sobota, kwietnia 15, 2006

Obrzędliwość

Tak się złożyło, że wczoraj niemal jednocześnie wpadłem na pomysł nowej notki, przeczytałem pewien artykuł i przeżyłem zaskoczenie postawą Szacownego Małżonka.

Z Szacownym spożywaliśmy sobie wieczorem napój marki piwo i poczuliśmy głód okrutny, szarpiący nasze trzewia. Jakież było moje zdziwienie, gdy Małżonek odmówił spożycia parówki, tłumacząc się panującym postem i stwierdził, że zaczeka 30 minut do północy.

Moje zaskoczenie było o tyle głębokie, że Małżonek nie jest wierzący (ma raczej nastawienie antyklerykalne), nie chodzi do kościoła, nie płakał po papieżu i obaj określamy się raczej mianem pokolenia Le Madame, niż Dżejpitu. Nie mogłem nie pomyśleć o następującym fragmencie wywiadu z Immanuelem Wallersteinem z ostatniego "Niezbędnika inteligenta":

"Pan myśli, że fundamentaliści nie chcą dobrego życia?

Chcą mieć poczucie udanego życia, ale bez ryzyka porażki. Oferta fundamentalistów jest pozbawiona ryzyka, bo pomiar sukcesu odbywa się w innym świecie, a konieczne zasługi polegają głównie na spełnianiu różnych rytuałów. By otrzymać nagrodę, trzeba się np. odpowiednio ubierać, nie pić, powstrzymywać od seksu. Tu nie ma ryzyka. Fundamentalista jest święcie przekonany, że jak coś będzie robił, a czegoś innego nie, to po śmierci nagroda go nie minie."

Zestawmy to z (bardzo dobrym) tekstem Szymona Hołowni z... pisma kultury klubowej Laif:

"Przyjrzyjmy się im po kolei, zaczynając od polecenia zachowywania "nakazanych postów". Uświadomiony wierny żachnie się zaraz, że nie będzie mu pleban do kuchni zaglądał i mówił, co ma jeść, a poza tym to okrucieństwo, żeby w XXI wieku się specjalnie głodzić. Drogi wierny! Uwierz mi, że panie katujące się tygodniami dietą Cambridge cierpią znacznie bardziej od katolików, którzy do postu zobowiązani są we dwa (powtórzmy: dwa) dni w roku (Środa Popielcowa i Wielki Piątek). Postu, czyli de facto minigłodówki. W te dwa dni wszyscy między 18 a 60 rokiem życia mogą zjeść trzy posiłki, w tym tylko jeden do syta. Pomysłowość naszych przodków, jeśli idzie o omijanie tego przepisu (ów jeden dopuszczalny "posiłek do syta" zmieniał się np. w wielogodzinną balangę), skłonił Kościół do uszczegółowienia przepisów. Dziś ten posiłek nie może trwać dłużej niż dwie godziny i może być przerywany najwyżej na kwadrans. Zaiste straszne to wyrzeczenie, zważywszy na fakt, że muzułmanom w czasie trwającego miesiąc Ramadanu nie wolno od wschodu do zachodu słońca jeść, pić, palić i uprawiać seksu!

Na kolejny "nasz" zakaz – wstrzemięźliwość od mięsa we wszystkie piątki roku – nasi pradziadkowie też mieli swój sposób. Specjalnie na ten dzień sprowadzali najdroższe gatunki owoców morza, serów i alkoholi.

Ślady takiego myślenia widać u współczesnych katolików, którzy dziwią się, że biskupi godzą się na jedzenie mięsa w Wigilię (można również imprezować w Adwencie, bo to czas radosnego oczekiwania na Boże Narodzenie), a za ciężką choinkę nie chcą spróbować zrozumieć, dlaczego Kościół nakłania ich do tego, żeby w Wielkim Poście oraz w piątki – kiedy staramy się pamiętać o zbrodni, jakiej nasi przodkowie dopuścili się na naszym Bogu dwa tysiące lat temu – wierni powstrzymali się od zabaw oraz odmówili sobie wołowej parówki.

