebie uwagę, zniszczyć mozolnie budowaną jedność i uniwersalne prawa i wartości – są kobiety.

Jednak próbę wtargnięcia kobiet do przestrzeni publicznej i zwrócenia uwagi na ich problemy traktuje Bonowicz z przymrużeniem oka; nawet w przypadku poważnego wykroczenia przeciwko ładowi społecznemu, jakim jest aborcja, wprawdzie grozi palcem, ale jednocześnie usprawiedliwia – ten dramat ma czasem miejsce wbrew ich woli, kobiety są słabe i podatne na perswazję, łatwo namówić je do złego, wszak to Ewa zjadła jabłko. Tak więc redaktor „Tygodnika Powszechnego” łagodnie acz stanowczo tłumaczy nam: to nie wypada. Nie wypada mówić o menstruacji, skoro już ją macie, trudno, po to wymyśliliśmy superchłonne podpaski i tampony. Nie wypada mówić o spirali, antykoncepcja jest grzechem, skoro już musicie ją stosować, róbcie to w domu po kryjomu, w końcu to wasza sprawa. Nie wypada mówić o aborcji, nawet jeśli się wam przydarzyła, spójrzcie, my wskażemy wam właściwą drogę, to pewnie nie była wasza wina. To nie jest Wasz świat, zdaje się mówić Bonowicz, macie w nim tylko status gościa, powinnyście więc przestrzegać reguł wytyczonych przez gospodarzy, czyli nas, mężczyzn. Ozdabiajcie, łagodźcie, spełniajcie swe wyjątkowe posłannictwo. Ale po cichu. Nie przeszkadzajcie nam.

Ostatnia grupa haseł jest przez Bonowicza omówiona w sposób bardzo krótki. To koszulki z napisami „Nie płakałem/płakałam po Papieżu” i „Nie słucham Papieża”. Sprawę tę Bonowicz załatwia prosto – z jednej strony twierdzi, że rozumie że są w Polsce takie osoby i rozumie, że chcą głośno o tym mówić, z drugiej jednak.. nie widzi takiej potrzeby. Deklaracja taka według Bonowicza „tworzy podział, którego wcale być nie musi”. Innymi słowy, zdaje się mówić Bonowicz, wiem, że są wśród nas wyjątki, dla których nie są ważne Nasze Wartości, dla wszystkich jednak lepiej byłoby, aby siedziały cicho. Wychylanie się z poglądami niezgodnymi z odczuciami większości jest po prostu niesmaczne i świadczy o kompletnym braku wyczucia.

Bardzo interesujące jest również zakończenie artykułu. Bonowicz pisze: „A przecież sprawa wolności jest również moją sprawą. Gdzie zatem rozchodzą się nasze drogi? Może tam, gdzie zaproszenie do dyskusji zamienia się w jakąś grę. O co to gra? Nie wnikam.” Formułując to inaczej, Bonowicz wpuszcza autorów Tiszertów dla wolności do swojej piaskownicy i pozwala im bawić się swoimi zabawkami, ale na swoich warunkach, wtedy i w taki sposób w jaki on sobie zażyczy i bez prawa dyskusji. Biorąc pod uwagę, że od początku artykułu Bonowicz mówi tonem jedynie słusznego autorytetu, decydującego o tym co ma sens, a co nie, o czym mówić warto, a o czym nie wypada, zakończenie artykułu daje niezwykle jasny przekaz: chcecie rozmawiać o sprawach ważnych, chcecie mówić o nich nowym językiem? W porządku, róbcie to, pod warunkiem, że są to sprawy ważne dla nas. Mówienie o innych sprawach jest nie na miejscu, nie są one dla mnie ważne, więc nie są w ogóle ważne, właściwie nie wiem o co wam w ogóle chodzi, ale kompletnie mnie to nie interesuje. Mimo że część haseł proponowanych przez Tiszerty jest bardzo kontrowersyjnych, Bonowicz tak naprawdę nie wchodzi z nimi w polemikę. „Nie wnika” o co chodzi w tej grze. Jego artykuł doskonale streszcza zarzut, jaki przedstawił osobom noszącym koszulki z hasłami na temat aborcji: „możesz przyjąć mój pogląd jeśli chcesz, twój w każdym razie mnie nie interesuje”. Przecież od początku felietonu jego celem jest wyrobienie w czytelniku poczucia, że cała ta akcja jest w gruncie rzeczy niepoważna, nie warto więc kruszyć o nią kopii, można pogrozić palcem, ale walczyć nie ma sensu. Chyba że właśnie deprecjonowanie przeciwnika uzna się za doskonałą metodę walki. „Trzeba szukać dialogu” pisze Bonowicz. Wymową całego artykułu jest jednak zdanie: do dialogu z wami zniżać się nie będziemy.

