piątek, kwietnia 28, 2006

Tradycja, tolerancja i Polański, czyli rzecz o pani X

W Krakowie odbyły się Marsz Tradycji i Marsz Tolerancji. O tym, jaka konkretnie tradycja została uczczona przez pierwszych maszerujących, trudno wnioskować po programie marszu: "Z okrzykami "Pederaści, lesby, geje - cała Polska z was się śmieje!" i "Nie oddamy wam Krakowa" demonstrujący w Marszu Tradycji ruszyli biegiem w stronę demonstrantów z Marszu Tolerancji. Próbowali przedrzeć się do swoich przeciwników, których jednak chronił przed nimi kordon policji. Doszło do bijatyki z funkcjonariuszami, którzy - zaatakowani jajkami i kamieniami - użyli pałek." Być może chodzi o Nową, Świecką Tradycję rzucania kamieniami oraz obrony moralności przez Tradycyjne Polskie Rodziny, składające się ze skinheadów i kiboli, płci nie wiedzieć czemu wyłącznie męskiej?

Żarty (gorzkie) żartami, tradycja tradycją, a tymczasem mnie osobiście o wiele bardziej przeraża homofobia, która zamiast kamieni używa słów. Oto w Polityce cytat z Dziennika Łódzkiego:

"– Zgadza się pani z opinią, że homoseksualiści nie powinni zajmować się dziećmi?
– Oczywiście. W szkołach mieliby szerokie pole do deprawacji najmłodszych. Jest niemal niemożliwe, by człowiek z »takimi« skłonnościami powstrzymał swoje żądze. Przecież to pośród homoseksualistów rodzi się pedofilia. Nie uniknęlibyśmy więc »złego dotyku«. Należy szybko zająć się tym problemem, ponieważ obserwujemy coraz agresywniejsze »wchodzenie« takich osób do szkół."

Kto mówi? Ewa Sowińska, nowo wybrana rzecznik praw dziecka. W tych kilku zdaniach dowiadujemy się, iż:

1. homoseksualiści deprawują najmłodszych
2. jest niemal niemożliwe, by powstrzymali "swoje żądze"
3. wśród homoseksualistów rodzi się pedofilia
4. homoseksualiści "agresywnie wchodzą" do szkół.

Sugestia, że "zły dotyk" oznacza dotyk osoby homoseksualnej wskazuje, że pani Sowińska nie ma zamiaru wnikać w kwestię istnienia pedofilii heteroseksualnej. Na moment jednak porzucę kwestię molestowanych przez ojców i księży dziewczynek, aby zająć się pewnymi typowymi sposobami postrzegania osób homoseksualnych, aby wypowiedź pani rzecznik mi się nie zmarnowała.

Ad 1 i 3. Wśród osób nienawidzących homoseksualistów typowe jest utożsamianie geja (czyli pedała) z pedofilem. Osoba, która molestuje dzieci, czyli pedofil, to pedał. Pedał to osoba, która molestuje dzieci, czyli pedofil. Próby przytaczania argumentów o przewadze pedofilii heteroseksualnej nad homoseksualną oraz sugestie, że jeśli ktoś znajduje przyjemność w seksie z 40-latkami o ciałach drwali, jest mało prawdopodobne, żeby ów ktoś miał nagle przerzucić się na dzieci, są bezcelowe, jako, że nienawiść tego rodzaju jest ślepa i głucha na argumenty racjonalne. Oprócz tego osoby homofobiczne są przekonane o prawdziwości dwóch zdań:

a) homoseksualizm jest ZŁY.
b) homoseksualizm jest ZARAŹLIWY.

a) + b) daje nam informację, że "wpuszczenie" do szkoły osoby homoseksualnej narazi dzieci na niebezpieczeństwo zarażenia. Co oznacza, że wśród dzieci może nastąpić tajemnicza "konwersja" z heteroseksualizmu na homoseksualizm. Czyli: dobro może zostać zastąpione złem.
O tym, jak okropną brednią jest opinia o zaraźliwości homoseksualizmu, wie każda osoba homoseksualna, której zdarzyło się zakochać w osobie heteroseksualnej, która mimo licznych prób nawrócenia jakoś nie chciała zmienić orientacji. Wie o tym także każda osoba, która jest pewna swojej orientacji seksualnej, nieważne, o jakiej orientacji byśmy mówili. Że zacytuję Bridget Jones, "mamo, czy gdyby ciotka Agnes nagle powiedziała, że jest lesbijką i cię kocha, byłabyś gotowa porzucić tatę i z nią zamieszkać?" O zaraźliwości homoseksualizmu może być przekonana wyłącznie osoba, która sama ma myśli homoseksualne i stara się bezskutecznie wyprzeć je ze świadomości, lub też taka, która uważa się za wyjątek (osobę w tajemniczy sposób odporną na homobakcyla, w odróżnieniu od całej reszty ludzkości, która jest na bakcyla podatna).