Drogi współczesny katoliku! Wbij sobie, uprzejmie proszę, do głowy i serca raz na zawsze, że Kościół naprawdę nie potrzebuje tych naszych parówek, głodówek ani piątkowych wieczorów bez house'u, drum'n'bassu, techno czy trance'u. To MY ich potrzebujemy, choćby po to, by raz na jakiś czas przekonać samych siebie, że umiemy sobie czegoś odmówić."


No i właśnie tu jest pies pogrzebany. Kościół kościołem, ale jakoś nie potrafię sobie wyobrazić brodatego Boga, który siedzi sobie na tronie niebieskim, zaciera ręce i myśli: "ha! nareszcie nadszedł dzień, kiedy moi wierni nagrzmocą się gorzały, nażrą ryb i makaronu, ale! ale! oni nie ruszą parówek!". Ale to ciągle za proste, żeby wytłumaczyć mojego Małżonka, który jako żywo przykazań kościoła nie planował spełniać, a wiarę w bogów podobnie jak ja uważa za niegroźne schorzenie psychiczne. Po co nam te rytuały, których sensu i znaczenia nie rozumiemy?

W tym samym artykule Robert Leszczyński: "Słynna stała się scena, kiedy pielgrzymi z Polski kompletnie zagłuszali Ojca Świętego krzycząc "że go kochają", i kompletnie nie rozumiejąc – ba, nawet nie chcą słuchać, co ma im do powiedzenia.

To unikalne połączenie żarliwości i ignorancji prowadzi do jakich zastraszających skutków, kiedy zajęci sprzątaniem, zakupami, "mordowaniem świątecznego karpia" a następnie – wzmożoną konsumpcją i oglądaniem telewizji rodacy nie mają już siły ani nawet ochoty zainteresować się warstwą duchową Świąt. Uświęcony, wieloletni obyczaj, prastara tradycja stają się wyznacznikiem masowych zachowań."

Niedawno w Gazecie Wyborczej czytałem o niedzielach polskich katolików. Ksiądz z ambony mówi, że w niedzielę pracować nie wolno, ale matka może zrobić obiad, bo co by było, gdyby nie zrobiła. W ten sposób matka staje się wyjątkiem od reguły. Po co ten zakaz pracy w niedzielę? Po co zamknięcie sklepów? Czy w ten sposób wierni stają się bardziej oddani regułom kościoła? Czy głęboko przemyśliwają mękę Pańską? Czy zasiadają do stołu i przyciszonym głosem czytają Biblię? Nie, wierni siadają na fotelu, sięgają po gazetę i włączają głośno telewizor.

W zeszłym roku na Tarchominie (Warszawa), gdzie mieszkam, sklepy były w sobotę otwarte "normalnie" czyli tak, jak w każdą inną sobotę; w niedzielę zamknięte (z wyjątkami), w poniedziałek w większości czynne tak, jak w niedzielę lub przynajmniej po południu. W tym roku wszystkie, bez wyjątków, sklepy (włączając hipermarkety) są w sobotę czynne do 16, a w niedzielę i poniedziałek wcale. Mam wrażenie, że to przejaw tego samego bez-myślenia, które nakazało dyrektorce Cervantesa odwołać debatę o wolności słowa; bezmyślny rytuał, który się spełnia, ponieważ tak robią wszyscy, a jeśli nie robią, to przynajmniej wisi nad nami niewypowiedziane pragnienie rządu, aby tak robili. I robią, bez przymusu, bo kiedy owieczki osiągną pewien stopień ogłupienia, przymus nie jest już potrzebny. Tak, jak mojemu Szacownemu nie trzeba ani przymusu, ani wiary, aby nie jeść parówki w Wielki Piątek.

