środa, maja 31, 2006

Teczki, teczuchy, teczunie

1. "Historycy IPN dostali zakaz wypowiadania się na temat lustracji w Kościele, w tym decyzji krakowskiej kurii na temat ks. Zaleskiego. O całej sprawie informuje RMF FM. Wcześniej kuria zastosowała sankcje wobec ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego, uniemożliwiające mu dalsze badania w sprawie agentów w Kościele. Decyzję tę poparł prezydent Lech Kaczyński."

2. "Również PiS opowiada się za jawnością dokumentów dotyczących osób pełniących funkcje publiczne. Zdaniem szefa klubu PiS Przemysława Gosiewskiego, nie ma jednak potrzeby ujawniania całych zasobów IPN - a więc materiałów dotyczących osób, które nie pełnią teraz funkcji publicznych. Według propozycji PiS osoba, która uznałaby zawartość ujawnionych dokumentów za krzywdzącą, mogłaby odwoływać się do sądu powszechnego.
PiS opowiada się też za ujawnieniem akt pracowników i współpracowników służb bezpieczeństwa. Pytany, czy jawne powinny być też "dane wrażliwe", Gosiewski odpowiedział: - Powinniśmy przyjąć założenie, że teczka jest dostępna w całości, jeśli będziemy bawić się w wyłączanie jakichś aspektów tych informacji, to oczywiście będziemy ograniczali lustrację."

3. "Krakowska kuria wydała specjalne oświadczenie, które w zasadzie ma jeden tylko cel: zamknięcie ust księdzu Isakowiczowi-Zaleskiemu. [...] Nie wiem, czy ksiądz Isakowicz-Zaleski przelęknie się grożących mu kościelnych kar, czy zrobi to, co zapowiadał. Wypada w każdym razie stwierdzić ze smutkiem, że polski Kościół, gdy przychodzi do chwil próby, okazuje się nie różnić niczym od każdej innej zawodowej korporacji. Tak jak u adwokatów, radców prawnych czy architektów obowiązuje zasada: bronić swoich. Piękne słowa o moralności, prawdzie i pokucie są dla frajerów, którzy przychodzą zapełniać tacę."

4. "Teczka prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego mogła być sfałszowana - ocenił w środę minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro. Według ministra, w tej sprawie powinno być wszczęte śledztwo.
We wtorek Kaczyński zapowiedział, że wkrótce ujawni swoją teczkę. Pytany, dlaczego do tej pory tego nie zrobił, odparł: - Z tego względu, że jest tam pewna komplikacja. Polega ona na tym, że są tam ślady działania pana Lesiaka." Cóż za przypadek, że wszystkie teczki są autentyczne, a ta jedna sfałszowana.

5. "Krasowski pisze: „ »Dziennik« po kilkunastu telefonach do zaprzyjaźnionych księży, którzy jednogłośnie potwierdzali swą wiedzę na temat kooperacji Czajkowskiego z SB, zdecydował się udzielić tego wsparcia” (rewelacjom Tadeusza Witkowskiego). Tak przypuszczałem, że to wszystko dokonało się z udziałem kolegów księdza Czajkowskiego! Proszę, a nawet domagam się, aby Krasowski, skoro już tyle powiedział, ujawnił także nazwiska tych księży, którzy mają "wiedzę na temat kooperacji Czajkowskiego z SB" i tą wiedzą podzielili się z redaktorem. [...] Na pierwszej stronie „Dziennika” wielkimi literami ujawnia: „Autorytet donosicielem”, a nieco mniejszymi literami: „Kreujący się na duchowego przewodnika ksiądz Czajkowski 24 lata pracował dla SB”. W tekście podpisanym przez Michała Majewskiego (wciąż na tytułowej stronie) zostaje ujawnione: „Medialna gwiazda i autorytet dla części środowisk liberalnych. Teraz okazał się gorliwym agentem policji politycznej komunistycznego PRL. (...) Donosił nawet na legendę »Solidarności « ks. Jerzego Popiełuszkę. I nie można wykluczyć, że w ten sposób mógł przyczynić się do jego śmierci”. Na s. 3 omawianego numeru publikuje redaktor Krasowski zdjęcie księdza Popiełuszki, a pod nim podpis: "To na niego donosił Michał Czajkowski". Pytam, to "ujawnianie" faktów czy obrzydliwa manipulacja? Ujawnianie faktów czy też nieukrywana radość, że oto "medialna gwiazda", "autorytet dla środowisk liberalnych", facet "kreujący się na duchowego przewodnika" upadł i został podeptany?"

6. "W odbiorze większości polskich komentatorów, którzy pamiętają niedawne oskarżenia o tajną współpracę z SB o. Konrada Hejmy i ks. Michała Czajkowskiego oraz zapowiedzi ujawniania teczek duchownych, sprawa jest prosta. Benedykt XVI mówił o lustracji. Tak zresztą odebrała to większość księży słuchających papieża (potwierdza to obserwator "z zewnątrz", watykanista z dziennika "La Repubblica" Mario Politi). W zależności jednak od nastawienia komentatorów dała się dostrzec różnica akcentów. Dla części z nich papież wręcz rzucił hasło do zlustrowania Kościoła, część z nich uznała, że Benedykt XVI sprzeciwił się dotychczasowym lustracyjnym praktykom."

Wiecie co? Nic mnie to nie obchodzi. To znaczy, smutny jest los geja śmiertelnie bojącego się, że informacja o jego życiu erotycznym zostanie upubliczniona, żałosne jest, że w zależności od tego, na kogo się akurat pluje pan prezydent jest za, a nawet przeciw ujawnianiu teczek, zaś ostatni cytat sugeruje, iż słusznie zakładałem, że zrozumienie wypowiedzi papieża nie będzie głębsze, niż jego własne zrozumienie języka polskiego. O wiele bardziej mnie zszokowała ta informacja:

"W pakiecie zmian ogłoszonych przez wicepremier Zytę Gilowską znalazła się likwidacja podwyższonych kosztów uzyskania dla twórców, artystów, ludzi nauki. Minister finansów ich funkcjonowanie uznała za patologię. Niemal natychmiast zaprotestowali przeciw zniesieniu wyższej stawki naukowcy, którzy wystosowali do wicepremier petycję z prośbą o wycofanie tej zapowiedzi. Poparli ich nowi koalicjanci, a Samoobrona zapowiedziała, że będzie się domagać wykreślenia tego zapisu z projektu. Gilowska postanowiła więc tylko ograniczyć grupę podatników, którzy będą mogli z ulgi korzystać. Wybrała artystów.
Aby jasno określić, kto tak naprawdę nim w Polsce jest, resort finansów postanowił sięgnąć do definicji z ustawy o systemie ubezpieczeń społecznych. Wynika z niej, że artystą jest np. kaskader, tancerz, scenarzysta, reżyser, aktor. Nie jest nim już literat ani naukowiec."

Górnicy wybierają się podobno demolować Warszawę. Może warto, żeby poszli z nimi naukowcy. Bo prawdą jest, że używanie przemocy celem wyszantażowania tego, co się chce dostać jest nieetyczne; ale czy etyczna jest władza, która wszelkie inne argumenty ma głęboko w nosie? Pod listem otwartym żądającym odwołania Giertycha podpisało się w ciągu 40 godzin 58 tysięcy ludzi. Premier list przyjął, po czym więcej o sprawie nie usłyszeliśmy. Teraz strona działa znów, zebrano już 133 tysiące podpisów. Tylko po co? Czy ktokolwiek uważa, że skoro 58 tysięcy podpisów to dla premiera nic, 133 lub 580 tysięcy go przekona?

Kończy się III RP. To prawda. Kończy się iluzja, że demokracja oznacza, że co 4 lata obywatele dostają możliwość wybrania, kto będzie ich tym razem trzymał za mordę. Górnicy już wiedzą, jak się rozmawia z władzą. Lekarze też się powoli uczą. I tylko czasu szkoda, tego czasu, który marnuje się na mamlanie teczek, teczuni, teczuś. Bo kiedy już wszyscy wykształceni ludzie opuszczą kraj-raj, pozostali obywatele -- nawykli do becikowego, berecikowego, KRUS, rent, emerytur, odpraw i zasiłków mogą nie pozwolić sobie wytłumaczyć, że muszą zacisnąć pasa, żeby znowu zacząć gonić Europę.

sobota, maja 27, 2006

Apage Satanas, czyli jak obraziłem uczucia religijne

Wstęp:

Poniższa notka może urażać uczucia religijne. Ewentualna uraza nie jest przeze mnie zamierzona. Osoby urażone niniejszym przepraszam i zapewniam o gotowości współpracy z organami prawa celem ocenzurowania fragmentów grożących mi karą więzienia z art. 196 kk.

Motto:

"Wiceminister spraw wewnętrznych Władysław Stasiak podkreśla, że mimo bardzo dużych utrudnień na trasie pielgrzymki zarówno pielgrzymi jak i kierowcy zachowują się wzorowo. Stasiak przyznaje, że zdarzają się przypadki kierowców niezadowolonych z zamkniętych ulic, ale jest to margines. "To są Adasie Miałczyńscy, ale generalnie jest wspaniała współpraca i zrozumienie" - wyjaśnia wiceminister w rozmowie z IAR."

Dużo ostatnio myślę o tzw. uczuciach religijnych i karalności ich obrażania, zwłaszcza w kontekście komentarzy do poprzedniej notki.

W Polsce, według zeznań samych zainteresowanych, 95% osób wyznaje wiarę katolicką. Są wśród tych osób babcie, dziadkowie, matki, ojcowie, dzieci i wnuczęta. Są tacy, którzy rzucają kamieniami, tacy, którzy wszędzie widzą żydostwo i pedalstwo oraz tacy, którzy po prostu wierzą w istnienie Boga. Uczucia wszystkich tych osób są chronione za pomocą prawa, które za "obrazę uczuć religijnych" nakłada karę więzienia. (Polecana lektura) Dodatkowo nie da się zdefiniować obszaru wypowiedzi obrażających uczucia religijne -- por. prof. Leszek Kołakowski: "...trudno mi - wskutek trwałego zaniku poczucia świętości - ustalić granicę pomiędzy sprawozdaniem z własnego stanowiska a oceną, która mogłaby zostać odczuwana jako coś obraźliwego dla kolegów katolików; chciałbym bardzo uniknąć tej ostatniej możliwości, boję się tylko, że brak mi dostatecznego wyczucia tej granicy, a wiadomo mi z doświadczenia, że nic łatwiejszego niż spowodować bezwiednie, aby w dyskusji rozmówca-katolik uznał, że jego uczucia religijne zostały obrażone". Tak więc dla osoby niewierzącej i wyzbytej uczuć religijnych rozmowa z katolikiem jest niezwykle trudna, ponieważ wymaga skazanych na niepowodzenie prób odgadywania, jakich słów użyć i jaką myśl wyrazić, aby rozmówca nie poczuł się urażony. Dodatkowo utrudnia to fakt, że jednego katolika np. napisanie "Serdetschnye vitamy" obrazi, a drugiego nie.

Poglądy i odczucia niezwiązane z religijnością nie są w naszym kraju chronione prawnie. Wątłą próbą obrony uczuć osób nieposiadających uczuć religijnych jest pojęcie tzw. poprawności politycznej, które za granicą nakazuje politykom np. nie zwracać się do starszego człowieka per "spieprzaj dziadu", a do geja nie mówić "nie podam temu ręki bo nie wiadomo, gdzie ją wcześniej wsadzał". W Polsce poprawność polityczna jest bezlitośnie wyśmiewana, jako próba ograniczania wolności słowa. Najgłośniej wyśmiewają ją politycy Ligi Polskich Rodzin, którzy jednocześnie jako pierwsi rwą się z pozwami sądowymi o obrazę ich uczuć religijnych. A uczucia LPR bardzo łatwo urazić, wystarczy np. umieścić Madonnę-piosenkarkę wmontowaną w obraz Madonny-niepiosenkarki na okładce pisma muzycznego lub wmontować męskie genitalia w kształt plusa (używany m. in. jako logo Polskiego Czerwonego Krzyża).

Jak wiadomo, jestem gejem i ateistą, w związku z czym nie posiadam żadnych uczuć chronionych prawnie. Podczas rozmowy z osobą wierzącą, lub podejrzewaną przeze mnie o to, że wierzącą być może, czuję się zwykle bardzo niekomfortowo, ponieważ nie mogę usunąć ze świadomości przykrego doznania, że jako rozmówcy nie stoimy na równych pozycjach. Co więcej, ja nie mam nigdy nawet pewności, że nie urażę uczuć rozmówcy zupełnie bezwiednie -- z powodów opisanych powyżej. Co z tego wynika, widać było, kiedy poprzednią notkę zakończyłem wyrazami "Trvayzie motzni v vyezhe"; zostałem oskarżony o brak kultury, prymitywizm, brak tolerancji i drwinę z głowy państwa. Jako żywo, nie dostrzegam w cytowaniu zapisu fonetycznego, jakim posługuje się papież żadnej z powyższych rzeczy, co więcej, główna oskarżycielka przyznaje, że sama nie posiada uczuć religijnych, a jednak uważa, że ja je urażam.

Koresponduję ostatnio z pewnym katolikiem; obaj staramy się o maksimum dobrej woli, zrozumienia i pozytywne podejście do rozmówcy. A jednak rozmówca nie wahał się napisać mi, iż uważa, że adopcja dzieci przez pary homoseksualne nie jest dobrym pomysłem. Trudno to uznać za zdanie obraźliwe, prawda? Po prostu ma taki pogląd, który nawet potrafi uzasadnić. Ja w swoim cytacie nie wyraziłem żadnego poglądu, pośrednio chodziło mi o zwrócenie uwagi na powierzchowność postrzegania papieża i brak prób zrozumienia jego wypowiedzi. "Trwajcie mocni w wierze", hasło pielgrzymki, można analizować długo i wytrwale; a jednak nigdzie w mediach nie spotkałem się z taką analizą, za to oglądam kolejne zdjęcia papieża w różnych pozach oraz czytam, że "Benedykt jest prawie tak kochany, jak Jan Paweł II". A jednak: mój cytat jest obrazą, drwiną i prymitywizmem. Jak ja mam pisać notki zahaczające o tematy religijne, jeśli nawet coś tak zdawałoby się niewinnego generuje tak niezwykle negatywne konotacje? Oraz: czemu ja nie czuję się obrażony przez to, że mój rozmówca uważa, że byłbym złym ojcem? Czyżby w obu przypadkach chodziło po prostu o moje wynikające z socjalizacji przyzwyczajenie do tego, że rozmówca-gej jest gorszy i można powątpiewać w jego pełne człowieczeństwo, zaś rozmówca-katolik jest lepszy i jednocześnie wrażliwszy i pisząc lub mówiąc cokolwiek na jego temat należy dbać wyjątkowo o to, aby go w jakiś sposób nie urazić?