Ad 2. Osoba bi- lub homoseksualna może zmusić się do wyparcia własnej seksualności, czemu nie. Podobnie, jak osoba heteroseksualna. Możliwe jest nawet dla osoby homoseksualnej życie w związku heteroseksualnym. Tyle, że jest to dla niej przykre, bolesne i często obrzydliwe, podobnie jak dla heteroseksualisty byłoby, gdyby został z jakichś powodów zmuszony do regularnych aktów homoseksualnych. Kobiecie homoseksualnej jest łatwiej żyć w związku heteroseksualnym; bynajmniej nie dlatego, że "ma inny mózg" tylko zwyczajnie dlatego, że celem uprawiania seksu w wersji hetero mężczyzna musi mieć erekcję, a kobieta nie. Tak więc lesbijka jest w stanie odbyć stosunek z mężczyzną heteroseksualnym o wiele łatwiej, niż gej z kobietą. Inna sprawa, czy owej lesbijce sprawi to jakąkolwiek przyjemność i jakie ma doznania podczas i po zakończeniu stosunku.
Kobieta homoseksualna (nazwijmy ją X) żyjąca w związku z mężczyzną wszelkie formy seksualności postrzega jako obrzydliwość. Dotyk mężczyzny napawa ją obrzydzeniem. Powracające myśli o innych kobietach postrzega albo jako zagrożenie, albo grzech, albo nieprzyzwoitą pokusę. (Co, oczywiście nie dotyczy kobiety świadomie homoseksualnej, która z nieznanych przyczyn -- umartwienie? homofobia otoczenia? -- żyje z mężczyzną, albo wyrzekając się seksu z innymi kobietami, albo też nie.) Jednak ona -- X -- jest w stanie oprzeć się tej pokusie; każde półświadome dotknięcie dłoni innej kobiety jest w jej oczach grzechem, występkiem przeciw Moralności i Normalności, po którym biczuje się, metaforycznie lub dosłownie. Jednocześnie X jest dumna ze swoich wyrzeczeń: wszakże seks z mężczyzną jest dla niej obrzydliwością i nieprzyjemnością, ale na te cierpienia naraża się dla Boga, Normalności i Moralności.
Dla osoby takiej żyjący otwarcie homoseksualista jest osobą wyjątkowo obrzydliwą, ponieważ przypomina jej o jej własnych, uparcie wypieranych pragnieniach. Gej żyjący w stałym związku z partnerem mimo wszystko jest ofiarą własnych żądz; X wszakże potrafiła się im oprzeć, mimo, iż było to dla niej trudne i bolesne. Kolejnym potwierdzeniem teorii o żądzach jest gej, który NIE żyje w stałym związku, regularnie zmienia partnerów i nie ma z tego powodu ani wyrzutów sumienia, ani nawet AIDS! Jeszcze gorsze są otwarcie żyjące lesbijki, których istnienie wzbudza w X jednocześnie pożądanie i nienawiść.
Nie ma się zatem co dziwić, że X postrzega osoby homoseksualne jako "niemogące powstrzymać swoich żądz". X być może czasami w duchu gratuluje sobie, że udało jej się oprzeć potwornej chorobie homoseksualizmu. Jest wyjątkowa, jest odporna, teraz musi uchronić innych, a zwłaszcza dzieci.

Ad 4. Nie ma się co dziwić, że nasza hipotetyczna X wszędzie widzi osoby homoseksualne. Otaczają ją lesbijki: każde dwie dziewczyny, śmiejące się do siebie, to les. Dwóch chłopaków siedzących na ławkach -- to geje. Paranoja każe się spodziewać, że każdy nowy woźny przyjęty do szkoły zapewne chce molestować chłopców. Przed podejrzeniami może się uchronić wyłącznie woźny, regularnie widywany w kościele z małżonką, z głową ogoloną na łyso lub (chociaż) obmacujący dziewczynki i śliniący się na widok wszystkiego, co posiada zalążek biustu. I tu znowu kłania się pedofilia heteroseksualna.

Na koniec notki pozwolę sobie postawić pewną tezę. Otóż co prawda nie wiadomo mi o istnieniu DOKŁADNYCH, światowych statystyk dotyczących pedofilii homo- i heteroseksualnych, jednak np. badanie Clarke Institute of Psychiatry (Kanada) wykazało, iż ponad jedna trzecia przestępstw pedofilii popełniona została wobec chłopców. Uważam, że postawa wykazywana przez panią rzecznik i, niestety dosyć typowa ("wśród homoseksualistów rodzi się pedofilia...") jest jednym z głównych powodów takiego wyniku.