Fascynujące jest dla mnie odkrycie, że ani Szacowny, ani ja nie potrafimy kompletnie uwolnić się od bezsensownych rytuałów obcej religii. Co prawda nie jadłem wczoraj mięsa, ale tylko dlatego, że nie jadam go od kilku lat; z drugiej jednakże strony w Wigilię zasiadam przy stole wśród moich niewierzących bliskich, przełamuję się opłatkiem (jakie jest znaczenie opłatka? a co to kogo obchodzi?) spożywam potrawy z tradycyjnego menu: barszczyk, karpik, pierogi z kapustą, etc.; wręczam prezenty i sam się spodziewam ich otrzymania. Składam życzenia z okazji świąt wielkanocnych, w które zasiądę przy stole, przełamię się (zapewne niepoświęconym, ale kto wie, co wymyśli moja mama ateistka...) jajeczkiem -- mimo, że w moim przypadku święta upłyną głównie w cieniu nadchodzącego wyjazdu za granicę oraz nieobecności ciotki, która wciąż nie potrafi się pogodzić z istnieniem u mojego boku Szacownego Małżonka. Po co nam te rytuały?

Wydaje mi się, że odpowiedź nie jest prosta. Z jednej strony, rację ma Wallerstein, który mówi, że fundamentalista ma gwarancję wygranej, jeśli stosuje się do pewnego zbiorku reguł; nawet, jeśli je nagina (Arab może pić alkohol w samolocie, bo Allach w samolocie nie widzi), to jednak w duszy uspokaja się: Allach nie widział, Pan Bóg tylko parówki zakazał, nic nie mówił o dwóch kilogramach łososia. Co prawda mam kochankę, ale ona nie jest mężatką, a Pan Bóg kazał tylko nie pożądać żony bliźniego swego, a o innych kobietach nie mówił. Co prawda jestem ministrem i innym nakazuję czystość moralną, a sam mam i żonę i kochankę i kilka mieszkań na boku, ale -- ALE -- dzięki moim nakazom wielu ludzi zachowuje się moralnie, a to ważniejsze niż ja sam, bo lepszych dwudziestu czystych niż tylko jeden. Cel uświęca środki. Nikt nie wgłębia się w sens postu, który Hołownia opisuje tak: "Post to doskonała okazja do pokazania, że zdajemy sobie sprawę z tego, że nie jesteśmy na tym świecie sami. Że obok są ludzie, którzy chorują na raka, walczą z alkoholizmem, nie mają pracy, przechodzą kryzys albo depresję. Jeśli nie idziesz ze znajomymi na imprezę, możesz pokazać, ze łączysz się z nimi w duchu. To niezrealizowane pragnienie, tę odrobinę empatii czy refleksji w piątkową noc możesz zadedykować właśnie im. A pieniądze przeznaczone na wejściówkę (na parówkę) możesz odkładać do koperty, a później kupić za nie leki starszej, biednej sąsiadce. To jest właśnie sens postu."

No tak. Ale to nie jest przyjemne. Ludzie, którzy cierpią na depresję, niech sobie na nią cierpią, co mnie to obchodzi, dopóki jestem zdrowy? Sąsiadka to głupia baba, pewnie ma górę kasy, na której śpi, już ja znam te biedne emerytki. A na mnie czeka impreza, a na niej parówki. Sojowe, bo wszak Wielki Piątek i Pan Bóg czyha.

Z drugiej strony (od dołu?) czyha konformizm: nie wierzę w Boga, boga, ani nawet w Jana Pawła II. Ale jeśli się do tego przyznam, być może moja sąsiadka okaże się fundamentalistką, która -- oczywiście w imię mojego zbawienia -- zatruje mi życie. Być może szef nie da mi podwyżki. Być może obrazi się babcia. Istnieje też możliwość, że sąsiadka, szef i babcia mają głęboko w podogoniu moją wiarę, niewiarę i stosowanie się (bądź nie) do rytuałów, ale po co ryzykować? Stąd, nawiasem mówiąc, bierze się te 97% katolików w Polsce -- ankieter pyta, wiadomo, jak brzmi oczekiwana odpowiedź. Synka ochrzcimy (i zapewnimy mu dożywotni wpis do ksiąg kościelnych) -- bo jeśli nie ochrzcimy, to BYĆ MOŻE będzie mieć pretensje, problemy w szkole, BYĆ MOŻE papieżem nie zostanie. Dyskusji o wolności słowa zakażemy, bo BYĆ MOŻE minister miał to na myśli, a nawet jeśli nie miał, to mam dowód na piśmie, który sugeruje, że jednak mógł był mieć.