Wróćmy do początku: otóż w Polsce 95% osób uważa się za -- na różny sposób -- katolików. Nawet ja, jak się okazuje, jestem wliczany do tej liczby, ponieważ zostałem ochrzczony. To, że teraz nie nazywam się tak samo jak wtedy, jestem niewierzący i w moim otoczeniu osób wierzących po prostu nie ma, nie liczy się. Liczba 95% jest argumentem najlepszym i jedynym dla tego, żeby w państwie rzekomo neutralnym religijnie w każdej szkole i w każdym urzędzie wisiały krzyże, ale i dla tego, żeby wizytę Benedykta XVI relacjonowały jednocześnie WSZYSTKIE kanały telewizji publicznej. Osoba niewierząca, która w swojej naiwności liczy na to, że poogląda sobie coś ciekawego, zawiedzie się srogo. Argument o 95% nie przekonuje mnie o tyle, że nawet gdyby katolików było 99%, nie są w stanie oglądać kilku kanałów telewizyjnych jednocześnie, a zatem gdy TVP1 nadaje 24 godziny na dobę serwisów papieskich, TVP2 mogłoby chociażby nadawać powtórki seriali lub nieprzesadnie gorszące (chociaż właściwie dlaczego? skoro katolicy oglądają TVP1...) filmy. A jednak tak nie jest. Pomijam kanały prywatne, bo właściciel kanału prywatnego ma prawo nadawać cokolwiek uzna za stosowne i ignorować dowolny odsetek ewentualnej widowni. Ale czemu telewizja publiczna, finansowana za pieniądze katolików i ateistów przez te kilka dni kompletnie ignoruje istnienie tych drugich? Demokracja, która rzekomo ma wyrażać zdanie większości przy jednoczesnym bronieniu praw mniejszości, staje się czymś w rodzaju totalitaryzmu, w którym jedyne, co pozostaje mniejszości to godne milczenie i emigracja wewnętrzna. Czyż motto, rozpoczynające powyższy tekst -- po zamienieniu "pielgrzymki" na "wizytę Breżniewa", "pielgrzymów" na "spontanicznie witających" oraz "Adasiów Miałczyńskich" na "bikiniarzy ze znanych kół" -- nie brzmi Wam podejrzanie znajomo?

Wyśmiewane bezlitośnie nawet w tak, zdawałoby się, lewackich łże-mediach jak Tygodnik Powszechny "Tiszerty dla wolności" to dla nas, ateistów, freaków i feministek swoisty (i jedyny) wentyl bezpieczeństwa, sposób, w jaki możemy zaznaczyć swoją obecność w społeczeństwie, które tej obecności próbuje wszelkimi siłami zaprzeczać. Kiedy już TVP1, TVP2, TVP3, Polsat, TVN, TVN24 i wszystkie pozostałe kanały zamieniają się w TV Benedykt, my -- margines -- możemy sobie co najwyżej włożyć koszulkę z napisem "Nie płakałem po papieżu". Wy -- większość -- macie po swojej stronie telewizję, prawo, sprawiedliwość i liczebność. A jednak -- tiszerty są wyśmiewane, usuwane, oprotestowywane, uznawane przez autorytety za żałosne i dziecinne. Bo tiszerty to poprawność polityczna. Którą konserwatywni politycy lubią określać mianem knebla, a ja -- lewak -- mianem dobrego wychowania. Bo niektórych rzeczy publicznie mówić i pisać nie wypada, podobnie, jak nie puszcza się bąków podczas obiadu rodzinnego; i nie ma tu nic do rzeczy kara więzienia lub jej brak, po prostu jako osoba dobrze wychowana w gronie, w którym mogą znajdować się katolicy nie piszę, że "katole to idjoci", a w otoczeniu osób płci obojga nie opowiadam seksistowskich dowcipów niezależnie od tego, co myślę o katolikach i czy dowcipy mnie śmieszą. "Nie płakałem po papieżu" natomiast jest zdaniem bez negatywnego ładunku emocjonalnego, niesugerującym niczego w kwestii tego, czy czytający to stwierdzenie po papieżu płakali czy też nie, niedeklarującym mojego negatywnego stosunku do papieża, religii i wierzących. I kiedy na forum gazeta.pl ktoś w sygnaturce umieszcza zdanie "Nie płakałem po Le Madame", ma do tego prawo, tak ja mam prawo pomyśleć, że ten ktoś jest głupi. Na tym, moim zdaniem, polega wolność słowa. A jednak społeczne postrzeganie i, co gorsza, ochrona prawna osób noszących koszulki "Nie płakałem po papieżu" i "Nie płakałem po Le Madame" są zupełnie odmienne. Dlaczego?

Gdybym chciał z premedytacją urazić Wasze, drodzy czytelnicy, uczucia religijne, nie miałbym z tym żadnych problemów. Wystarczyłoby na przykład wziąć list Wierzejskiego do Ziobry i zastąpić wszelkie odniesienia do homoseksualizmu odniesieniami do katolicyzmu. Obraza byłaby wtedy jak najbardziej zamierzona, w odróżnieniu od mojego nieszczęsnego zapisu fonetycznego. A jednak ja nie mógłbym pozwać Wierzejskiego do sądu (ponieważ w liście nie pada moje nazwisko), podczas gdy Wy, drodzy czytelnicy, moglibyście pozwać mnie. I jakkolwiek medialna i ciekawa z punktu widzenia prawa mogłaby być sprawa, to mi groziłby wyrok 2 lat więzienia, a nie Wierzejskiemu.

PS. Bożena Umińska o tiszertach.

piątek, maja 26, 2006

Festiwal hipokryzji trwa

galopujący_major @ http://passent.blog.polityka.pl/?p=40#comments

"Pełna zgoda w sprawie przeszłości jest niemożliwa. Może to i dobrze, pluralizm poglądów jest wartością samą w sobie. Warto jednak wyzbyć się tej nienawiści i satysfakcji z czyjegoś upadku. Ale aby to zrobić należałoby chyba najpierw wyplenić obłudę , która panoszy się, zwłaszcza na prawicy.

Gdy słyszę, że Leszek Balcerowicz miał legitymacje PZPR i jest skompromitowanym komunistą, to dowiaduje się wiceminister Jasiński który też taką miał chwilowo zbłądził.

Gdy słyszę, o niegodziwości osób należących do PZPR , dowiaduje się, że ojciec ministra Ziobro co prawda należał do partii, ale słuchał z synem Wolnej Europy.

Gdy słyszę, że Wisława Szymborska jest stalinistką bo w młodości napisała agitki o Wodzu, to dowiaduje się , że pan Prezydent w swym doktoracie powoływała się na Lenina, bo takie były czasy.

Gdy konstytucjonaliści się mylą bo już za komuny należeli do układu( prof.Winczorek do Stronnictwa Demokratycznego) to ta sama przynależność radiomaryjnego guru J.R.Nowaka jest dowodem jego wallenrodyzmu.

Gdy Przemysław Edgar Gosiewski oskarża prof. Łetowską o to, że jako pierwszy Rzecznik Praw Człowieka (jeszcze za czasów komuny) nie wspierała dostatecznie Solidarności, to dowiaduje się, że sędzia Kryże sądząc B.Komorowskiego i prokurator Wassermann oskarżając studentów w stanie wojennym o oberwanie guzika ORMOW-cowi są w porządku bo działali w takich czasach.

Gdy zdaniem prof.Śpiewaka Cimoszewicz odpowiada za ojca w aparacie represji ( podobnie pewnie M.Borowski za wujka Bermana ), to zdaniem D.Tusk absolutnie nie odpowiada za dziadka w Wermachcie

Gdy PO z SLD zawarło jakiś tajemny pakt i nadal siedzi przy słynnym stoliku brydżowym, to współpraca J.Kurskiego( jako członka LPR) z SLD w sejmiku pomorskim jest podyktowana taka sytuacją w opozycji. Partii opozycyjnej się przecież nie wybiera.

Wreszcie gdy H.Łuczywo odpowiada za przynależność ojca do KPP. To L.Dorn nie odpowiada za dążenia swego ojca do uczynienia Polski kolejną republiką ZSRR.( jak podla (Rzeczpospolita)"

Wzięte z bloga Daniela Passenta. Na tym samym blogu, pod tym samym postem pewien komentarz, który nie pozostawia mnie obojętnym. Oto, jak pogłoska staje się faktem:

1. "W IPN znajdują się dokumenty dowodzące, że z bezpieką współpracowało pięciu wciąż czynnych zawodowo publicystów jednego z największych tygodników opinii" - podało "Życie Warszawy" w artykule o rozpoczęciu przez instytut prac nad "wielkim projektem badawczym" na temat infiltracji przez UB i SB środowisk dziennikarskich, artystycznych i naukowych.

2. Rafał Ziemkiewicz uroczo roztrząsa pogłoskę o dokumentach: "Ciekawe, o który tygodnik może chodzić? Raczej nie o "Newsweek", bo on powstał już w III RP. Drugi z trzech największych tygodników opinii, "Wprost", założony został wprawdzie jeszcze w Peerelu, ale nie potrafię naliczyć w nim pięciu publicystów, którzy od tamtych czasów pozostawaliby w zawodzie. No to? Ech, mniejsza o szczegóły. I tak się ich niedługo dowiemy."

3. galba, fritz.fritz i różni inni komentatorzy -- zacytuję losowy wpis: "Moje typy to: Jacek Żakowski, Janina Paradowska, RM Groński, Daniel Passent." Pojawiają się na zmianę głosy pełne nienawistnej radości (nareszcie te żydy i komuchy zostaną rozliczone) i żądające natychmiastowego, publicznego ukamienowania zaocznie skazanych.

4. na blogu Daniela Passenta pojawia się (pod notką o barierach między Polakami) cytat z Ziemkiewicza

5. pojawiają się głosy broniące Passenta, kwestionujące zasadność budowania bariery, etc. etc.

Między punktem 1. a 5. upłynęło kilka dni; od notki w ŻW, sugerującej, że w IPN są
dokumenty dowodzące,
doszliśmy już do punktu, w którym Passenta broni się nieśmiało mimo niezaprzeczalnego faktu jego współpracy z SB. I nikt nie wskaże, że jak na razie nikt treści tych dokumentów nie zna, że z cytatu wcale nie wynika, że "tygodnik opinii" działał już w PRL, więc może chodzić np. o Ozon. Nie trzeba; insynuacja i pogłoska to wystarczająca broń w IV RP.

Czy zwróciliście uwagę na krzyżowanie ks. Czajkowskiego? Bogdan Miś pisze: "Życie Warszawy" zamieściło 17 maja obszerny artykuł dr. Tadeusza Witkowskiego, który przytaczając fragmenty dokumentów pochodzące z archiwów IPN, pisze, że ks. Michał Czajkowski był przez ponad 20 lat agentem bezpieki. W tym samy numerze "Życie Warszawy" zamieszcza wywiad z ks. Czajkowski, w którym kapłan wszystkiemu zaprzecza. Akta dotyczące ks. Czajkowskiego znajdują się w IPN pod numerem 00169/ Dodam do tego, że autor pracy "naukowej" (została przez kilku uczonych - którym akurat ufam - dość kwaśno skomentowana w TV, stąd te cudzysłowy) oskarżającej ks. Czajkowskiego, jest Polakiem z Ameryki (nie wiem, czy nawet nie obywatelem USA), nieznanym z działalności naukowej. Nie jest historykiem, tylko socjologiem czy też polonistą: uczył w USA języka polskiego i żadnej pracy badawczej nie prowadził."

Kim jest autor pracy naukowej? Nikt oprócz p. Misia tego pytania nie zadaje. Są tacy, którzy bronią Czajkowskiego i piszą, że on nie mógł, że na pewno. Są inni, którzy z rozkoszą patrzą, jak smaży się na żywym ogniu człowiek, którego poglądów nie podzielali. "Dziennik" już Czajkowskiego skazał -- na karę śmierci -- i wykonał wyrok. Bogdan Miś: "Mnóstwo tu wątpliwości: jakim cudem jakiś podejrzeny facet wchodzi do IPN jak w masło i "bez dania racji" dostaje dokumenty, o których istnieniu nie ma w zasadzie prawa wiedzieć? Czy wystarczy, że się przedstawię jamiemuś - nomen omen - dudkowi z IPN jako "naukowiec" i już będę dowolnie buszował po archiwach? Dlaczego nadaje się taki rozgłos czemuś, o czym ma prawo wyrokować jedynie sąd lustracyjny?" Nie trzeba sądów w IV RP. Pogłoska, "fakt prasowy", insynuacja, kłamstwo -- to są narzędzia IV RP. Jeśli jesteś po właściwej stronie, to takie były czasy, objawy wallenrodyzmu, bez znaczenia. Jeśliś po stronie niewłaściwej, nic nie jest ważne i każda broń wystarczy, żeby zarżnąć i zamęczyć.

Nie mam opinii na temat ks. Czajkowskiego, jego sprawa tak naprawdę mnie nie interesuje; lustracja i dekomunizacja to dla mnie kompletnie nieciekawe tematy, uważam, że czas na zajmowanie się lustracją minął jakieś 10 lat temu. Polska nie jest już tym krajem, którym była w latach osiemdziesiątych, ZSRR już nie ma, jest za to Unia Europejska, jest gospodarka, którą trzeba się zająć, żeby dogonić chociażby Słowację. A jednak -- jak się okazuje -- metody, którymi posługiwało się SB i komuna są ciągle żywe i tym bardziej przerażające, że posługują się nimi tzw. solidarnościowcy, ci, którzy komunizm obalali (lub lubią twierdzić, że obalali). Czyż SB nie miało w swoim bogatym arsenale niszczenia ludzi psychicznie za pomocą rozpowszechniania o nich kłamstw? Dzisiaj, w epoce internetu jest to łatwiejsze, niż kiedykolwiek -- blogi, strony typu red-watch podżegające do przemocy fizycznej z podaniem zdjęć i danych osobowych delikwenta, felietony i komentarze do nich... i tylko niejaki Benedykt nie umie się wpasować i śmie wygłaszać godne łże-elity tezy: "Podkreślił, że "trzeba unikać aroganckiej pozy sędziów minionych pokoleń, które żyły w innych czasach i innych okolicznościach". "Potrzeba pokornej szczerości, by nie negować grzechów przeszłości, ale też nie rzucać lekkomyślnie oskarżeń bez rzeczywistych dowodów, nie biorąc pod uwagę różnych ówczesnych uwarunkowań" - dodał Ojciec Święty."

