poniedziałek, lipca 31, 2006

Rechocik historii

Za namową Makowskiego zaglądam do Rzepy, a tam Stefan Bratkowski cytuje...

"(...) Do walki z korupcją ustanawia się nawet odrębne urzędy. Do tych i im podobnych nowo powstających urzędów wyznacza się "komisarzy" z poleceniem, aby w ciągu, dajmy na to, trzech dni dobrali sobie współpracowników, zorganizowali biura, rozpoczęli działalność i złożyli o niej i projektach na przyszłość raport rządowi.

(X) powiedział między innymi: "Przezwyciężona została wreszcie zarozumiałość intelektualistów. Przedstawiciele tego poglądu myśleli kategoriami wszechświatowo-obywatelskimi, wszechświatowo-gospodarczymi i wszechświatowo-politycznymi, a naród tymczasem schodził na psy".

(Z) mówił, "że główną zasadą wychowania powinno być stworzenie ducha służby oraz zidentyfikowanie się jednostki z państwem w przeciwieństwie do liberalnej teorii o indywidualnym myśleniu i wolności".

(N) nie opuszcza żadnej okazji "zdjęcia się" z dziećmi czy z kwiatami. Karmi też czasem daniele. Pierwsze działa na rodziców w ogóle, drugie - w szczególności na kobiety, trzecie - na dzieci oraz miłośników przyrody i zwierząt.

Wmawia się w poddanych, że do czasu obecnego zwycięskiego reżimu w kraju nie istniało w ogóle nic. Dżungla, i to dżungla na brzegu przepaści, do której kraj już, już, miał się stoczyć.[...]"

Co i kogo cytuje Stefan Bratkowski? Sami sobie sprawdźcie.

niedziela, lipca 30, 2006

Knebelek z patriotyzmu

Ku zupełnemu brakowi mojego zdziwienia, są tacy, którzy się z mojej (i, oczywiście, nie tylko mojej) emigracji bardzo cieszą. Przypomina to troszkę radość synka, który odmówił mamie włożenia czapki i teraz -- przy -15 stopniach -- jest bardzo zadowolony, że postawił na swoim. Późniejszego przeziębienia w ogóle nie skojarzy z brakiem czapki.

Trzej (łże-)ekonomiści, pp. Antczak, Dobrowolski i Petru, piszą: "Polska jak każde współczesne państwo jest mechanizmem redystrybucji międzypokoleniowej. Ze składek i podatków młodych opłaca się emerytury i leczenie seniorów. Mechanizm ten funkcjonował całkiem dobrze, dopóki na każdego niepracującego i żyjącego z transferów przypadało kilkunastu pracujących i płacących podatki. Uprawnionym było nazwanie takiego rozwiązania solidarnością międzypokoleniową. Jednak tylko do czasu. Obecnie państwo dobrobytu oparte na transferze od młodych do starych jest nie do utrzymania. Systematyczny wzrost długości życia oraz spadek dzietności sprawiają, że liczba młodych pracujących w stosunku do seniorów pobierających świadczenia spada w większości krajów świata. W Polsce jeszcze w latach 60. na jednego emeryta i rencistę pobierającego świadczenia przypadało 12 pracujących i płacących podatki. Dziś na każdego emeryta i rencistę przypada dwie i pół osoby w wieku produkcyjnym oraz tylko dwie osoby pracujące! [...] Polska właśnie zderzyła się ze zjawiskami wypychania młodzieży z rodzimego rynku pracy oraz zwiększoną mobilnością młodych osób. Milion młodych Polaków, którzy wyjechali za granicę, to konsekwencja przerzucania zbyt dużej części kosztu starzenia się społeczeństwa na barki młodych obywateli. Państwo, które po jednej burdzie ulicznej znalazło kilkadziesiąt miliardów złotych w kieszeniach młodych obywateli na wcześniejsze emerytury dla górników, a nie może znaleźć kilkunastu miliardów na normalnej jakości drogi pomiędzy swoimi głównymi miastami, nie jest atrakcyjnym miejscem pracy i życia dla młodych Polaków." Nic dodać (może oprócz całej reszty artykułu), nic ująć. A to przecież tylko jeden z wielu powodów wyjazdów.

Jakiś czas temu (pisałem o tym) właścicielka restauracji nad morzem żaliła się, że oferuje "całkiem wysoką płacę, 800 zł na rękę" a jednak nie może znaleźć kelnera. Pozwalam sobie zgodzić się z sugestią, iż jest to związane z tym, że potencjalny kelner woli, pracując tyle samo, zarobić w Anglii 800 funtów. Właścicielka restauracji nie wpada na pomysł, że być może praca w jej restauracji nie jest tak ekscytująca, żeby chcieć ją podjąć za pieniądze niewystarczające nawet na wynajęcie mieszkania; horyzonty umysłowe właścicielki pozwalają jej co najwyżej na stwierdzenie, że ludzie to się strasznie leniwi zrobili, bo mimo tego, że 800 zł, to jednak jakoś nie przychodzą tłumnie. Podobnie jest z nauką patriotyzmu: otóż np. lekarze wyjeżdżający z kraju za zarobkiem, bądź też taki mały ja jesteśmy w oczach Prawdziwego Patrioty tchórzami i zdrajcami, bo przecież obowiązkiem naszym jest siedzieć tu W Polsce i pracować Dla Polski. Praca dla pieniędzy? Toż to obrzydlistwo. Prawdziwy Patriota pracuje Dla Polski i Dla Polaków. Nawet głodując, a jednocześnie zauważając, że Trój-Partia rozrzuca w dzikim zapale pieniądze na Świątynie Opaczności Bożej, Świątynie Lustracji Narodowej, becikowe, zapomogi dla rolników, KRUS, emerytury górnicze, etc., Prawdziwy Patriota zaciska zęby i tłumaczy sobie, że należy pracować, aby Trój-Partia (która zawsze Wie Najlepiej) miała więcej pieniędzy do zmarnowania i rozdania. Dla dobra, oczywiście, Polski. Zdrajca, np. ja, pakuje walizki i przenosi się w miejsce, gdzie jego podatki są wydatkowane na naukę, rozwój i kulturę; właśnie tak wygląda w moim przypadku motywacja finansowa -- nie chodzi o niskie zarobki, chodzi o to, że zarabiając dużo i płacąc wysokie podatki nie zgadzam się na taki ich rozdział, jaki obecnie oglądam.

Kolejny cytat dla szanpaństwa: "Nowe podręczniki tchnęły patosem. Sięgnijmy po książkę dla piątoklasistów „Piękna nasza Polska cała”: „Pan nauczyciel rzucił: »Równaj krok « i pośpiesznie ramieniem odmierzał odstępy między szeregami. Edziowi skoczył w myślach jak piłką wysoko rzuconą: »Dziś jedenasty listopada! «. Już dojrzał Pana Prezydenta, już prawie widział jego uśmiechniętą twarz, jego ruch ręki. I niby zdawałoby się, że to taki sobie zwyczajny pan, wysoki i szczupły, a tymczasem od razu zahuczało w głowie Edzia i rozbłysło olśnieniem, że to przecież Prezydent, że to jakby cała Polska! Oszołomione oczy Edzia wytężyły się w prawo. I naraz, gdy tam, mimo wytężenia, widział wszystko jak przez mgłę, przychwyciło go i zatrzymało spojrzenie Pana Prezydenta. To było tak naprawdę, że Pan Prezydent dojrzał w szeregu małego, za małego na swój wiek, i że uśmiechnął się do Edzia! I też naprawdę tak było, że Edzio od razu poczuł się duży i szczęśliwy”." Kiedy powstały te podręczniki? Czy to jakaś futurystyczna fikcja opisująca lekcje patriotyzmu Romana G.? Ależ skąd. Może to Was naprowadzi na trop? "W uroczystych akademiach i okolicznościowych mszach brały udział całe szkoły. Przemarsze delegacji uczniowskich były stałym motywem świąt państwowych. "W przeddzień imienin Pana Prezydenta Rzplitej o godz. 12 w południe młodzież szkół średnich i powszechnych wraz z pocztami sztandarowymi oraz delegacje harcerzy przybyły na dziedziniec zamkowy celem złożenia hołdu dostojnemu solenizantowi - donosiła prasa. - Orkiestry szkolne odegrały hymn narodowy. Następnie jedna z uczennic w serdecznych słowach złożyła życzenia imieninowe i hołd Dostojnemu Solenizantowi w imieniu młodzieży szkolnej, zakończony okrzykiem na Jego cześć"." Ciągle nie? Podpowiem więc, że Pan Prezydent, który panuje nam miłościwie w tej chwili, nie jest wysoki i szczupły. A na koniec dodam: "Od połowy lat 60. myślą przewodnią polityki oświatowej stało się wychowanie patriotyczne. Ministerstwo Oświaty deklarowało, że celem edukacji jest "związanie ucznia z tradycjami własnego narodu". Kolejne ustawy z lat 70. i 80. dekretowały, iż obowiązkiem nauczycieli jest "wychowanie w umiłowaniu ojczyzny i poszanowaniu konstytucji PRL jako państwa socjalistycznego"."