Akty pedofilii heteroseksualnej, często dokonywanej przez rodziców na własnych dzieciach, są regularnie ignorowane i wyciszane: tatuś nie mógł ci tego zrobić, wujek wcale cię tam nie dotknął, ksiądz nic złego nie miał na myśli, zdawało ci się, głupia jesteś, nie mów o tym nikomu. Przypadki pedofilii homoseksualnej dokonywanej przez ojców na synach w oczywisty sposób zdarzają się rzadziej. Pedofil zainteresowany chłopcami musi bardzo się pilnować, aby jego "hobby" nie wyszło na jaw; na ogół szuka zawodu, który pozwala mu się bez podejrzeń stykać z dziećmi (ksiądz, trener wf, kierownik chóru...). Po serii skandali dotyczących pedofili "boy-loverów" mężczyźni pracujący z chłopcami są na ogół podejrzewani o najgorsze i dokładnie pilnowani. A kto ma pilnować tatusia, który przecież tylko bawił się z córeczką? Trenera wf, który podsadzał uczennice do drabinki lub siłował się z nimi na macie? Lekarza, który niezwykle dokładnie badał dziewczynkę na okoliczność przeziębienia? Księdza, który lubi sadzać sobie na kolanach dziewczynki i pokazywać im zdjęcia? Przecież nie rzecznik praw dziecka, pani Ewa Sowińska, która WIE, że pedofilia rodzi się wśród homoseksualistów. (A może i wśród niekatolików, pani Ewo?)

Dodatkowo na ilość aktów pedofilii wobec chłopców i dziewczynek wpływa postrzeganie i ocenianie przez społeczeństwo jednych i drugich: 40-letni mężczyzna, który okazuje podniecenie na widok 15-letniej dziewczynki, jest postrzegany jako zupełnie normalny, w odróżnieniu od 40-latka, który okaże podniecenie na widok 15-letniego chłopca. Czy ktokolwiek, poza może Naszym Dziennikiem, myśli o Romanie Polańskim jako o dewiancie-pedofilu? A przecież przyznał się do seksu z trzynastolatką... Jak byłby w Polsce opisywany i postrzegany, gdyby przyznał się do seksu z trzynastolatkiem?

Na koniec dłuższy cytat z artykułu, z którego korzystam powyżej: "There were no peer-oriented homosexual males in our sample who regressed to children. Homosexuality and homosexual pedophilia are not synonymous. In fact, it may be that these two orientations are mutually exclusive, the reason being that the homosexual male is sexually attracted to masculine qualities whereas the heterosexual male is sexually attracted to feminine characteristics, and the sexually immature child's qualities are more feminine than masculine... In any case, in over 12 years of clinical experience working with child molesters, we have yet to see any example of a regression from an adult homosexual orientation. The child offender who is also attracted to and engaged in adult sexual relationships is heterosexual. It appears, therefore, that the adult heterosexual male constitutes a greater sexual risk to underage children than does the adult homosexual male. [...] Homosexuality might impinge in other ways. Breer (1987), in his study of adolescent boys who offend sexually against other children, writes of "ego-distonic" homosexuality as a major cause of molestation by teenage boys. This involves conscious or unconscious homosexual feelings that are unacceptable to the boy himself. Some adolescent offenders cannot accept any homosexual adjustment but are unable to change successfully to heterosexuality. Deep conflicts about their personal sexuality are typical. Molesting a girl child may serve as a defence against such concerns." Być może warto by było, żeby i pani Sowińska przeczytała ten artykuł. Gotów jestem jej go przetłumaczyć na polski. Niestety, nie posiadam sposobu, aby skłonić ją do przeczytania go ze zrozumieniem.

sobota, kwietnia 22, 2006

Heteromatrix, czyli bajeczka o foremkach

Jak mię dzisiaj uwiadomiono, ma właśnie miejsce światowa akcja pt. "Blogowanie przeciwko heteronormatywności". (Spis piszących tu.) Tak więc pozwolę sobie skrobnąć parę słów, chociaż miałem zupełnie czym innym się zająć.

Moja orientacja seksualna jest dla mnie kompletnie nieinteresująca i zupełnie niezajmująca. Nie ma żadnego wpływu na moje życie, dobór znajomych, stosunek mój do innych ludzi i innych ludzi do mnie. To znaczy, to by była prawda, gdyby ludzie nie wczepiali się kurczowo w bezpieczne objęcia heteronormatywności.