Warto by było, żeby tę wypowiedź przyswoili ci, którzy najczęściej sobie usta wycierają religijnością, wiarą i wartościami katolickimi. Ale nie mam złudzeń, że tak będzie. Bo -- widzicie -- ja pamiętam płomienne deklaracje po śmierci poprzedniego papieża. I widzę, co z nich zostało. Papież w Polsce nie jest przywódcą duchowym, twórcą encyklik czy też myślicielem. Papież w Polsce jest gwiazdą pop, która ma za zadanie mówić po polsku i jeść przed kamerami kremówki. I tylko Czajkowskiego żal, tak po prostu, jako człowieka. Bo papież przyjechał i pojedzie, a Czajkowski będzie musiał co dnia mierzyć się z małymi, plującymi trollami, które pragną każdego większego od siebie człowieka obrzucić gównem dla własnej zabawy.

Trvayzie motzni v vyezhe.

czwartek, maja 25, 2006

Zasłyszane

YoNasH (12:42)
w sklepie u mnie mozna pozyczyc do soboty wino
trekker (12:42)
haha
trekker (12:42)
a kupic nie, ale pozyczyc tak?
trekker (12:42)
dobre
YoNasH (12:42)
zastaw wynosi cene wina

wtorek, maja 23, 2006

Czy pani Gilowska ma choć odrobinę honoru?

Osobiście jestem zdania, że nie. Ale zobaczymy:

gospodarka.gazeta.pl/gospodarka/1,33211,3362963.html
Czy był taki moment, kiedy Pani myślała, żeby pójść w ślady ministra Stefana Mellera i złożyć dymisję?

[...] - Dyskutowaliśmy konsekwencje ewentualnego wprowadzenia w Polsce dodatkowej, nowej składki społecznej, tzw. pielęgnacyjnej, którą forsuje minister zdrowia Zbigniew Religa. To był pierwszy moment zniechęcenia.

serwisy.gazeta.pl/kraj/1,34308,3364657.html
Rząd przyjął program naprawy finansów służby zdrowia autorstwa ministra zdrowia Zbigniewa Religi - poinformował premier Kazimierz Marcinkiewicz. [...] Program ten zakłada m.in. wprowadzenie ubezpieczenia pielęgnacyjnego na leczenie starszych osób [...]

Pani profesor -- słowo się rzekło, kobyłka u płota.

poniedziałek, maja 22, 2006

Pornografia i alkohol, czyli wie rząd co dobre

http://wiadomosci.o2.pl/?s=257&t=222215

Podczas wizyty papieża Benedykta XVI w Polsce będzie obowiązywał zakaz sprzedaży i podawania napojów alkoholowych w miejscach objętych planem pielgrzymki - zdecydował we wtorek rząd wydając stosowne rozporządzenie. Jak podaje Centrum Informacyjne Rządu, całkowity zakaz obejmuje: 25 i 26 maja br. Warszawę, 26 maja Częstochowę oraz 27 i 28 maja Kraków wraz z powiatami chrzanowskim, krakowskim, myślenickim, oświęcimskim i wadowickim.

http://fakty.interia.pl/swiat//wiecej/news?inf=750843

Dziesiątki tysięcy konserwatywnych muzułmanów zgromadziły się dzisiaj w stolicy Indonezji Dżakarcie, by wyrazić poparcie dla projektu ustawy przeciwko pornografii, która - jak twierdzą jej krytycy - podkopie świeckie tradycje indonezyjskiej państwowości. [...] Domagali się oni niezwłocznego zatwierdzenia przez parlament ustawy, która m.in. zabroni publicznych pocałunków i przytulania się w tańcu, a także wygłaszania poezji erotycznej, publikowania erotycznych tekstów, fotografii i rysunków oraz emitowania erotycznych filmów.

http://www.naszdziennik.pl/index.php?typ=po...&id=po23.txt

"Por No - nie cudzołóż!" - pod takim hasłem blisko dwustuosobowa grupa warszawskiej młodzieży wzięła udział w sobotnim happeningu przeciwko pornografii. Uczestnicy akcji złożyli swoje podpisy pod petycją do władz stolicy, w której domagają się zaostrzenia działań zwalczających rozpowszechnianie pornografii.

Osoby o poglądach lewicowych charakteryzują się wiarą w to, że ludzie są w zasadzie dobrzy. Owszem, warto im wskazać niekiedy drogę, lub nawet lekkim popchnięciem na nią nakierować, niemniej jednak dopóki nie zmierzają z uporem pod prąd -- np. zakładając stowarzyszenia neonazistowskie lub krzywdząc bliźnich -- nie ma potrzeby ich przesadnie pilnować. W skrócie: kompletnie nie interesuje nas, co obywatel robi w domu, dopóki nie jest to na przykład bomba.

O wiele ciekawsza z mojego (i psychiatry) punktu widzenia jest umysłowość osoby o poglądach prawicowych. Osoby o poglądach prawicowych charakteryzują się wysokim stopniem nieufności. Zakładają, że:

1. współobywatele są z gruntu źli.
2. jedyny sposób, żeby uniemożliwić im popełnianie złych czynów to rozbudowany aparat represji.
3. jedynymi dobrymi obywatelami są rządzący. (Pomijana jest tu drobna sprzeczność, mianowicie taka, że rządzący są wybierani przez tychże złych obywateli, tak więc pada dziwne z punktu widzenia logiki założenie, że źli obywatele wybiorą sobie dobrych rządzących.)
4. wszelkie protesty przeciw rządzącym są organizowane przez złych obywateli i mają na celu uniemożliwienie rządzącym czynienia dobra.

Najciekawsze jednak są spontaniczne manifestacje, w których obywatele żądają ograniczenia ich praw. W Indonezji i w Polsce odbyły się -- jak mniemam, niekoordynowane -- demonstracje, w których żądano zakazu rozpowszechniania pornografii. Zadziwiające jest, iż ani w Indonezji, ani w Polsce nie istnieje przymus oglądania pornografii. Jednak to nie wystarcza demonstrującym; na szczęście podczas gdy w Indonezji żąda się zakazu przytulania w tańcu, Polacy na razie "ograniczają" swoje żądania do -- na razie -- zamknięcia sex-shopów, agencji towarzyskich oraz zakazu "propagowania treści pornograficznych w mediach". Swoje żądania firmują koszulkami z napisami mającymi, jak mniemam, zniechęcić do spożywania porów.

"Pornografia jest takim momentem, kiedy coś się nam narzuca, a z drugiej strony mówi się nam, że to nie jest nic złego - mówi Wojtek, jeden z uczestników pikiety. - Wtedy człowiek decyduje się na to, bo wydaje mu się, że to jest coś normalnego. Niestety, swobodne rozpowszechnianie pornografii prowadzi do uzależnienia i zniewolenia - dodaje."

Warto zauważyć, że Wojtkowi najwyraźniej ktoś narzuca pornografię. Ten sam lub inny ktoś mówi mu, że nie jest to nic złego, wobec czego CZŁOWIEK decyduje się na "to" (czyli pornografię). Warto zauważyć, w którym momencie Wojtek porzuca formę "nam". Otóż to nie Wojtek "decyduje się na to", to bliżej nam nieznany Człowiek. Człowiek ów zostaje "uzależniony i zniewolony". Trudno wnioskować, skąd Wojtek to wie; widzę tu dwie możliwości -- albo sam został "uzależniony i zniewolony", albo też jest psychoterapeutą, który w trakcie długoletniej praktyki zawodowej zetknął się z wieloma przypadkami porno-uzależnień. Jednak określenie "grupa warszawskiej młodzieży" pozwala mniemać, że druga hipoteza jest fałszywa.

Porzucając logikę, jako narzędzie ze wszech miar niestosowne, mogę domniemywać, że prawdziwa jest hipoteza trzecia: otóż Wojtek ma poglądy prawicowe. Oznacza to, że Wojtek postrzega współobywateli jako jednostki albo zdeprawowane (narzucające pornografię) albo bezwolne (decydujące się na "to"). Wyjątkiem wśród obywateli jest Wojtek oraz jego współmanifestanci, którzy jako jednostki świadome -- wybrane -- potrafią przejrzeć mroczne zamysły pozostałych obywateli i odrzucić dyktat zniewolenia i uzależnienia od pornografii.

Podobny jest sposób myślenia osób, które zakazują sprzedaży alkoholu podczas Wizyty papieża Benedykta XVI w Polsce. Otóż dokonywane są następujące założenia:

1. Wszyscy obywatele to katolicy.
2. Wszyscy obywatele chcą uczestniczyć osobiście w Wizycie i znaleźć się na jej trasie.
3. Przynajmniej część obywateli jest przeżarta Złem, które nawet w trakcie wizyty zmusi ich do spożywania alkoholu.
4. Obywatele ci planują spożyć alkohol, po czym przenieść się na trasę wizyty, gdzie pod wpływem alkoholu dokonają tzw. rozróby.
5. Obywatele są również przygłupami nieposiadającymi lodówek, nieczytającymi gazet i nieoglądającymi telewizji, toteż brak możliwości nabycia alkoholu w dniach Wizyty będzie dla nich nieopisanym zaskoczeniem.
6. Właściciele tzw. melin podczas Wizyty będą nieobecni w domu (jako, że będą się znajdować na trasie Wizyty), w związku z czym nie będą sprzedawać alkoholu.

Wnioskiem, jaki wyciągają rządzący (przypominam -- jedyni, wybrani dobrzy obywatele) jest zakaz sprzedaży alkoholu (nawet w całym województwie mazowieckim, na wypadek, gdyby któryś z obywateli-katolików był aż tak przeżarty złem, że mimo grożącej kary wiecznej wyjedzie za miasto, tam nabędzie i dokona spożycia alkoholu, po czym wróci na trasę pielgrzymki i dokona tzw. rozróby.

Mimo najlepszych chęci, nie będąc osobą o poglądach prawicowych -- a co więcej będąc magistrem matematyki -- nie mogę wyzbyć się mylnego nawyku logicznego myślenia. Tak więc zauważam, co następuje:

1. Założenie pierwsze nie jest prawdą. Dowód wprost: nie jestem katolikiem.
2. Założenie drugie nie jest prawdą. Dowód wprost: nie wybieram się na trasę Wizyty.
3. Założenie trzecie jest prawdziwe, o czym wnioskujemy z faktu, iż planuję 25 maja spożyć napój zwany potocznie piwem.
4. Założenie czwarte jest falsyfikowane przez założenie pierwsze. Otóż jak wiadomo, katolicy są ludźmi przepełnionymi dobrem i miłością. (Jeśli nie wierzycie, zapytajcie Ojca Tadeusza.) Tak więc nie istnieją źli katolicy.
5. Założenie piąte nie jest prawdą. Dowód wprost: posiadam w domu lodówkę (na żądanie mogę
zademonstrować) i gazetę (również). Zdając sobie sprawę z niemożliwości nabycia alkoholu w dniach 25-26 maja planuję nabyć go w dniu 24 maja i przechowywać w wyżej wzmiankowanej lodówce.
6. Założenie szóste uznaję za nieweryfikowalne przeze mnie, jako, że nigdy nie widziałem tzw. meliny i nie znam żadnej osoby, będącej takowej właścicielem.

Jak wiadomo z logiki, implikacja (zdanie typu: jeśli P, to Q) jest zawsze prawdziwa, oprócz przypadku, gdy P jest zdaniem prawdziwym, a Q fałszywym. W szczególności implikacja postaci:

jeśli 1-6 => nie nastąpią rozróby

również jest prawdziwa, jeśli 1-6 są fałszywe. (Z drugiej strony również implikacja: jeśli 1-6 => nastąpią rozróby jest prawdziwa, jeśli 1-6 są fałszywe.)

Co to oznacza? Otóż być może na trasie Wizyty nastąpią rozróby, a być może nie. Niemniej jednak z uwagi na fałszywość przesłanek, jakimi kierują się rządzący nie będzie możliwe ani udowodnienie, że zakaz sprzedaży alkoholu spowodował rozróby (jeśli nastąpią), ani też -- że zakaz sprzedaży alkoholu im zapobiegł (jeśli nie nastąpią). Podobnie jest z zakazem pornografii -- otóż prawdopodobnie terapeuci nie zaczną w najbliższych latach bić na alarm z powodu gwałtownego wzrostu uzależnień od pornografii. Jednak jeżeli fałszywe jest założenie, że "rozpowszechnianie pornografii prowadzi do uzależnienia i zniewolenia", nie będzie sposobu udowodnienia, że zakaz jej rozpowszechniania cokolwiek zmienił.

I tylko irytujące jest, że jako znany dewiant, anarchista i lewak czuję się w obowiązku zorganizować 25, 26 maja i 1 czerwca tajne, podziemne libacje alkoholowe. Czy rząd wprowadzając prohibicję w ogóle nie myśli o mojej wątrobie? (Z drugiej strony pocieszające jest, iż dopóki w Polsce manifestacje antypornograficzne Ruchu Światło-Życie przyciągają całe 200 osób, nie muszę organizować tajnych, podziemnych seansów "Gorących Ud w Mokrej Trawie".)

sobota, maja 20, 2006

Nadjeżdża Wizyta i Maria Rokita

Dzień jasny, chociaż mroźny, słońce świeci z góry,
Niebo błękitne, żadnej nie ma na nim chmury.
Dumnie wisi nad portalem jakiejś bramy
Napis biało-czerwony: "Serdecznie witamy!"

Staliśmy rzędem równym wzdłuż głównej ulicy
Uczniowie, matki, żony, ciecie, robotnicy,
Szpaler milicji sprawnie nas zorganizował,
By nie wystawała czyjaś ręka albo głowa.

Tam, gdzie ja stałem z boku i machałem spontanicznie,
Stały dwa przedszkolaki wyglądając ślicznie,
One miały zrobić gościom stop nieprzewidziane,
Bo nieprzewidziane było też przygotowane!