"Jak zauważył Krzysztof Kosiński w książce "O nową mentalność. Życie codzienne w szkołach 1945-1956", uczniowie byli odporni na indoktrynację. Przyjmowali postawę nie tyle antysystemową, co asystemową. Odrzucali propagowane przez partię wartości, światopogląd, wzory osobowe - przez młodzieńczą przekorę, ale też dlatego, że większość dostrzegała dysonans między codziennością a górnolotnymi frazesami. "Ani w szkole, ani w domu kultury, ani gdziekolwiek indziej nikt nie pyta, czy to, co nam każą robić, sprawia nam przyjemność - skarżył się warszawski maturzysta. - Wszyscy się martwią, czy to nas kształtuje, wychowuje, uczy, pogłębia, daje wyniki, przynosi korzyści, nie zadając zwykłego pytania: czy wy to lubicie robić?"." Czy Roman G. pyta w ogóle o cokolwiek maturzystów? Czy spytał ich w ogóle, czy wolą dostać świadectwo maturalne z oceną niedostateczną, która może przekreślić ich szansę na studiowanie, czy też poprawić wynik egzaminu? Czy Roman G. rzeczywiście wierzy, że patriotyzmu można się nauczyć? Czego nauczył się maturzysta z oceną niedostateczną z języka polskiego?

Nauka patriotyzmu rozumiana jako straszenie złą zagranicą, wpajanie miłości do orzełka białego i "nie rzucim ziemi skąd nasz ród" ma całkiem jasno zdefiniowany cel: otóż społeczeństwo ma zaprzestać wyjazdów, siedzieć w kraju-raju i płacić podatki po to, żeby władza, która Wie Lepiej, mogła je wydatkować na rzeczy Ważne. Rzeczami Ważnymi nie są np. inwestycje w edukację, rozwój relacji z Unią Europejską, czy też jakieś pierduły o tolerancji i współpracy; rzeczy Ważne to lustracja, Kościół, kara śmierci (która ma być polskim wkładem w cywilizację europejską) budowa nowych więzień, małżeństwo jako związek mężczyzny i kobiety, etc. To w sumie nawet miałoby pewien sens, trzyma się kupy i w ogóle (zmniejszanie nakładów na edukację -> głupie społeczeństwo -> społeczeństwo bezmyślne -> brak protestów póki jest co jeść i pić). Tylko my już naprawdę raz mieliśmy władzę, która Wiedziała Lepiej. Skoro było tak dobrze, to czemu teraz tyle wysiłków wkłada się w wycięcie do ostatniej trawki wszystkiego, co po Wiedzących Lepiej zostało? To ma być jakaś samokrytyka, wypalanie ogniem ze zdrowego ciała narodu zgniłej tkanki błędów i wypaczeń?

Z blogu Edwina Bendyka dowiedziałem się, iż na witrynie prof. Witolda Marciszewskiego powstało forum Ruchu Przeciw Nonsensowi. Forum na początek zajęło się nową ustawą lustracyjną. To, co w swoim tekście pisze prof. Marciszewski, szalenie przypomina mi przeczytany kiedyś w Polityce tekst o różnicy między prawicą, a lewicą (aczkolwiek podobnie jak prof. Marciszewski coraz większe mam opory przed używaniem tych pojęć, jako, że kompletnie się zdewaluowały). Oto fragment: "Pewien rodzaj nieufności do ludzi nazywamy mizantropią, a nosiciela tej cechy mizantropem. Polski słownik wyrazów obcych określa mizantropa jako nieprzyjaciela ludzi, angielski zaś definiuje misanthropy jako dislike of people in general. Tę druga˛definicję trzeba uzupełnić zastrzeżeniem, iż zwrot in general dopuszcza pewien wyjątek; jest taki typ mizantropa, który lubi i ceni samego siebie. Przykład tego wzorcowy mieliśmy w wywiadzie czołowego polskiego polityka, który zakończył rozmowę zapewnieniem, iż „w nim jest samo dobro”. Gdy takie samouwielbienie połączy się z mizantropią, powstaje wyborna przesłanka do forsowania własnej dyktatury, która brzmi: ludzie w ogólności są zepsuci, ale ich naprawię swymi dekretami, gdy będę miał pełnię władzy. Intencja to szlachetna, lecz dla życia społecznego katastrofalna. Nawet gdyby w duszy kandydata do dyktatury przelewało się samo dobro. Nie da się bowiem ulepszyć ludzi dekretami ani homiliami." Ani, dodam, zatrzymać ludzi zarabiających w Polsce śmieszne kwoty lekcjami patriotyzmu. Natomiast, nie przeczę, niewątpliwie nie reformując KRUS, rozdając dodatki, wcześniejsze emerytury i tym podobne bzdety uda się utrzymać poparcie wśród górników, rolników i bezrobotnych. Tylko kto za to wszystko zapłaci?

Wspomniani wyżej trzej ekonomiści nie ograniczają się do biadania, lecz kończą swój tekst kilkoma bardzo konkretnymi sugestiami: "Po pierwsze, uczciwie policzyć zadłużenie państwa wobec obecnych i przyszłych pokoleń [...] Po drugie, w miarę szybko (np. w okresie 3-6 lat) zrównać i podwyższyć wiek emerytalny dla mężczyzn i kobiet do 67. roku życia [...] Po trzecie, umożliwić szybką i legalną imigrację do Polski znacznej liczby obcokrajowców [...] Po czwarte, objąć wszystkich obywateli, w tym rolników, równym obowiązkiem podatkowym [...] Po piąte, dokonać rzeczywistej reformy służby zdrowia [...] Po szóste, egzekwować istniejący w polskim prawie obowiązek alimentacyjny zarówno w stosunku do osób wstępnych (dzieci), jak i do osób zstępnych (rodziców i dziadków) [...]" To nie są gołe hasła, każde z nich jest w tekście rozwinięte. Ale zarówno ekonomiści, jak i ja wiemy, że polskie społeczeństwo, straszone przez rządzących feministkami, które chcą zmusić kobiety do długiej pracy, Żydami i Niemcami chcącymi rozkupić Polskę naszą piękną całą oraz w szczególności rolnicy, którzy się nie ubezpieczali od skutków upału (i teraz państwo sypnie hojną rączką 300 milionów na koszt ubezpieczeń) nie zgodzą się na realizację tych postulatów, dopóki głód nie zajrzy im w oczy. Być może to, co robi Trój-Partia ma na celu przyspieszenie tego momentu, aby jak najprędzej można było zapytać lud "Pomożecie?" i rozpocząć niezbędne reformy. Ale jakoś nie wydaje mi się, żeby to o to chodziło -- myślę, że chodzi raczej o wycięcie wrogów ("chwała nam i naszym kolegom..."), zlustrowanie, Układ i Stolik, rozwiązanie, dekomunizowanie, moralizowanie, wychowanie, ukaranie przy jednoczesnym chowaniu głowy w piasek w nadziei, że deficyt budżetowy zniknie. Ale... co potem? Choćby potop?

piątek, lipca 28, 2006

Zdziwieni?

Bronisław Wildstein będzie nadal prezesem TVP, a Piotr Farfał wiceprezesem telewizji. Rada Nadzorcza TVP nie zdecydowała się dziś odwołać ich z zajmowanych stanowisk - poinformował dziennikarzy przewodniczący rady Sławomir Skrzypek.

czwartek, lipca 27, 2006

Dwie informacje

1. Mimo gwałtownych zaprzeczeń rzeczników policji na różnych szczeblach, udało się potwierdzić istnienie dyrektywy, nakazującej spisywanie i karanie mandatami par gejowskich trzymających się za ręce lub całujących w związku z "moralnością publiczną". W najbliższych dniach -- więcej informacji.

2. Dziękuję trzymającym kciuki, trzymaliście dobrze :) Od 1 września dołączę do grona ludzi, którzy podziękowali koalicji LepPeRoPiSs za rządy i wynieśli się do kraju, w którym trzymanie się za ręce nie obraża moralności publicznej.

wtorek, lipca 25, 2006

Bolesna prawda



Trzymajcie kciuki. Do końca tygodnia się dowiem...

Przypomnienie

czwartek, lipca 20, 2006

Mierny z patriotyzmu

"W czwartek przed rozpoczęciem obrad Sejmu, w sejmowej kaplicy została odprawiona msza święta w intencji deszczu, zamówiona przez klub parlamentarny PiS."

2006-07-20 13:30:30 martina
"polish politicians pray for rain"
2006-07-20 13:30:39 Ray
oh fuck, I was hoping you wouldn't find out
2006-07-20 13:30:55 Ray
this is such a shame
2006-07-20 13:31:06 Ray
now during the interview I may expect questions about shamans


Dzisiaj rozmawiałem z kumplem, Holendrem, o tym, gdzie powinienem wynająć mieszkanie, żeby mieć łatwy dojazd do pracy w Amsterdamie. Znaleźliśmy fajną lokalizację, potem on zaczął mi opowiadać o tym, że w Holandii mi się spodoba, bo it's socially so safe and secured, even though not as much lately as it was used to be i w ogóle. Po kilku godzinach, robiąc sobie kolację, pomyślałem, że chyba to jest właśnie ta duma narodowa, którą się czuje, kiedy się opowiada cudzoziemcowi, który chce przyjechać do naszego kraju, że będzie mu tu tak fajnie, jak mu się wydaje. Takiej dumy nie można się nauczyć na lekcji patriotyzmu, nawet jeśli ma się z matury powyżej 30% i zaliczyło wszystkie przedmioty.