Na gazeta.pl bannerek z serduszkami. Na serduszkach "Krzyś" i "Ewa". Osoba heteronormatywna na ten widok nie pomyśli nic, ewentualnie pomyśli o miłości, walentynkach, serduszkach lub znajomych o imionach Krzyś lub Ewa. Dla mnie bannerek jest szpilą, bo nie jest do pomyślenia, żeby gazeta.pl na bannerku z serduszkami napisała "Krzyś" i
"Darek" albo "Ewa" i "Anna". Chyba, że kliknięcie doprowadzi nas do dramatycznego/gorszącego/nieprzyzwoitego artykułu o dewiantach.

Na ulicy: chłopiec i dziewczynka siedzą na autobusowej ławeczce, całując się gorąco, jakby dookoła nie było niczego i nikogo. Heteronormatywne społeczeństwo spojrzy z sympatią (młodzi się kochają), bądź niechęcią (już nie mają gdzie). Ja zastanawiam się, jak im nie wstyd afiszować się swoją obrzydliwą orientacją seksualną. Gdzie są Power Gay i Silny Pedał, rzekomi twórcy atrap bomb podłożonych, cóż za przypadek, tuż przed drugą turą wyborów prezydenckich, gdy trzeba działać?

Niejaki Jan Bodakowski porównuje homoseksualizm do koprofilii, tudzież osfresiofilii ("[...] czerpiących satysfakcję seksualną z własnego smrodu (których tak często spotykamy w zatłoczonych pojazdach komunikacji miejskiej)"). Nie wnikając w problemy seksualne tego nieszczęśliwego młodego człowieka (któż normalny, oprócz może seksuologów, zna i używa wyrazów typu "osfresiofilia"?) warto zauważyć, że, istotnie, z punktu widzenia osoby, dla której heteronorma jest normą jedyną, koprofilia i homoseksualizm mogą być porównywalne. Zaskakujące wydaje się jedynie, że pan Bodakowski przebrnął przez niezmierzone odmęty studiów magisterskich z umysłem tak dokładnie zatrzaśniętym i zaklajstrowanym; możnaby się spodziewać (naiwnie) że celem studiów na kierunku polityka społeczna jest między innymi otworzenie umysłu na fakt, że społeczeństwo nie jest monolitem i nie składa się z identycznych klonów. Niestety, pan Bodakowski potrafi wyciągnąć z tego wyłącznie taki wniosek, że ludzie są źli, a homoseksualiści nieszczęśliwi, co go smuci. Nawiasem mówiąc, odradzam studia na wydziale Dziennikarstwa i Nauk Społecznych Uniwersytetu Warszawskiego.

Poseł Tadeusz Cymański wzdycha ze smutkiem: "Po przełomie miało być lepiej, piękniej, sprawiedliwiej. I szybciej. A jak wyszło? Przypomnijmy sobie czasy komuny, bo ludzie się do tamtych czasów odnoszą. [...] Pamiętam swoją młodość: był problem w tym, że był jeden samochód na całej ulicy, jeden telewizor i aby skorzystać, chodziło się po prośbie do sąsiadów. Ale w szkole dzieci jadały takie same bułki. Pomimo ubóstwa ludzie mieli poczucie stabilności, pewności jutra, bo była praca." Dodatkowo wszyscy ludzie ubierali się w takie same bure ciuchy, wracali do takich samych standardowych M-3, oglądali takie same seriale na takich samych dwóch kanałach telewizji, zaś wieczorem poznawali informacje o świecie z takiego samego "Dziennika Telewizyjnego". Partia była też jedna. Komunonormatywność miała dla ludzi dwa standardy foremek, Matka Polka i Chłoporobotnik. Co myśli poseł Cymański o homoseksualistach? "jeżeli w tej konkretnej sprawie, o która pani pyta, obiektem ich działania, demonstrowania, jest eksponowanie własnych preferencji seksualnych, to musi budzić sprzeciw [...] myślę, że każdy człowiek ma swoją intymność, swoje prawa, ale osobiście jestem przeciwny – i nie tylko ja – aby dawać temu wyraz publicznie jeżeli chodzi o preferencje."