Po trzech godzinach z dala usłyszałem wrzawę,
Podniosłem chorągiewkę, zamachałem z wprawą!
Temperatura wzrosła, podniecenie także,
Każdy się pcha do przodu, palcem w oku babrze!

Lecz to dopiero pilot, pięciu milicjantów,
Dwudziestu tajnych panów (ot, w razie awantur),
Potem samochód jeden, drugi, potem trzeci,
Potem wojskowy gazik z prasą, radiem leci.

Lecą do góry czapki, to już nie przelewki,
Witają gościa papierowe chorągiewki!
Dojrzałem kołnierz, ucho i brew kędzierzawą,
Błyszczący hełm, lecz to już chyba ktoś z obstawy.

Z dziećmi nic nie wyszło - jedno się speszyło,
Drugie swą kokardkę czerwoną zgubiło,
Więc, nim znaleziono coś zamiast kokardki,
Gościa porwał dalej prąd wydarzeń wartki.

Jednej minuty nawet wszystko to nie trwało,
Co było - przeszło, znikło, z wiatrem uleciało,
Tłum się miesza, kręci, tłumem być przestaje,
Na opustoszałym placu milicjant zostaje.

Wieczór zapada szybko, koniec mojej śpiewki.
Walają się po ziemi papierowe chorągiewki.
Pół smętnie, a pół śmiesznie zwisa z jakiejś bramy
Napis biało-czerwony: "Serdecznie witamy!"

(Jacek Kaczmarski)

PS. Maria Rokita: "Symbolem fiaska tej polityki jest fala emigracyjna - dla mnie będąca szokiem, bo wbrew naturze. Fale emigracyjne występują w krajach dekoniunktury gospodarczej. Tymczasem w Polsce i całej Europie Środkowej mamy koniunkturę. [...] Platforma nigdy nie będzie wyrazicielem dwóch marginalnych, ale opiniotwórczych grup społecznych stojących w zapleczu SLD: ludzi z sentymentem do ancien régime, czyli kolokwialnie mówiąc: komuchów, ani hałaśliwych grup mniejszościowych, które próbują uczynić swój polityczny program z postulatu uprzywilejowania mniejszości seksualnych, choć uważam, że obu tym grupom należy się szacunek, a nie pogarda. To są dwa fragmenty społeczeństwa obywatelskiego, których PO wyrazicielem być nie może. Ale to jest margines."

Margines dziękuje i pozdrawia Panią Marię. Praca domowa: niech sobie Pani Maria policzy, ile to jest 3% razy 38 milionów. 3% (wg różnych badań 2-10%) to my, margines.

piątek, maja 19, 2006

Dajcie mi organizację, a znajdę na nią paragraf

Jak donosi gazeta.pl, "Ministerstwo Edukacji zarzuca Kampanii Przeciw Homofobii niewłaściwe wykorzystanie środków unijnych na projekt "Czy potrzebujemy płci". Prezes Kampanii Robert Biedroń ocenił zarzuty resortu jako absurdalne.

"Z dużym zdumieniem przeczytaliśmy, że publiczne pieniądze, będące w dyspozycji ministerstwa, przekazane zostały w ubiegłym roku na akcję, w której uczestnicy przekonywali się, że człowiekowi niepotrzebna jest płeć i że byłoby dobrze, gdyby kilka razy w ciągu życia człowiek płeć zmienił" - powiedział na piątkowej konferencji prasowej wiceminister resortu Mirosław Orzechowski."

Resztę radosnych pomysłów resortu można przeczytać na gazeta.pl. Dla osób chociażby tylko świadomych istnienia pojęcia gender -- płci kulturowej wypowiedź ministra wskazuje na jego ignorancję. Ale cóż począć, takich ministrów mamy, jakich nam Jarosław i Kazimierz wybrali.

Jako, że gazeta.pl ma cokolwiek większy zasięg, niż lista dyskusyjna Kampanii Przeciw Homofobii, nie od rzeczy wydaje mi się przytoczyć list Marty Abramowicz, nadesłany na wzmiankowaną listę.

"Na stronach Ministerstwa Edukacji Narodowej mozna znalezc taki komunikat:

Konferencja prasowa w Ministerstwie Edukacji Narodowej
(19.05.2006)
W dniu dzisiejszym, 19 maja 2006 r., o godzinie 11.00, odbyła się konferencja prasowa dotycz±ca doniesień prasowych w sprawie finansowania z pieniędzy publicznych kampanii homoseksualnych.

Co sie pod nim kryje? Mianowicie oswiadczenie wiceministra Orzechowskiego na temat deprawacji mlodziezy ktorej dopuscila sie Kampania Przeciw Homofobii realizujac projekt "Do we need gender" ze srodkow Programu Mlodziez. W projekcie braly udzial 24 osoby - 5 z Hiszpanii, 7 z Bulgarii, 7 z Estonii i 5 z Polski, wymiana odbyla sie we wrzesniu 2005 roku i trwala 10 dni.
Wszystkie osoby byly pelnoletnie. Projekt "Do we need gender" dotyczyl stereotypow plci i jego celem bylo, jak napisalismy w projekcie:

"W trakcie naszych działań rozpatrywaliśmy temat płci oraz wszystko co się z nim wiąże badając na różne sposoby oddziaływanie płci na zwykłe, codzienne życie, jak również znaczące kwestie społeczne takie jak ksenofobia, tolerancja itp. Poprzez wielorakie metody staraliśmy się odnaleźć pytanie o sens istnienia płci oraz odnaleźć związek między jej istnieniem a zachowaniami społecznymi. Porównywaliśmy postawy i zachowania męskie z damskimi, wyciągaliśmy na tej podstawie wnioski oraz dyskutowaliśmy nad nimi. Wreszcie urządzaliśmy swoiste zawody maj±ce na celu wskazanie płci bardziej predysponowanej do ich wygrywania. Porównywaliśmy także sytuacje społeczne oraz kwestie prawne dotyczące tego tematu we wszystkich krajach
biorących udział w projekcie."

Na program składały się przede wszystkim nastepujace wydarzenia: warsztaty na temat seksizmu i homofobii prowadzone przez dr Katarzynę Bojarską, badania spoleczne (wywiad z mieszkancami Krakowa) dotyczacy ich postaw wzgledem stereotypow plciowych, wieczor miedzykulturowy prezentujacy kuchnie i zwyczaje kazdego z krajow, zabawy pod haslem "gender competition": mecz pilki noznej, konkurs cheerleaderek, wyscigi gokartow, konkurs kulinarny; przedstawienie teatralne, gender party, gdzie kazdy mial za zadanie przebrac
sie za przeciwna plec, debata oksfordzka "Czy potrzebujemy plci", zwiedzanie Krakowa i Bielsko Bialej, zwiedzanie Muzeum w Oświęcimiu.

Uczestnicy bardzo wysoko ocenili wymiane, ktora dostarczyla im wiedzy na temat stereotypow i uprzedzen oraz umozliwila poznanie mlodych ludzi z innych krajow.

Z tego bogatego programu skupiono sie tylko na aspekcie przebierania sie w stroj plci przeciwnej. Na konferencji zaprezentowano nasz projekt jako przyklad deprawacji mlodziezy, poniewaz jakoby "przekonywalismy uczestnikow, ze plec mozna sobie wybrac oraz zachecalismy ich do przebierania sie w stroje plci przeciwnej". Jesli dobrze wiec rozumiem 2 godziny spedzone w stroju na co dzien noszonym przez plec przeciwna wywyoluja druzgocace zmiany w psychice mlodych ludzi. Takze debata oksfordzka (3 godziny), w ktorej uczestnicy dyskutuja na temat "Czy potrzebujemy plci" i prezentuja rozne opinie dotyczace tego zagadnienia jest naganna, gdyz moze wypaczyc swiatopoglad doroslych ludzi.

Podano rowniez, ze projekt kosztowal 19 tys. euro - 19 tys. euro na deprawacje mlodziezy. Wiceminister zasugerowal rowniez ze z dostarczonych mu dokumentow wynika, ze wymiana mogla sie nie odbyc, a Kampania Przeciw Homofobii zdefraudowala pieniadze.

Ministerstwo mialo dostep do wszystkich dokumentow dotyczacych wymiany, w zwiazku z tym wiceminister mial do wgladu wszystkie dokumenty zaswiadczajace ze projekt sie odbyl. Wiedzial rowniez ze koszt projektu ze wzgledu na wycofanie sie organizacji islandzkiej wyniosl ok. 12 tys euro, z czego ponad polowa to koszta podrozy uczestnikow. Reszta jest to kwota przyznawana na
koszta dzialan (zakwaterowanie, wyzywienie, transport lokalny etc) - ustalona odgornie przez agencje i taka sama dla kosztow wszystkich wymian miedzynarodowych.

Celowe wprowadzenie w blad co do programu, celow, finasowania projektu z sugestia dotyczaca tego, ze projekt wcale sie nie odbyl, jest kolejna proba zdyskredytowania organizacji LGBT oraz sluzy udowodnieniu tezy, ze osoby homoseksualne deprawuja mlodziez oraz sa zagrozeniem dla spoleczenstwa.

Program "Mlodziez" jest programem Komisji Europejskiej i srodki przyznawane sa z budzetu Komisji. Priorytetem Programu "Mlodzież" jest wspieranie edukacji nieformalnej młodzieży i przezwyciężanie uprzedzen i stereotypow zakorzenionych w mentalności i kulturze młodych ludzi. Dla wygody podzialu srodkow w kazdym kraju UE ustanowila Narodowa Agencje Programu "Mlodziez". W innych krajach UE sa to instytucje niezalezne, w Polsce Agencja podlega
Fundacji Rozwoju Edukacji, ktora zostala zalozona przez MEN. W ten sposob wszyscy pracownicy Agencji w Polsce sa pracownikami MEN...

Mimo to, jakie priorytety stawia sobie przed sobą Program, wiceminister zapowiedzial na konferencji, ze nalezy tak zmienic priorytety Programu Mlodziez, aby nigdy wiecej takie projekty nie byly finansowane.

Od siebie moge dodac: bylam na tej wymianie i jestem osoba odpowiedzialna za ten projekt i juz duzo w KPH przezylam, ale to co sie stalo, wytracilo mnie kompletnie z rownowagi. Najpierw myslalam ze to zart, ale zaczeli dzwonic dziennikarze, wiec okazalo sie, ze to nie zart. Jestem w szoku ze czepiaja sie takich rzeczy, ze szukaja wszystkiego co tylko moga zeby nas zniszczyc.
I wyciagaja nawet tak fajne projekty jak te z programu Mlodziez, ktore dla mlodych ludzi sa forma zabawy, poznawania innych krajow, innych ludzi. W innych krajach osoby LGBT ktore aplikuja do tego programu sa traktowane jak mlodziez defaworyzowana, ktora potrzebuje jeszcze wiekszego wsparcia zeby sie rozwijac. A u nas??"

Najciekawsze dla mnie osobiście jest, iż wygląda na to, że resort edukacji przystąpił do energicznego poszukiwania haków na zbrodnicze organizacje gejowskie, protestujące przeciw nominacji Romana Giertycha na ministra edukacji. Innymi słowy, wygląda na to, że Roman wierzy w to, co mówi, przeraża go wielka siła lobby gejowskiego i postanowił prędko zdyskredytować je w oczach opinii publicznej. Co jest działaniem o tyle chybionym, że opinia publiczna uważa, że gej i wszechpolak to w zasadzie jedno i to samo, tylko po przeciwnych stronach -- komentarz urzędu miasta, sugerujący, że podczas zeszłorocznej parady równości "uczestnicy obu manifestacji obrzucali się butelkami" przeszedł zupełnie bez echa, mimo, że zdawałoby się, że nawet Nasz Dziennik nie posunął się aż tak daleko w dezinformacji... Tak więc -- Panie Romanie, proszę wybaczyć familiarność -- ale to naprawdę nie KPH i nie Lambda organizowała manifestacje przeciw Pana wysokiej osobie. Po prostu uczniowie NAPRAWDĘ pana nie lubią. I trudno im się dziwić.

Obwieszczenie parafialne

Raniony nożem przez (zapewne) neonazistów Maciej D. nie posiada ubezpieczenia lekarskiego. Cały czas jest w szpitalu, jego stan jest ciężki. Być może ma przebitą tętnicę w płucu, ciągle krwawi, najprawdopodobniej konieczna będzie jeszcze jedna operacja. Koszt jego hospitalizacji oceniany jest na ponad 20 tysięcy złotych. Przyjaciele Maćka zbierają pieniądze. Jeśli możesz, wspomóż:

Katarzyna Jankowska
Lukas Bank
58194010764784004700000000
wpłaty z dopiskiem "dla Maćka"


Pełna informacja tutaj.

środa, maja 17, 2006

IV Rzeczpospolita Nienawistna

Czytam sobie czasami różne fora, blogi i takie tam głosy ludu. Niekiedy sprawia mi to przyjemność (patrz linki po prawej). A niekiedy nie.

Wchodzę sobie na ten przykład dzisiaj na stronę "KOLOROWY blox o polityce", zachęcony nazwą. I czytam:

"Ciężko kapujący okazali się młodzi ludzie w kilku miastach i w oszałamiajacej liczbie kilkuset wyszli na ulicę w transparentami "Nauka w szkołach, religia do kościoła". Piękne. Cóż za szczytna idea! Przewrócić Polskę o 180*. Zmieść z powierzchni ziemi coś co funkcjonuje od dziesiątek lat i pomaga nam nie stać się drugą Holandią. Zupełnie apolityczne. Jeśli na tym polega apolityczność to Boże miej ich w swojej opiece. Biedni studenci. Oj biedni studenci. Terroryści!Straszą emigracją. Tu trzeba twardego negocjatora. Błagajmy ich na kolanach niech nie odjeżdżają. Niech zostaną i robią nam dalej burdel. Cudowny kwiat polskiej młodzieży. Nowa niezależna inteligencja
- Było piwko, gandzia nawet, tylko nie było kiełbasek, fajnie było, się powydzieraliśmy, w Telewizji nas pokazali.
- A jakie poglądy polityczne czy ideowe postanowiliście zamanifeestować?
- Eee, nie no w sumie to nie wiem. Wiesz, kazali nam krzyczeć że ten nowy minister to faszysta i będzie nas zmuszał do pisania matury z religi. Pozatym pisała tez o tym GW, więć to pewnie coś w tym jest nie? Bezsensu nie? Religia to intymna sprawa każdego conie?