Marek Raczkowski, Przekrój - za skan dzięki dla kerbete

I kiedy PiS w swojej reklamówce wyborczej opowiada, jak to w Polsce już jest coraz lepiej, a będzie super i wspaniale, nie można się nie zastanowić, czemu w kraju jest coraz mniej ludzi i czy przypadkiem to nie jest trochę tak jak na Kubie, która jak wiadomo jest najszczęśliwszym krajem na świecie, tylko nie wiedzieć czemu, ludzie uciekają z Kuby do USA, a jakoś nigdy nie słyszy się o przypadkach desperatów, którzy starają się dostać z USA na Kubę.

wtorek, lipca 18, 2006

Pełzająca rewolucja moralna

Z prawdziwym smutkiem obserwuję na różnych blogach oraz forach komentarze, brzmiące w zarysach tak: "to zaczyna być niepokojące". Le Madame zostaje zamknięte -- to zaczyna być niepokojące. Giertych zostaje ministrem edukacji -- to zaczyna być niepokojące. Program Maksa Cegielskiego zostaje zdjęty z anteny Radia BIS -- to zaczyna być niepokojące. Program Jurka Owsiaka zostaje zdjęty z TVP -- to zaczyna być niepokojące. Uczniowie są aresztowani przez policję, a Giertych ogłasza, że z pedofilami i narkomanami rozmawiać nie będzie -- to zaczyna być niepokojące. "Dawny" neonazista zostaje wiceprezesem TVP -- to zaczyna być niepokojące. (Pisałem to kiedyś i napiszę znowu -- dla mnie fakt wstąpienia do Młodzieży Wszechpolskiej nie jest dowodem na to, że neonazista zmienił poglądy na zupełnie inne.) Chłopak, którego dane były na stronie znanej jako redw_atch zostaje dziobnięty nożem. To zaczyna być niepokojące. A to tylko kilka przykładów tego, co dzieje się w tym kraju -- stopniowo, krok po kroczku -- od kiedy rządy przejął Układ IV RP.

Czy Wam, drogi narodzie, naprawdę nie dosyć dowodów na to, że rządząca koalicja buduje nam tu drugi PRL? Czy kiedy ogłoszone zostaną kilkukrotne podwyżki podatków dla pism o linii niezgodnej z rządową (o czym mówił aktualny premier Jarosław Kaczyński) zaniepokoicie się wreszcie? Czy nie dość Wam tego, że nasze władze robią z nas, Polaków, kompletnych idiotów, usiłując ścigać dziennikarza Tageszeitung?

Waldemar Kuczyński w swoim blogu ośmielił się napisać: “Życzę porażek na wszystkich frontach, bo każde zwycięstwo tego Układu to porażka Polski i zagrożenie dla wolności. Życzę także porażek gospodarczych, choć za to płacą ludzie.” Komentatorzy spod znaku Pora i Selera rzucili się na niego jak osy na kanapkę z dżemem. W wyzwiskach nie znali żadnej miary. Komuch, Żyd, pezetpeerowiec, aparatczyk -- to najdelikatniejsze. Oskarżano go o zdradę kraju i narodu. Już widziałem to pochyłe drzewo, na którym najmoralniejsi z najmoralniejszych wiążą sznur. Kuczyński notkę skasował (dlatego nie podaję linka), ale komentatorzy nadal jeżdżą po nim, jak po łysej kobyle. Jego słowa śmierdzą, on sam jest uosobieniem chamstwa, ośmieszył się niemiłosiernie. To samo można przeczytać o dziewięciu europosłach, którzy ośmielili się poprzeć "antypolską rezolucję" -- to śmieci, niegodne miana Polaków, a nawet polaków, bo na dużą literę nie zasłużyły. Lech Wałęsa, który krytykuje braci Kaczyńskich w niemieckiej prasie to Żyd, agent Bolek, komuch, członek SB, może nawet sam diaboliczny Jaruzelski, tylko w przebraniu. Ministrowie spraw zagranicznych, którzy ogłosili swój list otwarty, to zdrajcy narodu, komuchy i przeniewiercy.

Nie trawię ani tumiwisizmu, ani dulszczyzny. Patriotyzm nie jest dla mnie ślepym podążaniem za tym, co się dzieje w ojczyźnie, jakkolwiek zdefiniowanej; jak powiedział słusznie Kuczyński, kierując się wyłącznie "dobrem kraju" należało życzyć Hitlerowi wielu sukcesów na polu gospodarki, podobnie zresztą komunistom, którzy przecież byli wtedy władzą Polski, a ich rządy upadły -- śmiem przypomnieć -- na skutek tego, że doprowadziły kraj i jego mieszkańców niemalże do śmierci głodowej. W 1956 roku w Poznaniu ludzie nie wyszli na ulicę żądając wolności słowa i pluralizmu w mediach, tylko dlatego, że w sklepach nie było jedzenia, w fabrykach -- prefabrykatów, robotnicy nie dostali deputatu węglowego, a dodatkowo przyłożono im podatkiem akordowym. Źródłem strajków w 1980 roku było podwyższenie cen mięsa i wędlin, których zresztą i tak w sklepach nie było. Robotnicy nie domagali się li i jedynie przyzwolenia na założenie związków zawodowych, ale też wolnych sobót, zwiększenia wsparcia dla osób wychowujących dzieci oraz skrócenia wieku emerytalnego. Patriotycznie byłoby, gdyby robotnicy zostali w swoich fabrykach i ewentualnie słali listy -- broń Istoto nie listy otwarte -- do posłów na Sejm, prosząc uprzejmie o rozważenie zaniechania podnoszenia cen mięsa. Albo gdyby mówili między sobą, że to zaczyna być niepokojące.

Polska jest częścią Europy, czego nie są w stanie zmienić ani Roman Giertych, ani Lech Kaczyński; nawet ewentualne wyjście z Unii Europejskiej nie zaniesie Polski nagle na odległą wyspę, bądź własny, ukradziony czy nawet legalnie nabyty księżyc. Jeśli Lech Kaczyński i jego poplecznicy pozywają do sądu niemiecką gazetę, żądając od niemieckiego rządu, żeby przeprosił za jej publikację, to nie psują tym sposobem własnych prywatnych wizerunków, tylko wizerunek Polski. Jeśli Wierzejski wzywa do "pałowania dewiantów", to nie robi idioty z siebie, tylko z parlamentu, który nie reaguje na wypowiedzi posła. Jeśli dziewięciu europarlamentarzystów popiera rezolucję, w której mowa o tym, że oprócz innych krajów również w Polsce notuje się przypadki homofobii oraz antysemityzmu, a w odpowiedzi są nazywani zdrajcami narodu polskiego i Żydami, to -- owszem, widzę tu duży problem. Ale to nie oni są źródłem tego problemu, tylko zupełnie kto i co innego. I to już od paru dobrych miesięcy jest bardzo niepokojące.

Prywatne jest polityczne

Za gender.blox.pl:

"Na mocy nowej dyrektywy z Komendy Głównej Policji, policjanci którzy zobaczą pary homoseksualne trzymające się za ręce lub w jakikoliwek inny sposób okazujące sobie czułość w miejscach publicznych mają obowiązek wylegitymować te osoby i spisać je za nieobyczajne zachowanie.

Dowiedziałam się o tym od mego znajomego policjanta.
Świeża sprawa."

niedziela, lipca 16, 2006

Komunizm marzeniem narodu

Nasi ulubieni politycy, oby ich pokręciło, wpadają na kolejne zabawne pomysły. Otóż Roman Giertych, minister rzekomo do spraw edukowania, wymyślił, iż aby zdać maturę wcale nie trzeba jej będzie zdać. Uczeń, który nie zda z języka polskiego, również będzie mógł otrzymać świadectwo maturalne. Roman motywuje to potrzebą "patrzenia na człowieka" oraz potrzebą zapobiegania emigracji tych, co nie zdali.

Moje zdanie na ten temat bardzo dobrze wyraża Wkurwiony Guzik, pisząc: "problem jest. juz w zalozeniu, ze niby kazdy ma miec mature. nie kazdy. nie kazdy musi studiowac. nie chce, zeby leczyl mnie niedouczony lekarz albo obslugiwal niedouczony urzednik, ktorzy z tak zdana matura poszli na studia, i je skonczyli podobnym trybem. [...] pomysl, by swiadectwa rozdawac w mysl zasady 'kazdemu wedle potrzeb', to kompletny odpal. przede wszystkim demoralizuje - nie trzeba sie uczyc, pracowac, whatever, trzeba liczyc na cud i manne z nieba. jak obleje 50% w przyszlym roku, to uznaja, ze zdal ten, co w ogole przyszedl na egzamin. czy sie stoi czy sie lezy, kwit z matura sie nalezy, bo juz nawet nie nie matura lecz chec szczera zrobia z ciebie wicepremiera." Tymczasem egzamin maturalny to nie jest jakieś dobro materialne, które każdy musi mieć, bo mu się należy. Egzamin, jak sama nazwa wskazuje, służy ocenie wiedzy i umiejętności. Jeśli ktoś nie posiada wiedzy i/lub umiejętności, należy mu się ocena negatywna. Niby proste -- a jednak nieproste; otóż świadectwo maturalne ma być jakimś rodzajem łapówki przeciwemigracyjnej (jakoś nie mam wrażenia, żeby największym zagrożeniem dla Polski była emigracja akurat tych, co nie zdali matury). W obliczu zagrożenia emigracją nie liczy się, czy licealista uczył się wszystkich przedmiotów, czy tylko tych, których mu się chciało (Giertych wycofał się właśnie z pomysłu wycofania matematyki z matur) -- czy się stoi... no, napisał Guzik, nie będę powtarzać.