Cytując Bonowicza: „Mało to efektowna myśl i na tiszert się nie nadaje...”

***

PS. Dzisiaj o 19, Koźla 12, dawniej Le Madame protestujemy przeciw eksmisji. Dopóki jeszcze wolno.

4 Comments:

  • A ja muszę przyznać, że w całej tej nagonce na kampanię tiszertową, oskarżaniu jej twórców o zepsucie moralne, chamstwo, obrazę uczuć itd. na samym wstępie bez nawet najmniejszych prób zrozumienia intencji, głos Bonowicza i tak jest na pewnym poziomie. Mam wrażenie, że ten pan naprawdę - jak to się mówi - chciał dobrze.
    Koszulki te jak najbardziej popieram i sama noszę. Ale chociażby co do napisu "usunęłam ciążę"... Rozumiem samą ideę, ale tak teraz próbuję postawić się na miejscu kobiety, która aborcji dokonała rzeczywiście nie do końca zgodnie z własnymi przekonaniami, bo np. zmusiły ją do tego warunki; która po tym wszystkim odczuwa cierpienie (to nie reguła oczywiście). Nie wiem, czy taki publiczny komunikat nie jest dla takiej osoby czymś w rodzaju rozdrapywania ran. Trudno mi powiedzieć.

    By Anonymous Selina, at 7:31 PM  

  • oczywiście w samej idei tiszertów jest wiele prowokacji, ale czyż nie jest nią dla niewierzących obnoszenie się z wiarą katolicką po ulicach, to znaczy np różne pielgrzymki, procesje? Nikt nawet nie jęknie, bo to niby katolicki kraj, ale jak przychodzi co do czego to tego umiłowania drugiego człowieka w nas Polakach bardzo mało. Celowo piszę MY-choć słabo identyfikuję się z tym zakłamanym ciemnogrodem w kierunku którego coraz bardziej nas popychają różne siły, gdyż takie postawienie barykady na zawsze uniemożliwi kontakt. TRZEBA rozmawiać. Wtedy jest szansa na.. resocjalizację. ;-) ( ciemnogrodu oczywiście)


    ps. Inna sprawa, o której pisze selina to temat własnie aborcji. Owszem tez jestem zdania ze to moje ciało i nikomu nic do niego. Tyle, że niewiele jest kobiet, które ciąże usuwają ot tak sobie i rzadko nie pozostawia to traumy.

    By Anonymous joe255, at 3:20 PM  

  • Ja jestem jak najbardziej za legalizacją aborcji i zdaję sobie sprawę, jak ważne jest przeniesienie tego tematu do debaty publicznej. Jednak, o ile nie miałabym oporów przed założeniem koszulki "mam dwóch tatusiów" czy "jestem Żydówką", o tyle tutaj musiałabym się naprawdę mocno zastanowić. Po prostu to wejście w bardzo delikatną sferę uczuć; bałabym się, że może to jakiejś kobiecie przypomnieć o wydarzeniu, o którym pamiętać nie chce.

    By Anonymous selina, at 4:23 PM  

  • Proponuję tiszert z napisem:
    "Tiszerty na wolności".
    podpisano: Soach

    By Anonymous Anonimowy, at 10:41 PM  

Prześlij komentarz

Links to this post:

Utwórz link

<< Home