[...] Niech nasze dzieciaki więdzą co to Patriotyzm a nie Homoseksualizm, niech uczą się na pamięć Królów Polski a nie Pokemonów, niech etyki i uczciwości uczy ich ksiądz czy katecheta a nie Kuba Wojewódzki, o historii niech czerpią od dziadków i rodziców a nie od byłych członków PZPR, niech wiedzą, że faszysta jest tak samo zły jak komunista, niech nie pozwalają na zdjecie krzyża w klasie, bo komuś się to niepodoba, niech wiedzą co to wojna polsko - bolszewicka a nie wojna polsko - ruska pod flagą biało-czerwoną, niech znaczenia słowa tolerancja uczą się od ludzi, którzy ukrywali Żydów w czasie wojny a nie pary lesbijek. Amen!"

Już pominę tu, że dziadkowie i rodzice (a nawet babcie) dzisiejszych studentów nierzadko bywali w PZPR -- niestety członkowie PZPR nie mieli zakazu rozmnażania się; że "niepodoba" piszemy oddzielnie; że na demonstracji nie było ani piwka, ani tym bardziej gandzi, bo przy tej ilości policji osoba, która odważyłaby się wyciągnąć puszkę z piwkiem zostałaby błyskawicznie dostrzeżona i ukarana mandatem (a za ziółko czym innym). Jednak najbardziej frapuje pogarda i nienawiść, jaką zieje autor bloxa do studentów, którzy "robią burdel" i rzekomo nie wiedzą, jakie to poglądy "manifeestują". Skąd to się bierze? Czy z tego źródła może?

Mirosław Czech pisze o IV RP: "Bracia Kaczyńscy bronią swojej partii przed podzieleniem losu poprzednich wybrańców polskiego wyborcy, AWS i SLD, które utopiły się w trudach rządzenia. Dlatego oprócz knuta na swoich partnerów koalicyjnych wymyślili jeszcze inne sposoby na obejście tego niebezpieczeństwa. I to jest zła wiadomość. Oni nie boją się dzielić społeczeństwa. Więcej, w ostrym podziale upatrują szansy na trwałe związanie ze sobą dużych grup społecznych. W polityce, której reguły określają bracia Kaczyńscy, nie ma miejsca na takie pojęcia, jak: konsensus, dobro wspólne, racjonalne ważenie racji ogółu i partykularnych interesów poszczególnych grup i społeczności."

Pod spodem komentarze:

janmucha -- "Kwiecisty język, histeria i bełkot. Przeczytałem i stwierdzam, że zmarnowałem czas na mierny i wtórny do innych materiałów z GW tekst."

x3936012 -- "Jezeli tak to moze by tak wspomniec o paru innych dziadkach? Tych co wyrywali paznokcie AKowcom, podpisywali wyroki smierci w stalinowskich procesach, szefowali stalinowskiej cenzurze, etc? Alez nie, tego typu wycieczki sa "fe" to wyraz oszolomstwa, ksenofobii, antysemityzmu, kaczyzmu i ciemnogrodu. Jezeli dotycza oczywiscie dziadkow ludzi ktorzy dzisaj sa "swiatlymi przedstawicielami tolerancji, postepu, otwarcia na Europe i swiat". Innymi slowy Salonu, GTW czy ukladu." [Nazwisk oskarżonych autor komentarza zapomniał przytoczyć. Skleroza nie wybiera.]

Czytam to sobie, albo i nie czytam (bo wymiotuję mentalnie) i roi mi się w myślach wizja, którą Makowski już kiedyś opisał. Podział krajów ze względu na poglądy.

Wygląda na to, że autor Kolorowego bloga, niejaki Emenefix, byłby tym zachwycony. Oto Polska II: skansen dla ludzi, którzy nienawidzą homoseksualistów, Żydów, lewicowców, anarchistów, długowłosych, kolorowo ubranych, niewierzących, wykształconych przez niewierzących, posiadających dziadków w PZPR, niemających matury z religii. W Holandii II (która w oczach Kolorowego jest złem wcielonym) dla odmiany powstaje państwo dla ludzi o poglądach liberalnych, państwo, gdzie homoseksualista, Żyd i lewicowiec ma takie same prawa, jak autor Kolorowego bloga.

Z jednej strony powiecie, że to niesprawiedliwe, bo Kolorowy może wszędzie, a gej tylko w Holandii II. Z drugiej strony -- czy aby na pewno Kolorowy zechce wszędzie? Wszak w Holandii II będzie musiał patrzeć na dewiantów, gandzią zamroczonych studentów, którzy nie czerpią wiedzy o uczciwości od katechety. Naprawdę wyobrażacie sobie, że on tam pojedzie? Po co? (Zakładamy, że hate speech i organizowanie parad faszystowskich są w Holandii II zakazane.)

Wydaje się, że ta wizja mogłaby zachwycić i geja i Kolorowego. Oto w Polsce II średnia długość włosów na głowie mężczyzny to 5 mm, kolor odzieży -- brunatny, wykształcenie -- szkółka parafialna, średnia wieku -- 55, poglądy polityczne -- bez głupich pytań proszę, nadaje Jedno Radio, Jedna Telewizja, drukuje się Jeden Dziennik. Nasz, Polski II. Nie ma Agory i jej złej, drogiej Gazety (autor bloga zapytuje, czemuż Agora śmiała obniżyć cenę -- czyż znaczy to, że czytelnicy do tej pory byli okradani?). Nie ma homoseksualistów, nie ma studentów, kobiety siedzą w domu i mnożą się na chwałę IV RP II, jest Dobrze. W Holandii za to 100 tysięcy dewiantów przewala się w paradzie LGTB przez miasto, co staje się bez mała świętem narodowym; rodziny hetero, homo i ich dzieci machają do zboczeńców radośnie kolorowymi flagami, pokazując sobie co kolorowsze drag queen. Miasto, włączając w to komisariaty, również jest udekorowane tęczowymi flagami. Ups! Zapomniałem napisać "w Holandii II". Może dlatego, że taką paradę w Amsterdamie już widziałem. I dzieci, i 100 tysięcy, nawet komisariaty, całe w tęczowych flagach, też widziałem. I mam zdjęcia.

Jest tylko jeden problem. Otóż jeszcze nie rodzimy się według poglądów. O zgrozo, zdarza się nawet, że heteroseksualne wszechpolskie rodziny IV RP nagle odkrywają z odrazą, że w ich zwartych szeregach zalągł się potomek-gej. Dodatkowo jeśli w Polsce II zlikwidujemy uczelnie (oprócz kościelnych), może się okazać, że osoby, którym w Polsce II jest źle nie są w stanie wyjechać, bo zwyczajnie nie potrafią i się boją. Rozwiązaniem mogłoby być zakładanie specjalnych szkółek dla chcących wyjechać. Ale skąd ma np. 10-latek wiedzieć, że za 4 lata odkryje, że jest gejem i chce studiować matematykę? Poza tym, jak zagwarantować, że wszechpolacy II nie zaczną w szkółki rzucać kamieniami i podkładać ogień (aby przybliżyć dewiantów do odkupienia i życia wiecznego)? Może być ciężko...

Alternatywą mogłaby być edukacja seksualna (a nie "przysposobienie do życia w zakonie"), przestrzeganie przepisów o hate speech, delegalizowanie organizacji o poglądach faszystowskich, błyskawiczne pozbywanie się przez partię posła, który raczył wyrazić zdanie, że krąg homoseksualistów prawie w 100% pokrywa się z kręgiem pedofili, zapraszanie do szkół osób homoseksualnych, Żydów, nie-białych, muzułmanów i feministek, żeby dzieci mogły się zapoznać z istnieniem takowych i nie przerażały się, jeśli takie dziwo kiedyś zobaczą na ulicy. Ale -- panie -- no gdzieżby na takie coś miał przystać Emenefix? Z takimi bezeństwami to won do Holandii.

I jeszcze coś na koniec. Wydawać by się mogło, że niecały rok temu w Polsce było zupełnie inaczej. Nie było możliwości, aby urzędujący wicepremier dostał prawomocny wyrok i dalej urzędował, żeby paranoicy zajmowali najwyższe stanowiska w państwie, żeby pod szyldem rewolucji moralnej obsadzano "partyjnymi" wszelkie stanowiska, wliczając w to Rzecznika Praw Dziecka (który jako żywo politykiem powinien być w ostatniej kolejności) żeby Bronisław Wildstein był określany mianem "wyjątkowo obiektywnego", żeby ministrami zostawali ludzie kompletnie bez kwalifikacji, żeby rząd łamał wszystkie co do jednej obietnice dane przed wyborami i nadal miał wysokie poparcie, żeby prezydent w każdej wypowiedzi dawał do zrozumienia, że ci, co na niego nie głosowali kompletnie go nie obchodzą, żeby minister edukacji zakazywał pewnym grupom społeczeństwa pojawiania się w szkołach... i przede wszystkim nie było tak, żeby nikt nie protestował. Nie mówię tu o studentach demonstrujących przeciw Giertychowi, czy o 60 tysiącach sygnatariuszy listu otwartego. Mówię o politykach. Czemu SLD nie walnie pięścią w stół? Czemu PO nie protestuje przeciw obrzydliwym insynuacjom Wierzejskiego? Czemu nikomu oprócz paru rozhisteryzowanych bloggerów nie spędza snu z powiek fakt, że rząd od początku swojego urzędowania nie zrobił NIC aby ulżyć przedsiębiorcom i podtrzymać wzrost gospodarczy, ale za to 26 maja w związku z Wizytą będą zamknięte biura i urzędy? Czy ja JUŻ mieszkam w Polsce II?

PS. Dziś światowy dzień walki z homofobią. Śmieszne, co?

poniedziałek, maja 15, 2006

Na wszystkie problemy -- Rada

1 marca 2006, chłopiec @ http://pwgay.7z9.net/forum

"W nowym numerze ipewu jest artykuł o homoseksualizmie i PWG. Pismo będzie dostępne w formie papierowej chyba od poniedziałku. Póki co jest już w wersji elektronicznej (.pdf):

http://ipewu.pw.edu.pl/arch/ipewu_nr_26.pdf
(3,4 MB)"

2 kwietnia 2006, cotopaxi @
http://pwgay.7z9.net/forum

"
Z niedawnej chwili: Podobno Solidarność PW złożyła do rektora jakiś protest na ostatni numer ipewu - że obraża itp, Rektor wstrzymał wydanie nowego numeru. Jutro mają być jakieś szczegółowe decyzje. Niestety więcej informacji nie posiadam w tej chwili. Jak będę coś wiedział napiszę tutaj jak się sprawy mają."

15 maja 2006, trekker @ http://trekker.blox.pl/2006/05/i-dalej-o-ipewu.html

"
Wszystkie poniższe cytaty pochodzą z protokołu z Ósmego posiedzenia XLVI kadencjiSenatu PW (19 kwietnia 2006 r.) W dniu pisania tej notatki protokół jeszcze nie został przyjęty, ale żadko kiedy w protokołach są wprowadzane jakiekolwiek zmiany. Protokół zostanie przyjęty przez Senat na najbliższym posiedzeniu, tj. 17 maja 2006 r."

I dalej z tej samej strony:

Dr Zygmunt Trzaska-Durski, Przewodniczący Komisji Zakładowej NSZZ „Solidarność”

"Pismo studenckie, którego wydawanie jest finansowane przez Politechnikę Warszawską (na Fundusz Kulturalno-Wychowawczy Studentów dotację przyznaje Senat PW, a są to pieniądze podatników) nie może być propagatorem antywartości, nie może być źródłem gejowskich informacji, nie może być źródłem nachalnej propagandy homoseksualistów – nazywajmy ich po polsku: pederastów i lesbijek. W tym numerze i.pewu (z marca 2006 r.) nasi studenci propagują zachowania czy dewiacje homoseksualne, podają nazwy klubów i pubów w których zbierają się pederaści i lesbijki"

[autor wypowiedzi nieznany, pierwsze słowa: trekker]

"
padł pomysł wprowadzenia Rady Programowej, która

będzie pełnić taką rolę jak w każdym czasopiśmie, każdej gazecie, tak jak w naszym Miesięczniku PW. Rada będzie wyznaczać pewne trendy i będzie swego rodzaju parasolem ochronnym.
W związku z tym, że media studenckie są finansowane ze środków PW, powstaną dodatkowe, szczegółowe regulaminy finansowania studenckich mediów. Regulaminy te wejdą w życie Zarządzeniem Rektora."

Stanowisko Rektora PW (fragment):

"Treść i sposób dystrybucji numeru 26 miesięcznika studenckiego i.pewu, w znacznej części poświęconego problematyce homoseksualizmu, zdecydowana dezaprobata tej publikacji wyrażona w imieniu części społeczności akademickiej przez Przewodniczącego Komisji Zakładowej NSZZ Solidarność, a także zaniepokojenie studentów możliwością ograniczania wolności słowa w naszej Uczelni, skłaniają mnie do zajęcia następującego stanowiska.
Życie seksualne człowieka jest sferą najbardziej intymną i jako takie powinno być przedmiotem szczególnej ochrony przed próbami upublicznienia, nawet gdyby część społeczności takie upublicznienie aprobowała bądź wyrażała nim zainteresowanie. [...] Wolność słowa w Politechnice Warszawskiej nie jest zagrożona, ale z zaistniałego incydentu płynie nauka. Media studenckie nie powinny działać bez odpowiednich rad programowych, które czuwałyby nad ich profilem i poziomem publikacji. Przejrzyste zasady funkcjonowania tych mediów pozwolą nam uniknąć podobnych kontrowersji i nieporozumień w przyszłości."

And I, my Lord, may I say nothing?

niedziela, maja 14, 2006

Lumpen-inteligencja kontratakuje, czyli Bronek i Romek uczą nasze dzieci

1. Wybrałem się wczoraj demonstrować ze studentami i uczniami przeciw osobie Romcia Edukatora. Pogoda była śliczna, tłum satysfakcjonujący ("kilkaset" cytowane przez gazetę, onet i interię wyraźnie pochodzi z jednego źródła, którego to źródła wiarygodność wydaje mi się cokolwiek wątpliwa -- chyba, że "co najmniej 20" to też jest "kilka"), mnóstwo fajnych freaków z irokezami, kolczykami, tatuażami, śmiesznymi bródkami, w podartych spodenkach z suwakami gdzie nie trzeba, fioletowymi pasemkami we włosach, etc. etc.