Mianem preferencji poseł Cymański określa to dokładnie, co wystaje z foremki Mężczyzna Heteroseksualny (lesbijki mają swoje miejsce w świecie heteronormatywnym; lesbijka służy do tego, żeby ładnie się wyginać, gdy pieści ją druga lesbijka i czekać, czekać, czekać aż przyjdzie poseł Cy... chciałem powiedzieć, mężczyzna, który ją wreszcie zaspokoi. Miejsce lesbijki jest w filmie "Anal z Zielonego Wzgórza"). Preferencje heteroseksualne też można manifestować; robi to każda para, która organizuje swój ślub w kościele, każdy chłopak trzymający za rękę swoją dziewczynę, każda kobieta zmieniająca nazwisko na nazwisko męża, każda kobieta w ciąży, (prawie) każdy mężczyzna z obrączką na palcu. Można nawet manifestować preferencje aseksualne, zostając księdzem lub zakonnicą. Jednak jeżeli ktoś chce manifestować preferencje homoseksualne, należy protestować. Takiej foremki w matrixie nie przewidziano.

Mógłbym pisać tak długo i rozwlekle. Zakończę krótkim stwierdzeniem -- istnienie heteromatrix jest faktem niezaprzeczalnym; gdyby heteromatrix nie miała się doskonale, nie pisałbym tej notki, poprzestałbym na jej drugim akapicie. Nie istniałoby pojęcie "drag queen", nie odbywałyby się parady gejowskie, stowarzyszenie Piotra Skargi musiałoby zająć szerzeniem nienawiści wobec kogoś innego (Żydów? taki typowy cel...), zaś Jan Bodakowski być może byłby szczęśliwy ze swoim chłopakiem. Ja nie miałbym na przedramionach blizn po samookaleczeniach, a święta spędziłbym z całą rodziną, a nie tylko z tymi fragmentami, które się mną nie brzydzą. Osoby heteroseksualne bardzo często nie są świadome istnienia heteromatrix, bo i czemu by miały? Ich w końcu (teoretycznie) nie dotyczy, ich nóżki, rączki i inne członki pasują do foremek. I nawet kiedy narzekają na to, że sąsiedzi krzywo patrzą na Niego gdy kupuje piankę do włosów, na Nią, gdy spotyka się z mężczyzną młodszym od niej o 5 lat i niższym o 10 cm, nie są świadomi tego, że właśnie pozwolili sobie zbliżyć się do granicy heteromatrix.

O cierpieniach osób heteroseksualnych, nie czujących się dobrze w rolach Prawdziwego Mężczyzny i Prawdziwej Kobiety niech opowiedzą osoby heteroseksualne. W oczywisty sposób nie poczuwam się do bycia ekspertem.

sobota, kwietnia 15, 2006

Obrzędliwość

Tak się złożyło, że wczoraj niemal jednocześnie wpadłem na pomysł nowej notki, przeczytałem pewien artykuł i przeżyłem zaskoczenie postawą Szacownego Małżonka.

Z Szacownym spożywaliśmy sobie wieczorem napój marki piwo i poczuliśmy głód okrutny, szarpiący nasze trzewia. Jakież było moje zdziwienie, gdy Małżonek odmówił spożycia parówki, tłumacząc się panującym postem i stwierdził, że zaczeka 30 minut do północy.

Moje zaskoczenie było o tyle głębokie, że Małżonek nie jest wierzący (ma raczej nastawienie antyklerykalne), nie chodzi do kościoła, nie płakał po papieżu i obaj określamy się raczej mianem pokolenia Le Madame, niż Dżejpitu. Nie mogłem nie pomyśleć o następującym fragmencie wywiadu z Immanuelem Wallersteinem z ostatniego "Niezbędnika inteligenta":

"Pan myśli, że fundamentaliści nie chcą dobrego życia?

Chcą mieć poczucie udanego życia, ale bez ryzyka porażki. Oferta fundamentalistów jest pozbawiona ryzyka, bo pomiar sukcesu odbywa się w innym świecie, a konieczne zasługi polegają głównie na spełnianiu różnych rytuałów. By otrzymać nagrodę, trzeba się np. odpowiednio ubierać, nie pić, powstrzymywać od seksu. Tu nie ma ryzyka. Fundamentalista jest święcie przekonany, że jak coś będzie robił, a czegoś innego nie, to po śmierci nagroda go nie minie."