W ramach prasówki dotarłem jednak do jeszcze zabawniejszej informacji: otóż Przegląd, za Dziennikiem, informuje nas o kolejnym pomyśle naszych władców na uszczęśliwienie narodu -- wyrównania emerytur. Otóż emerytura wypłacana przez ZUS, według rządzących, powinna być jednakowej wysokości, czy pracowało się na nią w kopalni, czy w urzędzie, czy 60 godzin w tygodniu -- czy 20. Świadczenie to zostałoby kompletnie uniezależnione od wpłaconych wcześniej składek, czyli dyrektor i kasjer banku otrzymaliby docelowo taką samą sumę. Pomysł ten spłodził pan Robert Gwiazdowski, nowy szef rady nadzorczej ZUS, który ideę swą motywuje stwierdzeniem, iż każdy ma jednakowy żołądek. Wysokość emerytury ustalaliby politycy.

Sama myśl o tym, że wysokość mojej emerytury mieliby ustalić kiedyś, w odległej przyszłości synowie Giertychów i innych Tusków (na szczęście Kaczyńscy nie przesadzają z rozmnażaniem i dynastii raczej nie stworzą) jest dla mnie nowym bodźcem do jak najszybszej ucieczki za granicę.
Wyrównanie wysokości świadczeń natomiast jest silnym bodźcem do założenia jednoosobowej firmy celem płacenia minimalnego ZUS. Po cholerę mam płacić wysokie podatki, jeśli potem otrzymam taką samą emeryturę, jak płacąc podatki niskie? Jakby nie wystarczyło, że wyżej zarabiający (np. ja) finansują de facto leczenie niżej zarabiających, sami zaś na ogół leczą się prywatnie, teraz będą również finansować im emerytury.

Taki system, w którym świadczenie nie zależy od włożonej pracy już kiedyś mieliśmy i nazywał się on komunizm. Był on tak zły i okrutny, że nawet SLD jest teraz partią antykomunistyczną (zabawne, co?). A jednak im dłużej rozkręca się IV RP, tym lepiej widać, że chodzi o zbudowanie II PRL, w której rolę wielkiego brata przejmie Watykan. Powracamy do zniechęcania ludzi do nauki (po co uczyć się do matury jeśli można zdać nie zdając?), do pracy (po co pracować więcej, skoro dostanie się tyle, co pracując mniej?), do uczciwości... Jednocześnie warto zauważyć, że ludzie, których uderzy po kieszeni taka reforma ZUS, to te kilka-kilkanaście procent osób o wysokich zarobkach; jest nader mało prawdopodobne, aby osoby takie były wyborcami LepPeRoPiSsu. Podobnie przeciw "reformie" egzaminu maturalnego protestują profesorowie, nauczyciele, rektorzy uniwersytetów... W II PRL nie potrzeba profesorów, rektorów ani bogaczy; Polska może być głupia i biedna, byle była katolicka, głupszymi steruje się o wiele łatwiej, a furię biedaków łatwo uśmierzyć podwyżką emerytur tuż przed wyborami -- nawet jeśli 15% zagłosuje przeciw, liczy się te 85%, które zagłosuje za. W II PRL wicepremierem może być człowiek z całą paletą wyroków, a ministrem spraw zagranicznych osoba, której jedyną kompetencją jest znajomość z prezydentem. Jeśli się komuś nie podoba urawniłowka edukacyjno-emerytalna, droga wolna, niech jako napiętnowany członek łże-elity zrobi takoż proszę won i nie wraca. Tylko skoro powrót komunizmu jest naszym celem, po cholerę go było obalać i marnować 17 lat na budowę załganej III RP? I kto sfinansuje te wyrównane emerytury kiedy już wszyscy bogatsi i lepiej wykształceni wyniosą się na Zachód? Posiadacze świadectw maturalnych z ocenami niedostatecznymi?

piątek, lipca 14, 2006

I po co ja wstawałem?

"Warszawska prokuratura okręgowa zajmie się sprawą znieważenia Lecha Kaczyńskiego przez niemiecką gazetę "Tageszeitung". Zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa przez niemieckich dziennikarzy złożył kilka dni temu Przemysław Gosiewski, szef klubu parlamentarnego Prawa i Sprawiedliwości. - Nie wyobrażam sobie, by nie przeprowadzić postępowania w tej sprawie - potwierdza informacje gazety Janusz Kaczmarek, prokurator krajowy. - Dlatego zawiadomienie przekazaliśmy do warszawskiej prokuratury - dodaje.

Warszawska prokuratura apelacyjna zapowiada, że formalne wszczęcie postępowania nastąpi najprawdopodobniej w najbliższych dniach. - W tej chwili trwa analiza prawna przesłanego do nas materiału - mówi gazecie prokurator Jacek Mularzuk. Według informacji "ŻW", w piątek lub w poniedziałek sprawa zostanie przekazana do prowadzenia warszawskiej prokuraturze okręgowej."

"Nowemu ministrowi edukacji nie podobają się reformy opracowane przez jego poprzednika z PiS. Gazeta dowiedziała się, że Giertych poważnie rozważa wycofanie się z planów wprowadzenia matematyki do obowiązkowego zestawu przedmiotów maturalnych. Zdaniem ministra matematyka znacznie utrudniłaby młodzieży zdanie matury. Roman Giertych sam zdał ten przedmiot na trójkę, co obniżyło jego średnią ocen na świadectwie maturalnym - napisał "Dziennik". [...] Środowisko naukowe nie zostawia na szefie MEN suchej nitki. Eksperci twierdzą, że doprowadzi to do całkowitego upadku polskiego systemu edukacji, gdyż matematyka nie tylko opisuje wszystkie zjawiska w otaczającym nas świecie, ale uczy też logicznego myślenia i dyscyplinuje w nauce."

"Partie koalicji przygotowują się do podziału stanowisk w Trybunale Konstytucyjnym. PiS chce, by prezesem Trybunału został znany sędzia Andrzej Kryże, w tej chwili zastępca ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry. [...] Swoich kandydatów ma także Samoobrona. Największe szanse ma eurodeputowany Marek Czarnecki, doradca prawny Samoobrony i ekspert od wymiaru sprawiedliwości. Rozmówcy "Rz" w Samoobronie wymieniają jeszcze mecenas Różę Żarską, kontrowersyjną adwokatkę Leppera."

"Opętań jest coraz więcej, bo rośnie zainteresowanie mistyką, okultyzmem i magią. Ludzie coraz bardziej wierzą, że pod wpływem "magicznych zaklęć" mogą sobie albo innym pomóc. Eksperymentują i potem się w tym gubią - mówi o. Aleksander Posacki, znany egzorcysta i demonolog, autor książki "Egzorcyzmy, opętanie, demony". Według niego niebezpiecznie jest nawet czytanie poradników propagujących filozofię pozytywnego myślenia, od których wprost uginają się półki w księgarniach. [...] Są piosenki, które mogą prowokować słuchaczy do włączania się w śpiew, powtarzania słów i bluźnierstw skierowanych przeciwko Bogu i wierze - mówi o. Posacki."

czwartek, lipca 13, 2006

No comments

Zaproponował za to wprowadzenie zakazu fotografowania posłów przy jedzeniu...
Ministerstwo edukacji kolejny raz ostrzega szkoły przed organizacjami homoseksualnymi. Jak nieoficjalnie dowiedziała się IAR, wiceminister Mirosław Orzechowski wysłał dzisiaj list do kuratorów oświaty...
Inni posłowie proponowali też, by wszyscy dziennikarze redakcji, które nie publikują sprostowań, tracili akredytacje do Sejmu...
"Doskonale wiemy, kto ma większość w Sejmie, skąd jest prezydent, jaka jest większość w Senacie...."
Wkraczamy w okres, w którym będzie się decydowało, czy będziemy demokratycznym państwem prawa, czy państwem autorytarnym - ostrzega prof. Andrzej Zoll...
Obecna Rada jest w konflikcie z ministrem sprawiedliwości Zbigniewem Ziobro, bo krytycznie zaopiniowała większość projektów ministerstwa...
Sejmowa komisja nadzwyczajna, przygotowująca nowelizację ustawy o IPN i o lustracji, zmieniła głosami posłów Prawa i Sprawiedliwości zasady wyboru kolegium Instytutu Pamięci Narodowej...
Nie wiadomo jednak, kto składał propozycje przeprowadzenia takich zajęć. IAR ustaliła, że nie przyznała się do tego żadna z największych w Polsce organizacji gejowsko-lesbijskich...
Budowa 3 mln mieszkań i autostrad, przyspieszenie reform finansów publicznych i WSI - takie priorytety swojego rządu wymienił Jarosław Kaczyński...
Na takie intencje autorów projektu wskazuje np. zakaz tajnego głosowania. - Nie da się tego wytłumaczyć inaczej niż jako chęć kontrolowania przez polityków członków rady, kto jakie ma zdanie...
B. minister spraw wewnętrznych Antoni Macierewicz miałby się zająć w nowym rządzie likwidacją WSI i tworzeniem w ich miejsce nowych służb...
Niespełna tydzień po zablokowaniu strony "Krew i Honor", w mediach pojawiła się nazwa redwatch, na której publikowano faszystowskie treści oraz adresy i wizerunki osób określanych jako "wrogowie rasy"; podobna witryna jest znowu dostępna w internecie. Nowa witryna ma ten sam adres i zawiera praktycznie te same informacje co poprzednia...
Przypomina, że szkoła "jest instytucją wolną od działań politycznych, a przede wszystkim od wszelkiej indoktrynacji"...