Kiedy już z Szacownym Małżonkiem powracaliśmy ku domostwu naszemu, nasunęło mi się ciekawe spostrzeżenie. Otóż jeden z powodów, dla których ja zwyczajnie lubię tego typu demonstracje jest wygląd demonstrujących. Freaki to mój ulubiony gatunek, a na demonstracje anty-prawicowe i wolnościowe freaki przybywają zawsze tłumnie. Jak wyglądają (a raczej wyglądałyby, gdyby nie upór organizatorów aby nie dać mediom pożywki) demonstracje typu gay parade, też wiadomo -- kolory, tęcze, drag queen, tańce, muzyka, etc. Z drugiej strony -- jak wyglądają demonstracje młodzieżówek prawicowych, też wiadomo: ponure, krótko ostrzyżone klony, przyodziane w dresy lub imitacje mundurków, wywrzaskują hasełka spełniające definicję hate-speech.



2. Pozwolę sobie sformułować hipotezę: otóż lewicowość łączy się z otwartością na zjawiska spoza prywatnego kręgu kulturowego, zaś prawicowość łączy się z zamknięciem na owe zjawiska. Uwaga: nie mówię tu ani o pseudo-lewicy typu SLD, ani o pseudo-prawicy typu PiS. Nie mówię też o komunizmie, którego kojarzenie z lewicą powoduje u mnie dreszcze obrzydzenia.

Komunizm -- a raczej jego realizacja w PRL, ZSRR, etc. -- jest pięknym przykładem idei wymyślonej przez lewicowych intelektualistów na własną zgubę: idei utopijnej podobnie jak anarchia. Anarchia zakłada, że jeżeli tylko usuniemy władzę, ludzie natychmiast rozpoczną entuzjastyczne i spontaniczne zrzeszanie się w grupki celem czynienia dobra. Komunizm zakłada, że ponieważ wszyscy ludzie są równi, a praca robotnika równie dobra i wartościowa jak praca profesora, robotnik i profesor równie dobrze będą w stanie wcielać w życie ideały komunizmu. Zarówno anarchia jak i komunizm odrzucają ideę, zgodnie z którą pewna "klasa" osób jest bardziej niż inne predestynowana do rządzenia (rozumianego przeze mnie -- utopijnie -- jako wytyczanie kierunku, a nie spis zakazów). W anarchii wytyczanie kierunku nie jest potrzebne, gdyż każdy człowiek świetnie wie, jaki kierunek jest właściwy. W komunizmie wytyczanie kierunku jest potrzebne, jednak każdy człowiek potrafi wytyczyć kierunek równie dobrze. Jednak twórcy idei w swoim zapale na ogół zapominają, że ich sposób myślenia nie jest typowy.

Rządy panów Kaczyńskich i Marcinkiewicza realizują ideę komunizmu w sposób wypaczony dokładnie tak samo, jak realizacja idei komunizmu przez PRL i rządzącą PZPR. Otóż według panów Kaczyńskich i Marcinkiewicza każdy równie dobrze nadaje się do rządzenia i Roman Giertych może być ministrem edukacji (kiedyś był w szkole), a Antoni Jaszczak ministrem budownictwa (z okna widzi budowę). Jednak -- podobnie jak w komunizmie PRL "każdy" w rzeczywistości oznaczało "każdy, kto zgadza się z naszymi poglądami", tak samo dla panów Kaczyńskich i Marcinkiewicza "każdy" oznacza "każdy, kto jest gotów nas poprzeć, niezależnie od motywacji". Tak więc Andrzej Lepper może zostać ministrem i wicepremierem, mimo, że ma na koncie kilka wyroków; usprawiedliwia go gotowość do poparcia Wyższego Dobra, jakim jest lustracja, dekomunizacja (rozumiana jako "usuwanie wszystkich, którzy nie są po naszej stronie") oraz Rewolucja Moralna, która jak łatwo zauważyć jest nowym rozwinięciem skrótu TKM.

3. Moje rozumienie lewicowości i prawicowości (podzielane, między innymi, przez Ludwika Stommę) pozwala mi wnioskować, że w Polsce -- generalnie -- prawie cały czas rządzi prawica. Jest mi wszystko jedno, czy chodzi o prawicę komunistyczną, post-komunistyczną czy anty-komunistyczną; rządy (z wyjątkiem rządu Belki i w pewnym stopniu Mazowieckiego) oparte są cały czas na antynomii Nasi-Wasi, My-Oni, Dobrzy-Źli. Zachowanie Mazowieckiego, który przystał na Okrągły Stół i wybory częściowo tylko demokratyczne jest uznawane przez prawicę za zdradę; ich "klapki" nie pozwalają im spojrzeć z punktu widzenia czy to komunistycznego rządu, który śmiertelnie bał się oddania władzy i zbyt mocno naciskany byłby gotów użyć siły dla jej utrzymania (mała interwencyjka ZSRR, anyone?), czy to społeczeństwa, które wcale nie było takie en masse przekonane do Solidarności, czy to samej Solidarności, która na sprawowaniu władzy zwyczajnie się nie znała (bo i skąd by miała?) Wymiana PZPR na Solidarność nie była wcale wymianą lewicy na prawicę; była wymianą prawicy komunistycznej na prawicę katolistyczną. Owszem, prawica katolistyczna gotowa była wprowadzić wolność wyznania, ale pod warunkiem, że było to wyznanie katolickie, wolność wypowiedzi -- pod warunkiem, że nie pochwalała PZPR i nie szkalowała papieża, wolność wyboru -- pod warunkiem, że wybierano spośród pewnego ograniczonego zbioru i przy pomocy pewnych ograniczonych reguł oraz -- że zaraz po wyborach obywatele tracili znów wpływ na rządzących, aż dopóki nie nadeszły kolejne wybory.

Moje zdanie podziela, co ciekawe, również Bronisław Wildstein (chociaż idę o zakład, że nie zdaje sobie sprawy, że je podziela...): "Media, a zwłaszcza ich elita - ważniejsi redaktorzy, gospodarze programów w telewizji i radiu, komentatorzy - należą do opiniotwórczego establishmentu. Na skutek kontestacyjnego przełomu lat 60. i 70. poglądy tego establishmentu w zachodnim świecie przesunęły się na lewo, co potwierdzają badania. Przedstawiciele opiniotwórczych elit (określenia tego używam w sensie opisowym, nie wartościującym) przedstawiają to przesunięcie jako symptom dojrzałości swoich środowisk, kreując się tym samym na "oświeconych". Gdyby zaakceptować owo (nieco megalomańskie) przeświadczenie większości establishmentu, płynęłyby z niego radykalnie niedemokratyczne wnioski. Wynikałoby, że rządzić powinny oświecone elity - oczywiście dla dobra wszystkich, w tym nieoświeconego tłumu. Już prawie 80 lat temu hiszpański filozof Jose Ortega y Gasset napisał "Bunt mas", gdzie między innymi piętnował wtargnięcie mentalności tłumu do środowisk pełniących funkcję elit."

Drogi panie Bronisławie, wnioski te możnaby też sformułować inaczej: otóż być może nie od rzeczy by było, gdyby uświadomić wyborcom-obywatelom, że demokracja polega na tym, że mogą albo dokonywać wyborów właściwych, albo niewłaściwych i być może nie od rzeczy byłoby spróbować czasem dokonać wyborów właściwych, a nie uczyć się na błędach. Jeśli ludzie wykształceni i "opiniotwórczy" mają w większości poglądy lewicowe, być może oznacza to, że wykształcenie sprzyja ich nabieraniu; co do wykształcenia, być może nie od rzeczy byłoby spróbować wytłumaczyć ludziom, że nie jest ono fanaberią, tylko ciężką harówą, która daje całkiem sensowne rezultaty. Co do Ortegi y Gasseta, polecam przeczytanie całej książki, nie tylko notki na okładce.

4. Niepodzielne rządy prawicy to rządy ignorantów, którzy z klapkami na oczach prą przed siebie, nie zważając na śmieszność, głupotę i żałosność własnych poczynań. Dajmy spokój panu Bronkowi, który ma zwyczaj głosić demagogiczne tezy typu "[kara śmierci] zdaniem środowisk opiniotwórczych Europy, ma być zakazana niezależnie od poglądów obywateli na ten temat. I o ile referendum w sprawie kary śmierci uznają oni za niedopuszczalne, o tyle referendum w sprawie aborcji chcą powtarzać, dopóki nie uzyskają oczekiwanego przez siebie rezultatu, to znaczy pełnej jej dopuszczalności". Warto zauważyć, że w Polsce nie odbyło się żadne referendum na temat aborcji, ponieważ "oświecone elity" prawicy katolistycznej uznały, że wiedzą lepiej, czego pragnie społeczeństwo i referendum nie jest potrzebne. ("Oświecone elity" biorę w cudzysłów, jako, że polska demokracja swoich rzeczywiście oświeconych elit z radością się pozbywa, już to wyrzucając z kraju, już to obniżając nakłady na niepotrzebną edukację, już to zamieniając inteligencję w lumpen-inteligencję.) Podobnie pan Bronisław nie musi czytać Ortegi y Gasseta, żeby wiedzieć, o czym ów pisze -- lewica kontestuje, prawica wie. Lewica pyta "dlaczego?", prawica nie musi pytać, gdyż zna odpowiedź. Prawicowość jest dostępna każdemu -- każdy może wybrać (lub przyjąć podany) zestaw stereotypów, które w łatwy sposób wytłumaczą mu świat; słuchacz Radia Maryja nie musi sobie udowadniać prawdziwości tych stereotypów, Bronisław Wildstein ma szeroki zestaw lektur, które albo dowodzą słuszności jego przekonań, albo można je zignorować i sprowadzić do notki na okładce. Lewicowość łączy się z koniecznością ciągłego myślenia, zadawania pytań i ciągłej niepewności, czy dzisiejszy ideał nie stanie się jutro kolejną minioną teorią; każda przeczytana książka może zmusić do często nieprzyjemnej i bolesnej refleksji.

5. W kraju rządzonym przez prawicę w oczywisty sposób leży w interesie rządzących obrzydzanie lewicowości. Jeśli ministrem czynimy rolnika z wykształceniem podstawowym, nie leży w jego interesie zachęcanie wyborców do głosowania na osoby z wykształceniem wyższym. Jeśli ministrem czynimy przestępcę, nie leży w jego interesie nakłanianie wyborców do głosowania na osoby niekarane, tudzież pomoc we wprowadzeniu ograniczeń prawnych uniemożliwiających wybieranie na wysokie stanowiska osób skazanych prawomocnym wyrokiem. W ten sposób powstaje pewien rodzaj zaklętego koła, które przez obrzydzanie "oświeconych elit" -- których nawiasem mówiąc jest pan chcąc nie chcąc członkiem, panie Bronisławie, panie filologu, panie dawny Wielki Dozorco Wielkiej Loży Narodowej Polski -- umożliwia kształtowanie "wolnej woli społeczeństwa" w taki sposób, aby wolna wola nie zdawała sobie sprawy ze swojego zniewolenia. Umysł, który został ukształtowany w kraju, gdzie mimo deklarowanej neutralności religijnej we wszystkich szkołach i urzędach wiszą krzyże nie jest w stanie zrozumieć, iż krzyże te są dla niego zniewoleniem; umysł, który został ukształtowany w pogardzie dla oświeconych elit i w podziwie dla krętaczy i oszustów odrzuci profesora ekonomii Belkę na korzyść magistra fizyki Marcinkiewicza, a profesora ekonomii Balcerowicza na korzyść absolwenta Państwowego Technikum Rolniczego Leppera. Co więcej, społeczeństwo będzie głęboko przekonane, że dokonało takiego wyboru kierując się wolną wolą.

Milczenie ugrupowań pseudolewicowych (SLD, SdPl) oraz pseudo-centro-prawicowych (PO) podczas, gdy ekstremalna prawica wrzeszcząc zawłaszcza kolejne sfery życia i polityki oraz przycina kolejne dyskursy do granic jedynie właściwych bierze się między innymi stąd, że pseudolewica post-komunistyczna cierpi na zaszczepione długą indoktrynacją poczucie winy, a pseudo-centro-prawica jak ognia boi się posądzenia o lewicowość, która w Polsce oznacza przynależność do PZPR i najprawdopodobniej przez jakieś kolejne 20 lat będzie to właśnie oznaczać. Lewicowość i inteligencja zostały w naszym kraju tak gruntownie wyśmiane i zepchnięte na margines, że zamknęły się w sobie i co najwyżej są w stanie popiskiwać na blogach o chęci wyjazdu za granicę. (Patrz: niżej podpisany.) Rację ma Igor Janke, kiedy pisze, że w tym kraju lewica nie jest potrzebna -- i rację ma Kinga Dunin, pisząc, że w tym kraju lewica jest niezbędna. Rzecz w tym, że Janke ma rację ilościową, a Dunin jakościową; Janke jest realistą, Dunin jest idealistką. Janke jest prawicowcem, Dunin jest lewicowa. Dunin zadaje pytania, Janke zna odpowiedzi. Co gorsza, prawdziwa lewica nie jest w stanie wrzeszczeć i walić pięścią w stół, z niezachwianą pewnością obwiniając Układy i Stoliki, ponieważ lewica -- wciąż poszukując -- nigdy nie ma tej niezachwianej pewności i nie jest w stanie zafiksować się na żadnej idei. W tym ujęciu Lech Kaczyński jest prawicowcem idealnym, niedopuszczającym do swojego umysłu żadnej wątpliwości w kwestii istnienia wrogiego Układu & Stolika, których przedstawicielem jest Platforma, o czym najłatwiej się przekonać zauważając, że Platforma nie jest co do ich istnienia przekonana i wysuwa wątpliwości, czy aby na pewno najlepiej będzie dla kraju, gdy ludzie z klapkami na oczach przejmą kontrolę nad wszelkimi resortami tzw. siłowymi.

6. Wczoraj zakończyło się zbieranie podpisów pod petycją o usunięcie Romana Giertycha ze stanowiska ministra edukacji. Jako miłośnik i zbieracz głosów ludu na forach internetowych dowiedziałem się, że: 1. petycję i demonstracje antygiertychowe organizują komuniści; 2. młodzież jest głupia i wykorzystywana; 3. nie przeszkadzał młodzieży minister Wiatr, który zachwycał się Stalinem.