Zestawmy to z (bardzo dobrym) tekstem Szymona Hołowni z... pisma kultury klubowej Laif:

"Przyjrzyjmy się im po kolei, zaczynając od polecenia zachowywania "nakazanych postów". Uświadomiony wierny żachnie się zaraz, że nie będzie mu pleban do kuchni zaglądał i mówił, co ma jeść, a poza tym to okrucieństwo, żeby w XXI wieku się specjalnie głodzić. Drogi wierny! Uwierz mi, że panie katujące się tygodniami dietą Cambridge cierpią znacznie bardziej od katolików, którzy do postu zobowiązani są we dwa (powtórzmy: dwa) dni w roku (Środa Popielcowa i Wielki Piątek). Postu, czyli de facto minigłodówki. W te dwa dni wszyscy między 18 a 60 rokiem życia mogą zjeść trzy posiłki, w tym tylko jeden do syta. Pomysłowość naszych przodków, jeśli idzie o omijanie tego przepisu (ów jeden dopuszczalny "posiłek do syta" zmieniał się np. w wielogodzinną balangę), skłonił Kościół do uszczegółowienia przepisów. Dziś ten posiłek nie może trwać dłużej niż dwie godziny i może być przerywany najwyżej na kwadrans. Zaiste straszne to wyrzeczenie, zważywszy na fakt, że muzułmanom w czasie trwającego miesiąc Ramadanu nie wolno od wschodu do zachodu słońca jeść, pić, palić i uprawiać seksu!

Na kolejny "nasz" zakaz – wstrzemięźliwość od mięsa we wszystkie piątki roku – nasi pradziadkowie też mieli swój sposób. Specjalnie na ten dzień sprowadzali najdroższe gatunki owoców morza, serów i alkoholi.

Ślady takiego myślenia widać u współczesnych katolików, którzy dziwią się, że biskupi godzą się na jedzenie mięsa w Wigilię (można również imprezować w Adwencie, bo to czas radosnego oczekiwania na Boże Narodzenie), a za ciężką choinkę nie chcą spróbować zrozumieć, dlaczego Kościół nakłania ich do tego, żeby w Wielkim Poście oraz w piątki – kiedy staramy się pamiętać o zbrodni, jakiej nasi przodkowie dopuścili się na naszym Bogu dwa tysiące lat temu – wierni powstrzymali się od zabaw oraz odmówili sobie wołowej parówki.

Drogi współczesny katoliku! Wbij sobie, uprzejmie proszę, do głowy i serca raz na zawsze, że Kościół naprawdę nie potrzebuje tych naszych parówek, głodówek ani piątkowych wieczorów bez house'u, drum'n'bassu, techno czy trance'u. To MY ich potrzebujemy, choćby po to, by raz na jakiś czas przekonać samych siebie, że umiemy sobie czegoś odmówić."


No i właśnie tu jest pies pogrzebany. Kościół kościołem, ale jakoś nie potrafię sobie wyobrazić brodatego Boga, który siedzi sobie na tronie niebieskim, zaciera ręce i myśli: "ha! nareszcie nadszedł dzień, kiedy moi wierni nagrzmocą się gorzały, nażrą ryb i makaronu, ale! ale! oni nie ruszą parówek!". Ale to ciągle za proste, żeby wytłumaczyć mojego Małżonka, który jako żywo przykazań kościoła nie planował spełniać, a wiarę w bogów podobnie jak ja uważa za niegroźne schorzenie psychiczne. Po co nam te rytuały, których sensu i znaczenia nie rozumiemy?

W tym samym artykule Robert Leszczyński: "Słynna stała się scena, kiedy pielgrzymi z Polski kompletnie zagłuszali Ojca Świętego krzycząc "że go kochają", i kompletnie nie rozumiejąc – ba, nawet nie chcą słuchać, co ma im do powiedzenia.

To unikalne połączenie żarliwości i ignorancji prowadzi do jakich zastraszających skutków, kiedy zajęci sprzątaniem, zakupami, "mordowaniem świątecznego karpia" a następnie – wzmożoną konsumpcją i oglądaniem telewizji rodacy nie mają już siły ani nawet ochoty zainteresować się warstwą duchową Świąt. Uświęcony, wieloletni obyczaj, prastara tradycja stają się wyznacznikiem masowych zachowań."

Niedawno w Gazecie Wyborczej czytałem o niedzielach polskich katolików. Ksiądz z ambony mówi, że w niedzielę pracować nie wolno, ale matka może zrobić obiad, bo co by było, gdyby nie zrobiła. W ten sposób matka staje się wyjątkiem od reguły. Po co ten zakaz pracy w niedzielę? Po co zamknięcie sklepów? Czy w ten sposób wierni stają się bardziej oddani regułom kościoła? Czy głęboko przemyśliwają mękę Pańską? Czy zasiadają do stołu i przyciszonym głosem czytają Biblię? Nie, wierni siadają na fotelu, sięgają po gazetę i włączają głośno telewizor.