Jest 13 lipca, imieniny obchodzą Ubek, Teczka i Nazista.

Czy naukowiec ma płeć?

W wydaniu internetowym Gazety Wyborczej tekst pod prowokującym tytułem "Kobiety do nauki się nie nadają?". Tekst przypomina o rektorze Uniwersytetu Harvard, który "powiedział, że powodem tego, iż tak mało kobiet uprawia nauki ścisłe, jest brak wrodzonych uzdolnień w tym kierunku" po czym skupia się na bardzo ciekawym przypadku: oto Ben A. Barres, neurobiolog, rozpoczął swoją drogę naukową jako... studentka. Po prostu -- urodził się jako biologiczna kobieta. Ben "[...] nie zgadza się ze stwierdzeniem, że kobiety nie mają predyspozycji do nauk ścisłych, a o to, że jest ich tak mało na uczelniach, obwinia powszechną dyskryminację. Przy czym w równym stopniu wini za nią mężczyzn i kobiety - ogólnie cały system edukacji i wychowania."

Nie mogę się nie zgodzić ze stwierdzeniem, że kobiety są współwinne dyskryminacji. Nie chodzi mi nawet o osoby androgyniczne, które w ciągu jednego zdania potrafią kilka razy zmienić płeć ("A. Holland, reżyser filmowy, od lat pracująca za granicą..."). Raczej o te z nich, które uważają to za kompletnie naturalne i są gotowe walczyć o powstrzymanie, a nawet odwrócenie zmian. Ten gatunek reprezentuje moja faworytka, posłanka Sobecka, która z uporem godnym leminga domaga się, aby wszelką odpowiedzialność za dzieci powierzyć kobietom, ponieważ "w kwestii powierzenia ojcom opieki nad małoletnimi dziećmi w sytuacji rozpadu rodziny [...] jedną z brzemiennych konsekwencji może być coraz częstsze wykorzystywanie dzieci do zaspakajania potrzeb seksualnych i wykorzystywanie adopcji do związków homoseksualnych." Strach myśleć, skąd też posłance wzięło się takie postrzeganie mężczyzn. Kobiety z drugiej strony "na traktorach zyskiwały wprawdzie miejsce w komunistycznej propagandzie, ale traciły swoje radosne macierzyństwo i traciły jako strażniczki ogniska domowego." A jednak posłanka Sobecka zamiast stróżować przy kuchence gazowej opiekując się dziećmi lub w ostateczności wnukami, wygłasza swoje androny z mównicy sejmowej, na której mogła się znaleźć dlatego, że wywalczyły to dla niej niejakie sufrażystki...

No dobrze, już wracam do nauki. Ben A. Barres "pisze, że nie ma żadnych dowodów na to, by dziewczynki, a potem kobiety były gorsze w matematyce. Na dowód cytuje wyniki testów ok. 20 tys. uczniów pomiędzy 4. a 18. rokiem życia. W świetle tych danych nie ma żadnej zależności pomiędzy wynikiem testu z matematyki a płcią ucznia. Barres zaznacza też (i potwierdzają to dane pochodzące z innych publikacji), że od początku edukacji dziewczynki zniechęca się do zajmowania naukami ścisłymi. [...] Odkąd zmieniłem płeć, nikt mi nie przerywa zdania w trakcie dyskusji - pisze Barres."

Są tacy, którzy cytują skandal wokół wypowiedzi rektora Harvardu jako przykład na głupotę poprawności politycznej, która zakazuje cytowania "oczywistych faktów". Tymczasem ja słysząc, że kobiety "nie nadają się do nauk ścisłych" przypominam sobie egzamin z analizy matematycznej na czwartym roku studiów. Pan prowadzący, który był przypadkiem również dziekanem, dość regularnie "żartował" sobie: "Panowie muszą przyjść na egzamin przygotowani, panie niech zaś włożą krótkie spódniczki". Po niepewnym he-he z tej części sali, która czuła się w obowiązku przypodobać panu egzaminatorowi, rozochocony kontynuował: "Wszyscy wiemy, że kobiety nie są w stanie pojąć zawiłości matematyki wyższej, więc skoro wasze umysły nie zostały do tego przygotowane, to chociaż ładnie wyglądajcie".

Studentki były w tym momencie stawiane w szalenie przykrej sytuacji. Przed egzaminem żadna nie ośmieliłaby się poskarżyć na dziekana, osobę stojącą na pozycji o wiele wyższej. Po egzaminie zaś dziekan ciągle może mieć wpływ na ich dalszą karierę (w tym przypadku piąty rok studiów, na którym prowadził seminaria). Jedynym sposobem sprzeciwu, jaki przychodzi mi do głowy byłoby solidarne złożenie skargi przez wszystkich studentów i wszystkie studentki na roku; jednak tutaj na przeszkodzie staje utopijne założenie, że wszyscy studenci i wszystkie studentki obraziły wypowiedzi pana dziekana. Założenie owo było niestety fałszywe; część studentów i -- co ciekawe -- część studentek najzwyczajniej się z dziekanem zgadzała. Poza tym większość studentek stwierdzała, że jakoś przełkną obelgi pana dziekana, bo przecież chodzi o to, żeby zdać egzamin. Ciekawe, czy taka sama byłaby reakcja grupy, gdyby np. pani prowadząca zajęcia z równań różniczkowych zasugerowała, żeby studenci płci męskiej przyszli na egzamin roznegliżowani, jako, że "wiadomym jest, że mężczyźni myślą mniejszą główką i nie są w stanie pojąć zawiłości matematyki"?

Sami wyróbcie sobie zdanie na temat powyższej opowieści. Ja dodam tylko, że przyjaciółka, z którą pisałem pracę magisterską pod kierownictwem promotorki płci żeńskiej, właśnie kończy pracę nad doktoratem, po drodze publikując liczne sążniste artykuły w pismach fachowych. Pewnie nie słuchała, kiedy pan dziekan mówił, że jej umysł nie jest w stanie pojąć zawiłości matematyki. Pan dziekan, wedle moich wiadomości, co prawda nie jest już dziekanem, bo mu się znudziło, ale na uczelni pracuje nadal. Ben A. Barres "pisze, że odkąd zaczął zażywać testosteron, rzeczywiście rzadziej płacze. - To jedyna nabyta wraz z nową płcią cecha, jaką zauważyłem - zapewnia." Zaś autor artykułu w Gazecie, pan Rożek kończy swój tekst słowami: "cechy charakteru, uwarunkowania fizjologiczne czy kulturowe nakładają się na siebie i powodują, że intelektualne różnice pomiędzy kobietą i mężczyzną są niewielkie. I szkoda tylko, że tak często demonizowane." Strach myśleć, co miał na myśli, pisząc ostatnie zdanie.

PS. Oto link do fragmentu artykułu Jacka Żakowskiego o poprawności politycznej w najnowszej Polityce. Artykuł polecam czytać w całości, w wydaniu papierowym.

wtorek, lipca 11, 2006

Pani Kruk jest [......cenzura.......]

"Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji zapowiedziała dziś, że będzie monitorować reality show "Gej Armia", który od czwartku miał być emitowany w Polsacie. Stacja wycofała się jednak z planów emisji kontrowersyjnego programu po - jak twierdzi - skargach widzów. [...]

Przewodnicząca KRRiT Elżbieta Kruk w wydanym komunikacie poinformowała, że w związku z licznymi (ok. 150) skargami, jakie napływają do Rady w związku z zapowiedzią emisji "Gej Armii", będzie program monitorować.

KRRiT "przypomina, że audycje, reklamy i wszelkie inne przekazy (...) nie mogą to być audycje społecznie szkodliwe, które niekorzystnie wpływać będą na kształtowanie poglądów, postaw i wzorców zachowań" - podkreśliła przewodnicząca.

Przypomniała też, że "pokazywanie jakichkolwiek zachowań, które mogą mieć negatywny wpływ, nie tylko na widzów małoletnich (...), będzie wiązać się z odpowiedzialnością nadawcy".

Tymczasem okazało się, że również dzisiaj Polsat wycofał się z planów emisji reality show. Jak poinformowano w biurze prasowym stacji miało to związek z licznymi telefonami od widzów, "którzy byli oburzeni, widząc "Gej Armię" w zapowiedziach programowych"."