I koło rytuałów się kręci. Parówka zostaje w lodówce, w klubie jedna czwarta grupy, która zazwyczaj się tam zbiera. Debata odbywa się w plenerze, jej organizatorzy dostają obietnicę obniżenia ocen ze sprawowania, chociaż dyrektorka sama na debatę przybywa i ją chwali. A zdrowy rozsądek? Leży i kwiczy pod butem wicepremiera Leppera, który co prawda ma na koncie kilka wyroków, ale nie w sprawach kryminalnych, więc możemy przed Panem Bogiem udawać, że obietnice o uczciwości i odnowie moralnej zostały dotrzymane. Od falandyzacji prawa, przez falandyzację uczciwości i zwykłej przyzwoitości, aż do falandyzacji postu -- wszystko można traktować relatywnie. Nawet parówkę i zdrowy rozsądek.

11 Comments:

  • kiedy mam wątpliwość jak żyć, wyobrażam sobie, że przylatuje ufol i pyta mnie o moje życie, co robię, po co robię, dlaczego itd. jeśli jakiejś czynności nie jestem w stanie wyjaśnić ciągiem przyczynowo skutkowym w moim bezpośrednim otoczeniu, odstępuje od tej czynności. nawet jeśli mnie z nią wychowano

    By Anonymous lis, at 12:18 PM  

  • A jeśli ufoludek zapyta, czemu średnio raz na dwa miesiące hasłujesz blog i go odhasłowujesz?

    By Blogger Lars Porsenna, at 1:52 PM  

  • a bo posty i głodówki -- są słuszne dla zdrowia;
    co jakiś czas.
    nawet dla Niewierzących..;-)
    i naturalne; a bo nigdy Ludzkość nie miała
    (w lodówkach) Tyle Żarcia, co dziś.
    (a to nie jest normalne...;-)

    By Anonymous makowski, at 2:08 PM  

  • lars porsenna - odpowiem mu. nawet mogę mu wykres narysować. jeśli ty mnie zapytasz, też ci odpowiem ;-)

    By Anonymous lis, at 3:58 PM  

  • A jak wygląda życie tego, który nie chce iść na kompromis? Tego, który nie chce w dzielić się bezsensownym opłatkiem z resztą towarzystwa (nawet niewierzącego?
    Ano tak, że społeczeństwo negatywnie patrzy na te zachowania, nawet jeśli nie mają dla społeczeństwa większego znaczenia. Nie podzielił się opłatkiem? To jakiś dziwak. Nie dał jajka? To żeśmy się nie zżyli. Nie powiem mu "dzień dobry" jak będę mijał. Jak on nie chce się ze mną jajkami dzielić, to znaczy że nie chce mnie znać...

    I tak w kółko. Postępująca alienacja, wraz z postępującym odchodzeniem od niewytłumaczalnych rytuałów i bezsensownych tradycji. A wszystko w imię oświeconego rozumienia. To głupie, bo pozostaje tylko WIARA, że tak jest lepiej.

    By Anonymous Pi, at 7:56 PM  

  • pi -- nie rozumiem ostatniego zdania. Czy głupie jest odmawianie udziału w idiotycznych rytuałach, czy też odwracanie się od osoby, która udziału odmawia?