W zeszłym roku na Tarchominie (Warszawa), gdzie mieszkam, sklepy były w sobotę otwarte "normalnie" czyli tak, jak w każdą inną sobotę; w niedzielę zamknięte (z wyjątkami), w poniedziałek w większości czynne tak, jak w niedzielę lub przynajmniej po południu. W tym roku wszystkie, bez wyjątków, sklepy (włączając hipermarkety) są w sobotę czynne do 16, a w niedzielę i poniedziałek wcale. Mam wrażenie, że to przejaw tego samego bez-myślenia, które nakazało dyrektorce Cervantesa odwołać debatę o wolności słowa; bezmyślny rytuał, który się spełnia, ponieważ tak robią wszyscy, a jeśli nie robią, to przynajmniej wisi nad nami niewypowiedziane pragnienie rządu, aby tak robili. I robią, bez przymusu, bo kiedy owieczki osiągną pewien stopień ogłupienia, przymus nie jest już potrzebny. Tak, jak mojemu Szacownemu nie trzeba ani przymusu, ani wiary, aby nie jeść parówki w Wielki Piątek.

Fascynujące jest dla mnie odkrycie, że ani Szacowny, ani ja nie potrafimy kompletnie uwolnić się od bezsensownych rytuałów obcej religii. Co prawda nie jadłem wczoraj mięsa, ale tylko dlatego, że nie jadam go od kilku lat; z drugiej jednakże strony w Wigilię zasiadam przy stole wśród moich niewierzących bliskich, przełamuję się opłatkiem (jakie jest znaczenie opłatka? a co to kogo obchodzi?) spożywam potrawy z tradycyjnego menu: barszczyk, karpik, pierogi z kapustą, etc.; wręczam prezenty i sam się spodziewam ich otrzymania. Składam życzenia z okazji świąt wielkanocnych, w które zasiądę przy stole, przełamię się (zapewne niepoświęconym, ale kto wie, co wymyśli moja mama ateistka...) jajeczkiem -- mimo, że w moim przypadku święta upłyną głównie w cieniu nadchodzącego wyjazdu za granicę oraz nieobecności ciotki, która wciąż nie potrafi się pogodzić z istnieniem u mojego boku Szacownego Małżonka. Po co nam te rytuały?

Wydaje mi się, że odpowiedź nie jest prosta. Z jednej strony, rację ma Wallerstein, który mówi, że fundamentalista ma gwarancję wygranej, jeśli stosuje się do pewnego zbiorku reguł; nawet, jeśli je nagina (Arab może pić alkohol w samolocie, bo Allach w samolocie nie widzi), to jednak w duszy uspokaja się: Allach nie widział, Pan Bóg tylko parówki zakazał, nic nie mówił o dwóch kilogramach łososia. Co prawda mam kochankę, ale ona nie jest mężatką, a Pan Bóg kazał tylko nie pożądać żony bliźniego swego, a o innych kobietach nie mówił. Co prawda jestem ministrem i innym nakazuję czystość moralną, a sam mam i żonę i kochankę i kilka mieszkań na boku, ale -- ALE -- dzięki moim nakazom wielu ludzi zachowuje się moralnie, a to ważniejsze niż ja sam, bo lepszych dwudziestu czystych niż tylko jeden. Cel uświęca środki. Nikt nie wgłębia się w sens postu, który Hołownia opisuje tak: "Post to doskonała okazja do pokazania, że zdajemy sobie sprawę z tego, że nie jesteśmy na tym świecie sami. Że obok są ludzie, którzy chorują na raka, walczą z alkoholizmem, nie mają pracy, przechodzą kryzys albo depresję. Jeśli nie idziesz ze znajomymi na imprezę, możesz pokazać, ze łączysz się z nimi w duchu. To niezrealizowane pragnienie, tę odrobinę empatii czy refleksji w piątkową noc możesz zadedykować właśnie im. A pieniądze przeznaczone na wejściówkę (na parówkę) możesz odkładać do koperty, a później kupić za nie leki starszej, biednej sąsiadce. To jest właśnie sens postu."

No tak. Ale to nie jest przyjemne. Ludzie, którzy cierpią na depresję, niech sobie na nią cierpią, co mnie to obchodzi, dopóki jestem zdrowy? Sąsiadka to głupia baba, pewnie ma górę kasy, na której śpi, już ja znam te biedne emerytki. A na mnie czeka impreza, a na niej parówki. Sojowe, bo wszak Wielki Piątek i Pan Bóg czyha.