Proszę o wyjaśnienie następujących punktów wypowiedzi:
1. jak "widzowie" mogą protestować przeciw programowi, którego jeszcze się nie nadaje?
2. na czym polega niekorzystny wpływ na kształtowanie poglądów, postaw i wzorców zachowań programu "Gay Army"? Byłbym zachwycony, gdyby pani Kruk miała na myśli propagowanie negatywnego stereotypu żołnierza jako istoty kompletnie wyzbytej wrażliwości estetycznej, ale spodziewam się, że nie o to chodzi...
3. skoro "pokazywanie jakichkolwiek zachowań, które mogą mieć negatywny wpływ, nie tylko na widzów małoletnich (...), będzie wiązać się z odpowiedzialnością nadawcy", kiedy należy się spodziewać zakazu pokazywania scen przemocy w telewizji? Mogłoby to zwolnić ok. 5 godzin ramówki dziennie (znikają tzw. filmy akcji, wiadomości, reportaże o wojnach wszelakich oraz programy polityczne) i w tym czasie możnaby na przykład nadawać pasmo telezakupów.

Coś tu brzydko pachnie

"Czy jednodniowy zarodek jest człowiekiem? Tak - mówi 54 proc. Polaków. Nie - twierdzi jedna czwarta z nas. Reszta nie ma zdania [...] Warto jednak zwrócić uwagę na znaczny odsetek osób niezdecydowanych w naszym kraju. Podobnie jak Hiszpanie, Portugalczycy, Irlandczycy oraz mieszkańcy krajów bałtyckich, a w przeciwieństwie do Skandynawów, Belgów i Holendrów, a także wyjątkowo jednomyślnych Greków wielu z nas nie ma w tej sprawie wyrobionego poglądu. Jeszcze częściej odpowiedź "nie wiem" padała, gdy naukowcy spytali Polaków, czy popierają badania nad zarodkowymi komórkami macierzystymi. Zdania na ten temat nie miał prawie co trzeci pytany. Jakby gorący spór, który toczy się na świecie w tej sprawie, mało nas obchodził." Zastanawiam się, skąd też pytający (grupa socjologów z Londynu) oraz interpretujący dla GW (Andrzej Hołdys) wzięli przekonanie, że osoby z wykształceniem podstawowym wiedzą, co to jest "zarodkowa komórka macierzysta". Pod spodem komentarze: "metoda in vitro to ludobójstwo", "modyfikowany genetycznie pomidor zamiast popsuc sie po 5 dniach jak zwykły psuje sie po 15 dniach to tak jak z mlekiem w pudełku moze stac w lodówce pół roku. jesli ktos chce jesc gorzej niz pies to jego wola,ale ja ide na targ i kupuje swierze rano zerwane warzywa,jajka, mleko i ser a modyfikacje pozostawiam liberałom"

"Jarosław Kurski: W polskiej polityce zagranicznej katastrofa goni katastrofę. Anulowano wizytę prezydenta Kaczyńskiego w Wielkiej Brytanii. Potem była deklaracja Parlamentu Europejskiego wytykająca m.in. Polsce ksenofobię i nietolerancję. Ostatnio pochwała gen. Franco wygłoszona w PE przez Macieja Giertycha. Wreszcie afera z "Tageszeitung" i odwołanie szczytu weimarskiego.
Aleksander Smolar: Unikałbym tak dramatycznych słów jak katastrofa. Jak mawiał Talleyrand, "to co przesadne - jest bez znaczenia". Zachowajmy te słowa na czas prawdziwych katastrof." Pod spodem komentarze: "Drugi. I to będzie cały komentarz tego bełkotu", "Zgadza sie. Praktycznie kazde zdanie jest przeklamaniem i pelna obrona niemieckich interesow.", "Smolar jak zwykle smoli i to zaczyna smierdziec." Etc., etc.

"W tym tygodniu rozpoczyna się w Petersburgu szczyt G8 - siedmiu najbardziej uprzemysłowionych państw świata i Rosji. Europejczyków czeka delikatne zadanie: muszą wykonać gest, który zrównoważy ich politykę wobec Moskwy. Czy ma to być sygnał zaufania do odzyskującego siły mocarstwa, którego bogactwa energetyczne mają dla nas zasadnicze znaczenie, czy też raczej gest dystansu wobec reżimu, który coraz wyraźniej daje upust swoim autorytarnym skłonnościom?" Komentarze: "potrzebne jest nagle, druzgocace bombardowanie kacapobolszewi przez USA, atomowe oczywiscie", "rola eurokołchozu dobiega konca. Eurokolchoz spelnil, jak niektorym sie wydaje, swoje zadanie i zaczyna byc nie potrzebny. jakos dziwnie nikt z felietonistow i znawcow UE nie chce czy nie moze zauwazyc ze istnieje pewna korelacja w UE; wiecej Niemiec wiecej w Europie Rosji w Europie. Czyzby G.Ash i inni mieli klapki na oczach."

To są oczywiście tylko pojedyncze, wybrane spośród pierwszych kilku komentarze -- bynajmniej nie te najpaskudniejsze. Powstało już kilka prac magisterskich i licencjackich na temat zjawiska komentatora internetowego. Komentator internetowy wierzy w swoją anonimowość: "w internecie nikt nie widzi, że jesteś psem". Niektórzy mają zwyczaj wskakiwania na dowolne forum, bluzgania bez opamiętania na dowolny temat, na ogół kompletnie nieznany (patrz komentarze do rozmowy z Aleksandrem Smolarem) i oddalania się w nieznanym kierunku. Inni lubią zarzucać rozmówcy, że powiedział coś, czego jako żywo nie powiedział i domagać się wyjaśnień. Kolejni dowartościowują się przez obrażanie autorów artykułów (tu znowu patrz komentarze do rozmowy z Aleksandrem Smolarem). Inni próbują być "kontrowersyjni", przez co rozumieją pisanie nieskoordynowanych bredni, często niezwiązanych z tematem artykułu. Na koniec pozostają komentatorzy niepoprawni politycznie.

Poprawność polityczna to takie zabawne pojęcie, które w Polsce postrzega się jako narzędzie tortur, nieco podobne do knebla. Pisanie rzeczy niepoprawnych politycznie (np. o "kacapobolszewi" lub "nielubieniu gejów") to w Polsce akt odwagi, akt heroicznego protestu przeciw kajdanom cenzury lewactwa. Wojciech Wierzejski, który w cywilizowanym kraju byłby w najlepszym razie kompletnie ignorowany, zaś najprawdopodobniej byłby obiektem śledztwa za podżeganie do przemocy, jest w Polsce idolem ludzi niepoprawnych politycznie, ponieważ "ma odwagę" występować przeciw "światowemu lobby pedalskiemu". Odwaga wyrażana w występowaniu przeciw opresjonowanej mniejszości to zaiste nowy, ciekawy rodzaj odwagi. Tak więc odważny, niepoprawny politycznie komentator (w skrócie ONPK) pisze o Gazecie Wyborczej "GWno" lub "Wyborczy szmatławiec", do osób niezgadzających się z nim mówi "żydówo" lub "geju j*bany". ONPK jest kompletnie odporny na logiczne argumenty -- zresztą na ogół się z nimi w ogóle nie zapoznaje, bo to "bełkot" i "histeria".

Dla mnie natomiast poprawność polityczna to taki rodzaj dobrego wychowania, narzucanego odgórnie. Nikt nie zabrania posłowi Wierzejskiemu rzucania dowolnych klątw na dewiantów w zaciszu domowym; niech sobie nawet poseł zaprosi kolegów z MW i razem z nimi oddaje się lekturze Szczerbca. Jednak wygłaszanie tekstów homofobicznych publicznie poprawność polityczna nakazuje traktować jak uporczywe puszczanie bąków w eleganckim towarzystwie; najpierw się takiego kogoś ignoruje, potem po cichu zapytuje, czy aby nie powinien się wybrać do gastrologa, w końcu uprzejmie, lecz stanowczo wyprasza z pokoju. Osoba, która po wyproszeniu za puszczanie bąków awanturuje się i żąda, aby natychmiast wpuszczono ją z powrotem na przyjęcie, bo jeszcze ma trochę gazów w zanadrzu bywa odprowadzana przez policję; jednak w krajach cywilizowanych na ogół już po pierwszym lub drugim pierdnięciu taka osoba przeprasza i obiecuje, że ograniczy swoje erupcje gastryczne do zacisza domowego. Jeśli natomiast wzorem Polski osoba pierdząca jest zapraszana do szczytu stołu, aby jej eksplozje gastryczne było słychać lepiej, nie ma się co dziwić temu, że kolejni goście zaczynają bekać, drapać się po jądrach, opowiadać plugawe dowcipy, a zdarza się i kupa na środku pokoju.

PS. "Miłość nie powinna szokować. Szkoda, że tak się dzieje, gdy łączy kobietę z kobietą i mężczyznę z mężczyzną..." Komentarze czytajcie sobie sami.

poniedziałek, lipca 10, 2006

Biedny minister Ziobro

Strasznie dużo będzie miał do wystawienia europejskich nakazów ścigania. Co gorsza nie tylko europejskich (rzekomo New York Times również dołącza się do furiackich ataków). I skąd ministra Fotyga weźmie wystarczająco urodziwe obelgi, chciałem powiedzieć: porównania, aby opisać gazety, które piszą tak:

"Polska, przedsiębiorstwo rodzinne"

"Tak samo konserwatywni, jak identyczni fizycznie 57-letni Jarosław i Lech Kaczyńscy przejmują całą władzę" - pisze "Liberation". Dodaje, że niespodziewane objęcie funkcji premiera przez Jarosława Kaczyńskiego w sytuacji, kiedy prezydentem jest Lech, "czyni Polskę jeszcze bardziej nieprzewidywalną i jeszcze bardziej izolowaną na scenie europejskiej".