1. jest na tyle głupie, że nawet mi się nie chce na nie odpowiadać -- owszem, było pewnie trochę komunistów wśród organizatorów, średnia wieku tych komunistów wynosi 17. 2. gdyby młodzież była głupia, nie poszłaby demonstrować, tylko siedziała przed Playstation w głębokim przekonaniu, że Romek ma na przedmieściu domek, a im to nie przeszkodzi grać na Playstation, chodzić na mecze i demolować ogródki na Starówce. 3. Owszem, być może nie przeszkadzał, zwłaszcza, że cytowana wypowiedź pochodziła, zdaje się, z roku 1967. Po prostu młodzież, w tej liczbie ja, ma w dupie to, co minister Wiatr mówił i robił w roku 1967, natomiast świetnie pamięta, co Roman Giertych mówił i robił dwa dni przed wyborem na ministra. Młodzież ma w dupie lustrację i dekomunizację, ponieważ zbrodnie komunizmu są dla młodzieży co najwyżej wspomnieniem (a w większości i tym nie), natomiast rzeczywistością jest dla młodzieży bezrobocie, brak mieszkań, brak perspektyw, niskie płace, wykorzystywanie pracowników przez pracodawców, dzwonki do telefonów po 5 zł + 22% VAT oraz Unia Europejska. Młodzież widzi sposób, w jaki zawłaszczanie kraju przez pseudolewicową prawicę postkomunistyczną jest zastępowane zawłaszczaniem przez pseudoprawicową prawicę katolistyczną.

Organizatorzy demonstracji wolnościowych w oczywisty sposób są lewicowcami. Ich uczestnicy bywają lewicowcami lub prawicowcami. Na niemalże idealny przypadek osoby ekstremalnie prawicowej natrafiłem kiedyś na forum feminoteki, gdzie przeczytałem, że wegetarianizm jest tak głęboko właściwy, że należy spalić wszystkie sklepy mięsne i wymordować wszystkich, którzy z zabijania zwierząt czerpią profity. Sposób myślenia "skoro a, to b" nie dotyczy bynajmniej wyłącznie Młodzieży Wszechpolskiej, co więcej, jestem w stanie wyobrazić sobie przepięknie wykolczykowanego i wydziarganego freaka, który spluwa z pogardą na mój widok, ponieważ ja mam tylko dwa kolczyki, a na głowie zamiast irokeza mam kucyk. Poza tym co prawda jestem wegetarianinem, ale noszę skórzane spodnie i nie uważam, że wszyscy ludzie na świecie muszą natychmiast zostać wegetarianami, a jak nie to w papę. Wspomniana osoba równie dobrze mogłaby organizować demonstracje Młodzieży Wszechpolskiej, gdyby tylko jej klapki zamiast pokazywać wycinek świata, w którym wszyscy są wegetarianami i mają na twarzy kilkanaście kolczyków zupełnym przypadkiem pokazywałyby wycinek, w którym wszyscy noszą dresy, wołają "Sieg Heil" i są heteroseksualni. (Albo usiłują być -- polecam lekturę nowego listu Wojciecha Wierzejskiego i jego analizę dokonaną przez studenta psychologii.)

Według mojego rozumienia lewicowości i prawicowości lewicowość jest przywilejem ludzi młodych, inteligentnych i kreatywnych. Jednak takich jest, najzwyczajniej w świecie, niedużo. Wraz z wiekiem następuje ociosywanie: freaki zdejmują kolczyki, kupują żel do włosów, garnitur zasłaniający tatuaże. Odkrywają radości pism "Chwila dla ciebie" i "CKM". Przywykają do myśli, że idee są niejadalne, nielegalne ziele (bez akcyzy) zastępują legalną wódką (z akcyzą), dyskusje polityczne zastępują wcześniej ukształtowanymi, wybranymi spośród czterech dostępnych szufladek schematami. Bardzo niewielka jest grupka tych, którym się to nie przydarza: w wieku lat 18 organizują demonstracje, w wieku lat 30 piszą artykuły, w wieku lat 45 piszą grube książki, w których przedstawiają ze szczegółami swój plan świata, ze szczegółami obmyślony, przedyskutowany, rozważony, przez lata zahartowany w walce z za i przeciw. Jeśli mają szczęście, umierają, zanim młodzi prawicowcy z klapkami na oczach zdążą -- w zapamiętaniu i zachwycie niezrozumianymi i nie do końca doczytanymi ideami -- krwią, ogniem i łagrem wprowadzić je w życie w głębokiej wierze, że jak zwykle uszczęśliwią społeczeństwo.

PS. Za inspirację i pomoc w lekkim poukładaniu powyższego, chaotycznego tekstu dziękuję joe255.

czwartek, maja 11, 2006

Jawohl, mein Fuhrer!

http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,53600,3337662.html

Wstawiam artykulik/notkę w całości, bo krótka:

"Władze Warszawy nie mogą dać zgody na ten przemarsz! Jeżeli dewianci zaczną demonstrować, to należy dolać im pałą" - tak Wojciech Wierzejski z LPR komentuje dla "Życia Warszawy" artykuł o Marszu Równości.

W dalszej części swojej opinii polityk Ligi nie odpuszcza też zachodnim politykom. "I nic mnie nie obchodzi, że mają przyjechać jacyś politycy z Niemiec." Poseł Wierzejski nie pozostawia wątpliwości, dlaczego niemieckich polityków się nie obawia. "To nie są żadni poważni politycy, tylko geje." Co z nimi zrobić? Wierzejski również zna remedium. "Jak dostaną parę pał, to drugi raz nie przyjadą. Gej to przecież z definicji tchórz" - konkluduje Wierzejski.

http://www.zw.com.pl/.../news_id=86456

Tysiące ludzi z Polski i z zagranicy przyjadą na marsz równości 10 czerwca w Warszawie. W Europie geje bokserzy i karatecy szykują się do obrony pochodu przed polską skrajną prawicą.

Informacje o zakazach manifestacji gejów przez polskie władze i atakach na nich bojówek skrajnej prawicy wzbudziły falę oburzenia na Zachodzie. Demonstracja ma być jednak nie tylko marszem w obronie homoseksualistów. – Ona będzie traktowana jako wielki bunt przeciw obecnym władzom – mówi szef Fundacji Równości Tomasz Bączkowski. [...] Wieści z Polski, która jest członkiem UE, spowodowały reakcję tamtejszych ruchów gejowskich, obrony praw człowieka, partii lewicowych i liberalnych. Ich politycy wybierają się na warszawski marsz. Według informacji ŻW, przyjedzie szwedzki minister ds. demokracji i równości Jens Orback, szefowa współrządzących niemieckich Zielonych Klaudia Roth, poseł Bundestagu Volcker Beck. Prawdopodobnie będzie również wicemarszałek niemieckiego Bundestagu Mechthild Rawert.

Jeśli słowa Wierzejskiego nie są podżeganiem do przemocy, to chętnie się dowiem, czym są.

Na koniec wiceminister edukacji:

Orzechowski gejów nazywa zboczeńcami: "W pierwszych dniach grudnia parlament belgijski zezwolił na adopcje dzieci przez zboczeńców. Informacja nadeszła w Adwencie, w czasie oczekiwania na Boże Narodzenie. Europę zalewają rozmaite dewiacje, ale sankcjonowanie ich najbardziej szatańskiej postaci - deprawacji bezbronnych dzieci - wzbudza szczególny sprzeciw. Problem zboczeń nie omija również Polski. Po serii manifestacji w obronie rzekomo zagrożonych praw człowieka i dyskryminacji homoseksualistów organizacje skupiające gejów i lesbijki czynią następny krok. Oto w Krakowie, przy udziale władz miasta, rozdawano uczniom ulotki propagujące homoseksualizm!".

Milczcie, obywatele. To nie o was mowa. Nie musicie reagować, oglądać się, gdy inny dostaje słowem lub kamieniem. Macie czyste sumienie, wszak sami nie rzucaliście, a nawet jeśli, to przecież mieliście towarzystwo. Wykonywaliście tylko rozkazy. Zresztą, to tylko dewianci obrywają. To nie ludzie. A tego nie czytajcie. Mogłoby Wam zburzyć spokój ducha.

środa, maja 10, 2006

Bilet w jedną stronę

Notka dedykowana Adamowi C., honorowemu sponsorowi ZUS

Usiłuję pracować, ale jak każdy chyba zawodowy komputerowiec jednym okiem pracuję, drugim sprawdzam RSS-y, blogi, gazety, komunikatory, trzecim odbieram maile, czwartym... no dobrze, może skończmy tutaj metafory. Jak tu pracować, kiedy:

"Gazeta Prawna" ostrzega: żaden podatnik, który uzyskał dochody za granicą i nie złożył PIT-u w Polsce, będąc do tego zobowiązany, nie może spać spokojnie. Fiskus może w każdej chwili ustalić ten fakt i go ukarać. A grozi za to nie tylko grzywna wielokrotnie przekraczająca dochody, ale nawet kara pozbawienia wolności. Nie uchroni przed nimi nawet długoterminowy pobyt poza granicami Polski."
No dobrze. Bez nerw. Istnieją umowy o unikaniu podwójnego opodatkowania. Jak brzmią owe umowy?

"Polacy pracujący w Wielkiej Brytanii odgrażają się, że nie będą wracać do kraju. Wszystko dlatego, że umowa, jaką Polska podpisała z Wielką Brytanią, przewiduje jako metodę unikania podwójnego opodatkowania odliczenie proporcjonalne, co powoduje, że Polacy pracujący na Wyspach po przeliczeniu zarobionych pieniędzy na złotówki muszą polskiemu fiskusowi dopłacić 20, a nawet 30 proc. podatku."


Ciśnienie się podnosi, ale czytamy dalej.

"Co sprytniejsi podatnicy nie składają zeznania w polskim urzędzie i nie dopłacają podatku, twierdząc, że fiskus i tak ich nie sprawdzi. Jednak sprawa nie jest wcale prosta, a taki proceder jest przestępstwem skarbowym. To, czy z angielskich dochodów trzeba rozliczyć się w Polsce czy nie, zależy od miejsca zamieszkania danej osoby. Jeśli jest nim nadal - mimo czasowego wyjazdu za granicę - Polska, to osoba pracująca w Wielkiej Brytanii będzie musiała z uzyskanych tam pieniędzy rozliczyć się również w Polsce."

Cholercia, no, to w sumie przykre, no ale skoro już zależy od miejsca zamieszkania, to dla mnie w sumie żadna specjalna różnica, i tak planuję mieszkać w Holandii. Tyle, że Małżonek posiada w Polsce mieszkanie, więc może kiedyś wrócimy...?

"Jeśli na przykład Polak wyjechał na Wyspy, tam przebywa, pracuje, tam znajduje się centrum jego interesów życiowych i zamierza w Anglii zostać na stałe, nie musi z zarobionych pieniędzy rozliczać się w Polsce. Niespełnienie jednego z wymienionych warunków powoduje, że dana osoba nadal ma miejsce zamieszkania w kraju i tu też musi się rozliczyć z fiskusem."
Kurczę, no, to zostajemy na stałe, cóż zrobić, nie wrócę do Polski, nie będę tu pracować, wzbogacać kraju-raju i płacić tu podatków. Tylko czy aby na pewno, mój ssssskarbie?

"Niektórzy Polacy uważają także, że aby zmienić miejsce zamieszkania, wystarczy w urzędzie skarbowym w Polsce złożyć aktualizację NIP-3, wskazując w nim jako nowe miejsce zamieszkania adres w Anglii. Jednak takiego stanowiska nie potwierdziło Ministerstwo Finansów. W odpowiedzi na pytanie Gazety Prawnej MF wyjaśniło, że aktualizacja NIP z podaniem adresu zamieszkania w Anglii nie wystarczy, by uniknąć płacenia podatku w Polsce. Aktualizacja danych przez złożenie do naczelnika właściwego urzędu skarbowego formularza NIP-3 może stanowić kryterium pomocnicze (jeżeli aktualizacja obejmuje dane adresowe), lecz niedecydujące przy ustalaniu zakresu obowiązku podatkowego podatników w Polsce."

Jak więc określamy zakres obowiązku podatkowego, pytam ja dramatycznie, wznosząc drżące dłonie do nieba i z trwogą chwytając się za serce? (znów metafora biologiczna... lecz wybaczcie mi, albowiem cały w nerwach tonąc nie wiem co czynię)

"Obowiązek udowodnienia przed urzędem skarbowym (jeśli ten o to poprosi), gdzie znajduje się jego miejsce zamieszkania, spoczywa na podatniku. [...] Ordynacja podatkowa gwarantuje prawa nie tylko podatnikom, ale także fiskusowi. Co prawda, podatnik ma prawo do czynnego udziału w każdym stadium postępowania, jeśli jednak nie wykaże inicjatywy i zrezygnuje z tego przywileju, fiskus nie jest bezradny. Urzędnicy w toku postępowania podejmą wszelkie niezbędne działania w celu dokładnego wyjaśnienia stanu faktycznego oraz załatwienia sprawy. Potem wydadzą decyzję podatkową. Wcześniej muszą jednak umożliwić wypowiedzenie się podatnikowi w sprawie zebranych dowodów i materiałów. W tym celu wyznaczają 7-dniowy termin. Brak działań ze strony podatnika nie zablokuje dalszych czynności. Decyzja zostanie wydana i doręczona. Organy podatkowe mają też sposób na podatników unikających odbioru korespondencji. Zapewniają im to przepisy dotyczące tzw. doręczenia zastępczego. Dzięki tym przepisom, mimo faktycznego niedoręczenia decyzji, po wyczerpaniu wszystkich sposobów, organ uzna decyzję za doręczoną."

Dobra Bogini, toć to jakieś szaleństwo jest. Mieszkając i pracując za granicą nie jestem de facto w stanie udowodnić tego ponad wszelką wątpliwość. Podanie US adresu zamieszkania za granicą stanowi dla tegoż US "kryterium pomocnicze, lecz niedecydujące". Jedynym sposobem jest TEORETYCZNIE udowodnienie, że przenoszę się na zawsze (na wieki wieków, amen) i nigdy już nie wrócę. Lecz jak w praktyce udowodnić to US? Wszakże urzędnik może zawsze stwierdzić ze spokojem, iż nie mogę udowodnić ponad wszelką wątpliwość, że nigdy nie wrócę do kraju-raju. I będzie miał rację, bo skąd mam wiedzieć, co się przydarzy np. za 25 lat?