    By Blogger Oliveira, at 9:11 PM  

  • Post... miał służyć samodoskonaleniu i kształceniu empatycznych odruchów tudzież innych chwalebnych ciagot. Nie jedzono drogiego mięsa, żeby kupić tańszą rybę, a resztę $$ oddać potrzebującym. Odmawiano sobie jedzenia, aby samoumartwieniem szkolić charakter. Z tego podejścia wlaściwie nic już nie zostało, poza pustym rytuałem. Dlatego w Wielki Piątek zjadłam sobie martwe zwierzę, o godzinie 15 zapomniałam zupełnie o Męce Pańskiej, a w Środę Popielcową nie posypałam głowy popiołem. Jednocześnie łamię się opłatkiem z ludźmi i bardzo to lubię, bo rzadko trafia się tak dobra okazja, żeby powiedzieć innym, że życzę im jak najlepiej i chcę, żeby byli szczęśliwi. Chodzę z koszyczkiem do święconki, bo uwielbiam w słoneczny dzień przygotować starannie wszystko, pobawic się serwetkami i gałązkami bazi i mirtu, wyjść na spacer i popatrzeć na wystrojone, przejęte dzieciaki. Nie odrzucę wszystkich rytuałów tylko dlatego, że nie jestem katoliczką. Część z nich jest naprawdę pozytywna :)
    A post - robię sobie wtedy, kiedy uważam to za słuszne. Do kalendarza liturgicznego nie zerkam wtedy, podejrzewam, że nie raz wypadł mi w piątek :]

    By Anonymous yashczoorka, at 1:07 AM  

  • zapominasz o tzw "tradycji" kulturowej, która u nas jest taka jaka jest czyli katolicka. Nie trzeba być praktykującycm chrześcijaninem, by dzielić się opłatkiem czy przestrzegać postu. To kwestia wyboru.

    By Anonymous joe255, at 11:21 AM  

  • joe255: oczywiście, z wyboru mogę również ubierać się tylko na różowo, co rano dąć w dudy lub żywić się tylko jajkami na twardo; jednak czy sądzisz, że post niewierzących polegający na tym, że zamiast wieprzowinki zjedzą rybę jest naprawdę wynikiem świadomego, przemyślanego wyboru? Między czym, a czym wybiera taki ktoś?

    By Blogger Oliveira, at 12:02 PM  

  • Wszędobylski relatywizm. Mimo wszystko w pewnym sensie to dobrze, że ta ideologia tak się powszechnie przyjęła. Dla każdego post będzie czymś innym, ponieważ taka już jest nasza małość i ograniczoność w rozpoznawaniu rzeczywistości, i znaczenia poszczególnych jej elementów. Człowiek rozumny, o szczerze otwartym umyśle, nie może poddawać się powodzi apatii i bezrozumności wykonywanych cyklicznie w sposób niemalże automatyczny czynności. Taki człowiek nie będzie potrzebował okazji, by wyznać miłość tej kochanej osobie, ani też, by życzyć jej wszystkiego dobrego. Do tego wykorzysta każdą sposobność, każde spotkanie, wyśle bezokazyjną kartkę/SMS z życzeniami, jeśli tylko zna adres/nr.gsm i jeśli szczerze tak życzy tej osobie. Co ważne, nie pozwoli sobie nigdy na budowanie wymówek, którymi będzie maskował wadliwe zachowanie, które chrześcijanie zwą grzechem zaniedbania. Oby wam na zdrowie te słowa się złożyły. Przemyślcie to, a ja będę niezmiernie wdzięczny, gdy zdecydujecie się tymi przemyśleniami z resztą zainteresowanych podzielić. Ray'u, bardzo ciekawe spostrzeżenia. Gratuluję wrażliwości! Pozdrawiam.

    By Blogger Harpigon, at 12:33 AM  

  • :-) wyboru ..obrządku czy form jak wolisz. Ot taki automatyzm pozbawiony głębszych przemyśleń

    By Anonymous joe255, at 6:55 PM  

Prześlij komentarz

Links to this post:

Utwórz link

<< Home