"Został zmieniony jak stara, zużyta rękawiczka w momencie, kiedy Jarosław Kaczyński zdecydował, że nie pozwoli już nikomu wznieść się ponad siebie"

Prasa francuska pisze, że Jarosław Kaczyński w osiem miesięcy po tym, jak jego brat został prezydentem, łamie wyborczą obietnicę i staje na czele rządu. "Ale w Polsce, jak wszędzie indziej, obietnice obowiązują tylko tych, którzy w nie wierzą" - pisze "Liberation".

"Spełnia się marzenie z dzieciństwa dwóch bliźniaków", którzy w wieku 12 lat zagrali w filmie "O dwóch takich co ukradli księżyc" - konkluduje dziennik.

"Frankfurter Allgemeine Zeitung" nazwał odejście Kazimierza Marcinkiewicza "królewskim dramatem", który rozgrywał się za fasadą "barokowych formułek pożegnalnych".

"Bracia Kaczyńscy podzielili władzę między sobą" - napisał komentator wydawanej w Berlinie gazety "Berliner Zeitung". Charakteryzując Jarosława Kaczyńskiego, autor określa go m.in. mianem "samowładczego" i "odpornego na rady".

"Stosunki z Polską staną się po tej roszadzie jeszcze trudniejsze" - ocenia "Berliner Zeitung". "Kaczyńscy, którzy na arenie międzynarodowej tak bardzo obstają przy suwerenności Polski, sami działają niesuwerennie" - uważa komentator. Dowodem na to jest, jego zdaniem, "graniczące z manią prześladowczą" oburzenie na satyrę, która ukazała się w berlińskiej "Tageszeitung".

"Jarosław Kaczyński nie ma żadnego doświadczenia ani w pracy rządowej, ani na parkiecie międzynarodowym. I widocznie obaj (bracia) nie mają w swoim otoczeniu nikogo, kto chroniłby ich przed kompromitującymi wystąpieniami, jak w sporze o satyrę" - czytamy.

"W tej parze (braci) - wyjaśnia dziennik swoim czytelnikom - strategiem jest Jarosław Kaczyński". "Chce on konsolidować władzę, aby zbudować wokół siebie wielką partię prawicową i powołać IV Rzeczpospolitą, z własną konstytucją" - pisze gazeta, zauważając, że "w swoim obozie bracia Kaczyńscy mają całkowite poparcie".

"Wszyscy, którzy po stronie opozycji nie zgadzają się z tym projektem, są oskarżani o kryptokomunizm" - dodaje "La Libre Belgique". Ocenia, że wraz z tą zmianą "Polska staje się jeszcze bardziej nieprzewidywalna i izolowana na scenie europejskiej".

"W Polsce, podobnie jak gdzie indziej, obietnice zobowiązują tylko tych, którzy ich słuchają" - zauważa "La Libre Belgique".

"Uważamy, że reakcja rządu polskiego domagającego się przeprosin od rządu niemieckiego za zwykły artykuł satyryczny na temat prezydenta Lecha Kaczyńskiego jest skandaliczna i nieproporcjonalna. Wypowiedzi prezydenta przeciwko niemieckiej gazecie, która opublikowała artykuł, są niegodne szefa europejskiego państwa, które chce szanować wolność prasy" – napisali w oświadczeniu Reporterzy bez Granic. Ich zdaniem polska dyplomacja została zmobilizowana do obrzucania inwektywami niemieckiej prasy i domagania się sankcji wobec dziennikarzy."

Z innych ciekawostek:

"Już w sobotni wieczór podczas mszy powitalnej bp Ignacy Dec, niepokojąc się o laicyzację Europy, nawiązał do mediów kierowanych przez o. Rydzyka: - Owo antychrześcijańskie nastawienie niektórych władców dzisiejszej Europy przejawia się wyraźnie w promowaniu aborcji, eutanazji, małżeństw homoseksualnych, ruchów feministycznych, a ostatnio ujawniło się to w agresywnym ataku na Polskę, w tym na Radio Maryja i Telewizję Trwam - powiedział [bp Ignacy Dec]." Wojna będzie?

"W najbliższych tygodniach Telewizja Polska złoży w KRRiT wniosek o koncesję na kanał TVP Historia. Pomysłodawcą stacji jest historyk Artur Dmochowski. [...] Będziemy się koncentrować na historii Polski. Priorytetem programowym tego kanału ma być odkłamywanie historii naszego kraju – mówi Dmochowski." Ciekawe, czy oglądanie będzie obowiązkowe?

niedziela, lipca 09, 2006

O dowcipnym homofobie

Dzisiaj notka krótka, pod wpływem chwili, a i potrzeby powstała.

Oliveira o poranku ma zwyczaj klikać. Przeklikuje się przez RSSy, odczytuje nowe notki, czasem klika i w komentujących, dzięki czemu poznaje nowe, ciekawe osoby, albo i nowe, nieciekawe osoby. Tym razem Oliveira kliknął w komentującego u Malkontentki harrego122, przeczytał bajkę o upałach, uśmiechnął się pod nosem, po czym odkrył, że pod spodem mieszka notka pt. "LESBIJKI I GEJE czyli Czy Misiek jest tolerancyjny?"

Misiek na pięć paragrafów rozwleka się o farbie i liberalizmie, aby pod koniec rzucić zdaniem tak niezwykle typowym, że zgroza ogarnia na myśl, że autor uważa, że napisał coś oryginalnego: "Nie lubię gejów, bo jedni są dla mnie zbyt zniewieściali, a inni zbyt niebezpieczni … heheh (nie lubię być podrywany przez mężczyzn), ale bardzo lubię lesbijki." Tak tak owieczki moje i baranki. To stwierdzenie jest dla autora dowodem na to, że jest osobą niezwykle wręcz tolerancyjną, wszak on gejów tylko "nie lubi". Co z tego, że jak mniemam większości z nich, w tym mnie, nigdy nie spotkał. On mnie już nie lubi, ponieważ albo jestem zbyt zniewieściały, albo go podrywam.

Zadziwiające jest niezwykle dobre zdanie, jakie mają o sobie heteroseksualiści, głęboko przekonani, że marzeniem przeciętnego geja jest natychmiastowe odbycie z nimi stosunku seksualnego. Pielęgnują w sobie to dość specyficzne -- aczkolwiek Freud byłby zachwycony -- marzenie i panowie noszący skarpety frotte do sandałów, i ci, którzy wracając z pracy na budowie nie myją się, bo przecież jutro też się spocą. Ci, którzy w okularach grubości całej butelki, a nie tylko jej dna przekopują się przez teczki w IPN i ci, którzy obejmują i poklepują swoich półnagich kolegów, zachwyceni wynikiem gry, która polega na tym, że 22 spoconych, umięśnionych mężczyzn robi różne rzeczy, aby piłka wpadła do bramki, co będą mogli uczcić rundą macanek, klepania po tyłku oraz rzucania się na siebie bez opamiętania. Ci, którzy nigdy nawet nie mieli możliwości powąchać kobiety w okolicznościach innych, niż tłok w autobusie i ci, którzy od 30 lat są żonaci z Mariolą Klempą z miejscowości Psztymuclowo Mniejsze. Co im tam lustro! Co im tam mydło lub siłownia! Przecież we wnętrzu tego nieatrakcyjnego cielska siedzi heteryk, a to dla geja jak elektromagnes.

Z bólem donoszę, że my geje niestety nie podzielamy tego poglądu. Oczywiście, zdarzają nam się pomyłki -- bywamy desperatami, niektórzy z nas miewają nader dziwny gust -- ale tak en masse heteroseksualiści są dla nas atrakcyjni prawie tak, jak krowy na łące. Pominę te skarpety do sandałów, "dezodorant to jest dla gejów" i zadziwiające schorzenie, objawiające się brakiem karku i plamami potu nawet na świeżo założonej koszulce -- ale kto przy zdrowych zmysłach chciałby się zadawać z kimś, kto jest tak niesamowitym narcyzem, że uważa, że marzeniem każdego geja jest podrywanie go? (Wyłączam oczywiście egzemplarze typu pan Zakościelny, które uważają, że marzeniem wszystkich istot na świecie, włączając w to zakonnice, Rodzinę Radia Maryja tudzież niemowlęta jest podrywanie ich.)

No i na koniec o lesbijkach: drogi Miśku. Tu już zwracam się do Ciebie wprost. Proszę, nie pomyśl, że to oznacza, że chcę z Tobą odbyć stosunek seksualny. Otóż lesbijki to są takie kobiety, które nie są zainteresowane mężczyznami jako obiektem seksualnym. Nawet Tobą. Panie, które widujesz w filmach -- te, które całują się i pieszczą, aby być jeszcze bardziej rozpalone, kiedy nadejdzie mężczyzna -- to po prostu żadne lesbijki. Myślę, że te "prawdziwe" lesbijki w dużej części Twoja "sympatia" obraża, ponieważ wiedzą, że wypływa z faktu, że kiedy o nich myślisz, drżą Ci ręce i zaczynają się pocić.