"W zależności od kwoty podatku, podatnik naraża się na karę pozbawienia wolności lub karę grzywny. Zgodnie z art. 54 kodeksu karnego skarbowego podatnik, który uchylając się od opodatkowania, nie składa deklaracji, przez co naraża podatek na uszczuplenie, podlega karze grzywny do 720 stawek dziennych albo karze pozbawienia wolności, albo obu tym karom łącznie. [...] Stawka dzienna [...] nie może wynieść mniej niż 29,97 zł i więcej niż 359 640 zł." Czyli maksymalnie nasz teoretyczny podatnik podlega karze, bagatela, do 258 940 800 zł. To by wystarczyło na kilka Świątyń Opatrzności Bożej.

"Fiskus ma też sposób na tych podatników, których majątek znajduje się za granicą. Polski fiskus może skorzystać z pomocy państwa obcego. Organem, który wnioskuje o udzielenie pomocy, jest minister finansów publicznych." I to już jest, drogie moje państwo, moment, kiedy dostaję zawału, wylewu oraz paraliżu lewej półkuli mózgowej: otóż polski urząd skarbowy, nieprzekonanym będąc o tym, że podatnik rzeczywiście przebywa za granicą, może zażądać w przypadku braku majątku w Polsce dokonania egzekucji z majątku zagranicznego o którego istnieniu US nie jest przekonany!!!

Na koniec pocieszenie: otóż wyczytałem niedawno, iż posłowie zauważywszy ten jakże rażący błąd (i wypaczenie) niezwłocznie przystąpili do jego naprawiania. Otóż podpisano już odpowiednią umowę, pozwalającą uniknąć takiego "podwójnego opodatkowania". Z Gruzją.

Ja zaś ze swojej strony mogę obiecać, że tak energicznie zachęcany nie wrócę do kraju-raju już nigdy. Tylko -- czy aby Urząd Skarbowy mi uwierzy?

niedziela, maja 07, 2006

Holandia czeka

Co miesiąc otrzymuję pensję. Moja pensja, art directora w firmie software-owej, jest dość wysoka. Od tej pensji odliczane jest 20% na poczet podatku.

Co dzień, dwa udaję się do sklepu. Kupuję tam różne artykuły, spożywcze lub nie, od których naliczany jest podatek VAT. Od niektórych kupowanych artykułów naliczana jest również akcyza w różnej wysokości. Towary te, abym mógł je dowieźć do sklepu, należy tam dowieźć. W tym celu należy spalić benzynę, od której płaci się akcyzę.

Na koniec roku zbieram PIT-y, dokonuję (własnoręcznie lub przy pomocy teściowej, która jest biegłą księgową) obliczenia dodatkowo należnego podatku, który następnie wpłacam na rachunek Urzędu Skarbowego.

Powyżej przedstawiłem pokrótce jeden z powodów, dla których planuję emigrować. Jestem człowiekiem z wyższym wykształceniem, znam parę języków, zarabiam kilka średnich krajowych, przynoszę krajowi, w którym mieszkam całkiem wymierne profity. Coraz częściej pojawiają się myśli o kupnie domu, własnego, nie wynajmowanego miejsca na świecie. Nie chce mi się, szczerze mówiąc, obliczać, ile konkretnie procent ceny domu stanowić będzie podatek (który opłacę z już opodatkowanej pensji). Czynię inwestycje w siebie, kupując książki, ucząc się języków, nowych technologii. Jeśli kraj, w którym żyję stawia Romana Giertycha na stanowisku ministra, a Wojciecha Wierzejskiego na stanowisku wiceministra edukacji, daje mi prosty znak: NIE UCZ SIĘ. Moja wiedza nie jest temu krajowi do niczego potrzebna, zaś fakt, że daje krajowi (i mi) bardzo wymierne profity jest o wiele mniej ważny niż fakt, że jestem homoseksualistą. Rząd nie życzy sobie mojej obecności w kraju, a ja nie życzę sobie płacić za utrzymanie rządu i kraju, który mnie nie chce. Proste?

PS. Szacowny Małżonek właśnie za kilka miesięcy skończy studia, po których ma zostać nauczycielem. Myślicie, że znajdzie pracę? A jeśli znajdzie, jak długo potrwa, zanim ktoś z jego uczniów lub współpracowników zobaczy go ze mną w drzwiach mieszkania, na ulicy, w klubie, na paradzie równości? Droga amezed, jeśli planujesz mnie przekonać metaforami o szczurach i tonącym statku, pomyśl raczej o Żydach w 1938 roku.

sobota, maja 06, 2006

Dość tych gier, dość gier tych?

Muszę przyznać, że jakkolwiek w pełni byłem świadom, iż Andrzej Lepper jest już pewniakiem jako wicepremier, stanowisko ministra edukacji dla Romana Giertycha wstrząsnęło mną nieco. I tak o wiele mniej niż większością moich znajomych, co po części dowodzi, że odrywanie się od kraju-raju idzie mi niezgorzej, ale jednak zaskoczenie nie było przyjemne. Spróbuję krótkiej analizy strat. Zyskami niech zajmie się premier Marcinkiewicz.

Konstytucja jest bezpieczna. Platforma prędzej odgryzie sobie głowę i ją zje, niż przyłoży rękę do modyfikacji konstytucji na życzenie PiS. Tyle tylko, że Lech Kaczyński jako prezydent Warszawy wiele razy dowiódł, że jeśli jakiś zapis konstytucji mu nie odpowiada, to go ignoruje i robi swoje. Aktualnie pani rzecznik praw dziecka, o której szerzej pisałem ostatnio, postuluje ocenzurowanie reklam: "Według rzecznika, nikt nie kontroluje też reklam i zapowiedzi premier kinowych przed seansami. - Bardzo często filmy dla najmłodszych poprzedzają zwiastuny filmów dla dorosłych, nasycone przemocą, erotyzmem, scenami wulgarnymi oraz innymi treściami nieodpowiednimi dla małoletniego widza. Ponadto nadawane są reklamy, które mogą zagrażać fizycznemu, psychicznemu i moralnemu rozwojowi najmłodszych - alarmuje Sowińska w liście do ministra Kazimierza Ujazdowskiego." Jak planuje to pogodzić z pkt 2, art. 54 Konstytucji brzmiącym: "Cenzura prewencyjna środków społecznego przekazu oraz koncesjonowanie prasy są zakazane"?

Dajmy jednak spokój pani Sowińskiej i wróćmy do pasjonującego tematu koalicji. Otóż jak się dowiadujemy z pulchnych ust pana prezydenta, "obecny rząd jest wynikiem odmowy Platformy Obywatelskiej, która trzykrotnie odrzuciła propozycję PiS w sprawie utworzenia wspólnego gabinetu". Retoryka pana prezydenta jest dość nudna, powtarzalna i sprowadza się do obarczania Platformy winą za gradobicie, katar i brzydką pogodę, jednak akurat w tym przypadku nie można się choć trochę nie zgodzić. O ile dobór partnerów koalicyjnych jest jak najbardziej "zasługą" PiS (skoro można wziąć do rządu złodziei i fanatyków, czemu nie postkomunistów?), o tyle jest dość oczywiste, że jedynym powodem, dla którego Platforma nie poparła wniosku o samorozwiązanie Sejmu była chęć jak najszybszego doprowadzenia do ostatecznej kompromitacji PiS. Co zapewne się uda, ale za jaką cenę? Jak będzie wyglądać Polska jeśli ten rząd przetrwa kilka lat?

A jest w tej chwili dość prawdopodobne, że rząd będzie trwać za wszelką cenę i trzymać się stołków pazurami i szczękoczułkami. Notowania PiS spadały już wcześniej, teraz spadną na łeb na szyję. Notowania LPR i Samoobrony oscylują w granicach progu wyborczego i dopóki nie wzrosną przynajmniej dwukrotnie (a niby dlaczego by miały?) oba te ugrupowania będą korzystać z uroków władzy. Póki nie nadejdzie V RP i nie rozliczy, rzecz jasna. W swojej opinii nie jestem osamotniony: "Zdaniem politologa dra Marka Migalskiego z Uniwersytetu Śląskiego, powstanie koalicji większościowej zagwarantuje "spokój i ciszę" na najbliższe kilkanaście, a może nawet kilkadziesiąt miesięcy, chociaż stan ten nie musi trwać do końca kadencji parlamentu. [...] Zdaniem Migalskiego, Andrzej Lepper wszedł do rządu ponieważ "chce zmienić swój image", co ma mu umożliwić walkę o urząd głowy państwa w przyszłych wyborach prezydenckich."

Tu akurat wypada się cieszyć, że konstytucja jest chwilowo nie do zmiany i nie ma szans projekt PiS nadający prezydentowi szerokie uprawnienia. Andrzej Lepper jako minister rolnictwa i wicepremier jest oczywiście groźny, podobnie będzie, jeśli zostanie prezydentem (coś takiego, jak pozytywny obraz Polski w świadomości międzynarodowej możemy sobie od razu darować...) ale o wiele bardziej przeraża mnie Roman Giertych na stanowisku ministra edukacji. (Sportem może sobie się zajmować, nadaje się do tego tak samo dobrze jak ja, więc prawdopodobnie skupi się na edukacji i sport odda komuś, kto przynajmniej odróżnia piłkę nożną od piłki do metalu.) Czego należy się spodziewać?

Program LPR mówi: "8. Państwo przede wszystkich odpowiada za ochronę dziedzictwa narodowego i rozwój kultury. Programy nauczania, kształcenia średniego i wyższego winny zawierać istotę tożsamości narodowej, ciągłości kulturowej i pokoleniowej, wielowiekowej tradycji chrześcijańskiej Polski.

9. Spowodujemy, że media publiczne (prasa, radio, TV) będą kultywować najlepsze tradycje narodowe - etyczne i moralne wzorce zachowań."

Więcej ciekawostek możemy wyczytać w książce Romana Giertycha pt. "Kontrrewolucja młodych". Dzieło to recenzuje na stronie Młodzieży Wszechpolskiej znany skądinąd Jan Bodakowski: "Celem polityki Romana Giertycha jest obrona rodziny. Rodzina, według lidera LPR, jest zagrożona działalnością szkolnictwa publicznego, ogłupiającego i demoralizującego w duchu socjalizmu, rozbijającego rodziny. Rodzina jest też rozbijana przez istnienie przedszkoli i żłobków. Które z tego powodu nie mogą być finansowane przez państwo. Roman Giertych postuluje zmiany w programach nauczania, to by rodzice decydowali o programie i składzie grona nauczycielskiego. Twierdzi też że brak pośrednictwa państwa w lecznictwie i edukacji sprawił by że świadczenia były by tańsze. Biedni, których w wypadku braku fiskalizmu państwa było by o wiele mniej, uzyskiwali by środki na edukacje i pomoc zdrowotną od prywatnych organizacji pozarządowych, chętnie wspieranych przez bogatszych obywateli. Autor "Kontrrewolucji młodych" popiera też idee czeków oświatowych, umożliwiających powstanie szkół prywatnych finansowanych przez rodziców czekami z budżetu państwa." Nie można nie ucieszyć się postulatem, by to rodzice decydowali o programie i składzie grona nauczycielskiego, co mogłoby Romanowi utrudnić wychowywanie w wielowiekowej tradycji chrześcijańskiej Polski. Ciekawe też, czy minister edukacji ma wpływ na funkcjonowanie żłobków i przedszkoli, zbrodniczo rozbijających rodziny? Być może już niedługo się dowiemy.

Ciekawe cytaty zgromadziła Magdalena Środa: "Szef LPR skończył prawo i historię na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu. W 1989 r. reaktywował Młodzież Wszechpolską (polityczna przybudówka Ligi), jest jej honorowym prezesem. Jako poseł nie angażował się szczególnie w sprawy edukacji. Od tego w LPR był np. Wojciech Wierzejski (nieoficjalne informacje mówią, że będzie wiceministrem edukacji). [Broń nas, dobra bogini -- Oliveira] W manifeście wszechpolaków Giertych zapowiadał m.in., że trzeba zmienić szkolne programy nauczania: "W dzisiejszych szkołach uczy się bardzo wielu mądrych rzeczy, ale nie uczy się rzeczy najistotniejszej - mądrości. Jednym z naszych istotnych celów winna więc być zmiana programu nauczania w szkołach". Opowiadał się za lustracją nauczycieli: "W większości szkół w Polsce uczą nauczyciele, którzy zostali ukształtowani przez socjalizm". Giertych domaga się także przywrócenia dyscypliny. Pisze: "Szkoła dzisiejsza jest wylęgarnią chamstwa i demoralizacji. Tak jest zawsze, gdy ze szkół usuwa się wszelką dyscyplinę"." Coś niecoś dokłada Piotr Pacewicz: "[Giertych] Wypowiadał się, jeśli już, to o wychowaniu w rodzinie. Ale znany jest ogólny duch moralnej krzepy ("naszym celem jest wychowanie człowieka prężnego, aktywnego, o dużym poczuciu obowiązkowości" - pisał w manifeście Młodzieży Wszechpolskiej) i niegdysiejszego patriotyzmu skażonego nacjonalizmem."

Tak naprawdę boję się pisać tę notkę i rozwijać rozpoczęte myśli. Po prostu pomysły, jakie przychodzą mi do głowy są tak potworne, że nie chcę o nich pisać, chcę wierzyć, że Giertych niczego nie zmieni, będzie mu głupio wprowadzać kreacjonizm na miejsce darwinizmu, nie odważy się na stworzenie narodowego programu jedynie słusznych lekcji historii, nie zlikwiduje żłobków i przedszkoli, nie przeprowadzi lustracji nauczycieli pod kątem poglądów, przeszłości i orientacji seksualnej. To nie może się zdarzyć. Roman, proszę, obiecaj, że ograniczysz się do złodziejstwa, oszustw, kupczenia stanowiskami i łapówkarstwa! Proszę!

Zamykam oczy, zaciskam je do bólu, otwieram je i wracam do aktualizowania życiorysu i portfolio. Od poniedziałku szukam pracy. Za granicą.

PS. "Będziemy przekazywać w szkołach wzorce Młodzieży Wszechpolskiej - rzucił poseł LPR, a za chwilę wytłumaczył, że tylko żartuje."