Z drugiej strony (od dołu?) czyha konformizm: nie wierzę w Boga, boga, ani nawet w Jana Pawła II. Ale jeśli się do tego przyznam, być może moja sąsiadka okaże się fundamentalistką, która -- oczywiście w imię mojego zbawienia -- zatruje mi życie. Być może szef nie da mi podwyżki. Być może obrazi się babcia. Istnieje też możliwość, że sąsiadka, szef i babcia mają głęboko w podogoniu moją wiarę, niewiarę i stosowanie się (bądź nie) do rytuałów, ale po co ryzykować? Stąd, nawiasem mówiąc, bierze się te 97% katolików w Polsce -- ankieter pyta, wiadomo, jak brzmi oczekiwana odpowiedź. Synka ochrzcimy (i zapewnimy mu dożywotni wpis do ksiąg kościelnych) -- bo jeśli nie ochrzcimy, to BYĆ MOŻE będzie mieć pretensje, problemy w szkole, BYĆ MOŻE papieżem nie zostanie. Dyskusji o wolności słowa zakażemy, bo BYĆ MOŻE minister miał to na myśli, a nawet jeśli nie miał, to mam dowód na piśmie, który sugeruje, że jednak mógł był mieć.

I koło rytuałów się kręci. Parówka zostaje w lodówce, w klubie jedna czwarta grupy, która zazwyczaj się tam zbiera. Debata odbywa się w plenerze, jej organizatorzy dostają obietnicę obniżenia ocen ze sprawowania, chociaż dyrektorka sama na debatę przybywa i ją chwali. A zdrowy rozsądek? Leży i kwiczy pod butem wicepremiera Leppera, który co prawda ma na koncie kilka wyroków, ale nie w sprawach kryminalnych, więc możemy przed Panem Bogiem udawać, że obietnice o uczciwości i odnowie moralnej zostały dotrzymane. Od falandyzacji prawa, przez falandyzację uczciwości i zwykłej przyzwoitości, aż do falandyzacji postu -- wszystko można traktować relatywnie. Nawet parówkę i zdrowy rozsądek.

wtorek, kwietnia 04, 2006

Ludzie listy piszą

Ja, na przykład, taki:

SzPan
Miroslaw Kochalski
p.o. Prezydenta M. St. Warszawy
ul. Miodowa 6/8, pok. VII
00-950 Warszawa
faks: 0 22 595 34 97
e-mail: gabinet@warszawa.um.gov.pl
biuroprezydenta@warszawa.um.gov.pl
ajaworska@warszawa.um.gov.pl

Szanowny Panie,

Pragne wyrazic swoje oburzenie z powodu brutalnej eksmisji warszawskiej Galerii Le Madame, jednego z najprezniej dzialajacych w stolicy osrodków kulturalnych i centrów niezaleznej mysli politycznej i spolecznej. Wbrew zapowiedziom, iz podjal Pan decyzje o zawieszeniu wykonania eksmisji, i obietnicom podjecia rozmów z wlascicielami Le Madame na temat dalszych losów galerii pod dotychczasowym adresem na ul. Kozlej 12, komornik Jacek Bogiel wraz z wynajeta firma ochroniarska, w asyscie policji stolecznej i za pelna zgoda wladza M. St. Warszawy, przeprowadzil likwidacje klubu w dn. 31 marca 2006 roku.

W zwiazku z powyzszym, w trybie kodeksu postepowania administracyjnego, zwracam sie do Pana z nastepujacymi pytaniami:

1) Dlaczego nikt z wladz m. st. Warszawy nie odpowiedzial na pismo z kwietnia 2005 roku przedstawicieli Stowarzyszenia Galerii Le Madame w sprawie przydzielenia Stowarzyszeniu lokalu przy ul. Kozlej 12?

2) Dlaczego nikt z wladz m. st. Warszawy nie odpowiedzial na pismo z czerwca 2005 roku przedstawicieli Stowarzyszenia Galerii Le Madame w sprawie ustalenia wysokosci czynszu, który Stowarzyszenie powinno uiszczac za lokal przy ul. Kozlej 12?

3) Na jakiej podstawie w lutym 2006 roku wyliczono Stowarzyszeniu Galeria Le Madame czynsz w wysokosci 30 zl za m2, podczas gdy w Warszawie stowarzyszenia i fundacje placa od 10 do 17 zl za m2?

4) Dlaczego, mimo wczesniejszych zapowiedzi publicznych, iz do eksmisji Galerii Le Madame nie dojdzie, wladze m.st. Warszawy zlamaly swoje obietnice?

Z powazaniem,

imię i nazwisko, adres zamieszkania (na wypadek gdyby pan Mirosław zechciał odpowiedzieć na piśmie)

Odbiera się nam coraz więcej, bezkarnie obraża wszystkich oprócz słuchaczy Radia Maryja, ale pisać listy nawet homoseksualistom jeszcze wolno. A teraz idę jeść śniadanie -- dzisiaj zupa z moczu.