Zresztą Twój brak sympatii wobec mnie, geja wypływa z podobnych pobudek. Jak piszesz w komentarzu do notki kawałek dalej, "NIE LUBIĘ BYĆ PODRYWANY PRZEZ MĘŻCZYZN!!!! a tojest dla mnie niebezpieczne, boje sie tego :))))))))" Ależ Miśku! Mnie mogłaby kobieta podrywać dowolnie długo, a bałbym się najwyżej, że biedactwo się spoci z nerwów. Ale ja, widzisz, jestem pewien swojej orientacji seksualnej. A Ty nie?

Nigdy Cię nie spotkałem. Nie wiem, jak wyglądasz, być może jesteś wspaniale zbudowanym, wytatuowanym, długowłosym brodaczem o przepastnych oczach. Może podjechałbyś pod moje okno swoim ogromnym motocyklem, przyodziany w skórzane ciuchy, zdjąłbyś hełm i zatopił swe przepastne spojrzenie w moich oczętach. W takim przypadku bądź uprzejmy od razu powiedzieć, że jedzie Misiek, abym przypadkiem nie zaczął Cię podrywać.

piątek, lipca 07, 2006

Fotel premiera - odzyskany! ADDENDUM

Yes yes yes! Łże-premier, członek Układu i Stolika, odbywający nielegalne spotkania z przywódcą komuny, niejakim Tuskiem, podał się do dymisji. (Czytaj: Jarosław podał go do dymisji.) Jakie nowe, zabawne rozwiązania zobaczymy w następnym odcinku serialu komediowego pt. Ewolucja Moralna? Czy będzie to rozpad PiS na P i S? Czy Marcinkiewicz wstąpi do organizacji przestępczej Platforma Obynietuska? Co Wielcy Bracia odzyskają w następnej kolejności -- może ministerstwo reedukacji? Ja już nie mogę się doczekać, a Wy?

ADDENDUM: Tomku Ł. -- mówisz i masz!

"Nieoficjalnie niektórzy z działaczy PiS-u mówią, że może nastąpić także zmiana na stanowisku szefa resortu zdrowia. Ministra Zbigniewa Religę miałby zastąpić wiceminister zdrowia Bolesław Piecha - twórca programu zdrowotnego PiS-u."

czwartek, lipca 06, 2006

How to be invisible

Kiedyś, dawno, dawno temu, kiedy naszym krajem nie rządzili jeszcze obrażalscy i nie mieliśmy wicepremiera przestępcy, na portalu Gejowo odbyła się sonda, dotycząca preferencji politycznych. Gdyby sami geje (lesbijek na Gejowie nie widuję) wybierali sejm, mielibyśmy w Sejmie SdPl, PO, Demokratów, SLD, PPP oraz... PiS. A warto zwrócić uwagę na to, że sondaż odbył się na portalu internetowym, co oznacza, że ankietowanymi byli internauci -- z dużym prawdopodobieństwem można stwierdzić, że preferowany był elektorat wielkomiejski, wykształcony, o wysokich zarobkach.

Wbrew uroczym dykteryjkom rządzącego Układu (krótsze i lepiej brzmi niż "Koalicja socjalistyczno-katolicko-rolnicza", prawdaż?) nie wszyscy homoseksualiści chadzają na parady, przyczepiają sobie regularnie do czoła sztuczne członki oraz marzą o obaleniu burżuazyjnej instytucji łże-małżeństwa. O zgrozo! Niektórzy nie posiadają nawet ani jednej sukienki, nie mówiąc o torebce oraz puderniczce! Co gorsza, wśród homoseksualistów są również kobiety płci odmiennej -- i bynajmniej nie uprawiają seksu z mężczyznami 4,5 raza częściej, niż kobiety heteroseksualne, cokolwiek sądzi na ten temat John Diggs, autorytet księdza Oko.

Osoby homoseksualne nie posiadają gremialnie, wbrew temu, co się mylnie przyjęło uważać, poglądów hiper-lewicowych, anarchistycznych, socjalistycznych ani, tak naprawdę, żadnych innych. Homoseksualizm nie powoduje rozrostu partii mózgu odpowiedzialnych za lewicowość, liberalizm ani -- niestety -- nawet wzrostu inteligencji. Nie istnieje coś takiego, jak "typowy homoseksualista". Wojciech Wierzejski uważa, że typowy homoseksualista to pedofil w sukience, palący marihuanę i od niechcenia dokonujący licznych aborcji. Kampania Przeciw Homofobii skontrowała (bez większego powodzenia, a jednocześnie z ogromnym sukcesem) plakatami, na których pojawili się tzw. zwykli ludzie, ubrani w zimowe ciuchy, trzymający się za ręce w parku. Gdzie leży prawda? Wszędzie i nigdzie -- i bynajmniej nie pośrodku. Umiecie opisać typowego heteroseksualistę?

Kiedyś, dawno, pisałem już -- i teraz się powtórzę: obawiam się, że jestem kompletnie nudnym drobnomieszczaninem. Moim marzeniem było od zawsze mieć mały, biały domek w małym miasteczku, mieszkać w domku z mężem, ja hodowałbym nasturcje, a on pelargonie (lub odwrotnie). Mielibyśmy psa i kota, które oczywiście żyłyby ze sobą w idealnym pokoju; wieczorami wychodzilibyśmy na spacer z naszymi zwierzakami, lub spotykalibyśmy się z sąsiadami. Heteroseksualista, przyznający się do takich marzeń zostałby wyśmiany i określony mianem beznadziejnego, wyzbytego męskości pantoflarza. (Cioty?) Ponieważ jednak nie jestem heteroseksualistą, jestem oskarżany o lewactwo, ekstremizm, próby wzniecenia rewolucji, burzenia tradycji oraz świętej instytucji rodziny.

Po pierwsze primo, chciałbym, abyśmy mogli mieszkać w małym miasteczku. W małych miasteczkach ludzie na ogół się znają, im mniejsze miasteczko, tym lepiej. Mieszkające razem kobiety nie wzbudzają podejrzeń (jak wiadomo, lesbijki nie istnieją) -- pewnie kuzynki, albo i przyjaciółki, co to zresztą kogo obchodzi, jeśli ładne, to się podrywa, jeśli nieładne (czyli na przykład nieumalowane i bez głębokich dekoltów) -- się ignoruje i uznaje za stare panny. Mieszkający razem mężczyźni w wieku między 25 a 50 MUSZĄ wzbudzić podejrzenia, jeśli nie są wystarczająco regularnie widywani z dziewczynami. Nie mówię tu o tak oburzającym afiszowaniu się ze swoją orientacją seksualną, jak np. określenie nieobecnego partnera mianem "męża" w obecności listonosza, lub trzymaniu się za ręce podczas spaceru; sam fakt, że dwaj mężczyźni, niebędący duchownymi ani krewnymi mieliby razem mieszkać jest w IV, a nawet III RP absolutnie niedozwolony. Chłop z kobitką jest i basta.

Po drugie primo, chciałbym mieszkać z MĘŻEM. Nie z "bratem", "kuzynem", "współlokatorem" ani nawet -- tu już budzą się podejrzenia "przyjacielem", tylko z mężem. Wierzę w tak zwane stałe związki, nie interesuje mnie życie metodą z kwiatka na kwiatek, jestem nudny, małomiasteczkowy i konserwatywny. Chcę mieć męża.

Tak naprawdę reszty wizji nie muszę już opisywać. Jak wygląda życie geja w małym mieście, ciężko mi myśleć, bo wiem, jak wygląda w dużym; pewnego żeru dla wyobraźni daje opowieść Tomka z Łeby, który był jednym ze sfotografowanych w ramach akcji "Niech nas zobaczą". Jednak i w dużym mieście nie jest wcale tak przyjemnie, jak by chciał premier Marcinkiewicz. To w Warszawie został pobity mój eks, to w Warszawie zostaliśmy obrzuceni puszkami z piwem, to w Krakowie obrzucono nas z daleka kawałkami drewna; wszystkie te trzy wypadki spowodowane były ostentacyjnym obnoszeniem się z orientacją seksualną. Co konkretnie robiliśmy? Trzymaliśmy się za ręce.

Co robią w Polsce geje, lesbijki, biseksualiści? Próbują jakoś żyć; tylko tyle i aż tyle. Niektórzy cierpią dodatkowo w związku z brzemieniem katolicyzmu; tym współczuję najgoręcej. Już wytłumaczenie samemu sobie, że orientacja seksualna jest sprawą drugorzędną, a uczucia nie powinny być okazywane okupione jest niezwykłą ekwilibrystyką umysłową -- lesbijka, która w domu ma żonę, na poczcie kuzynkę, a wszędzie jest traktowana "tak jak wszyscy" pod warunkiem, że zachowuje się "tak jak wszyscy" wcale nie jest rzadkim przypadkiem. Rzekłbym, że takich osób jest w Polsce zdecydowana większość; nie potrzebują prawa spadkowego, bo na pewno rodzina się zrzeknie zachowku, a poza tym na razie żyją. Nie potrzebują okazywać uczuć, bo uczucia to sprawa intymna. Nie potrzebują trzymać się za ręce, bo przecież jest tyle ważniejszych rzeczy w ich związku. Nie potrzebują wspólnego opodatkowania, bo przecież zaoszczędza się na nim nędzne grosze. Nie potrzebują prawa do adopcji, bo przecież społeczeństwo jest takie nietolerancyjne, że zaszczułoby dzidziusia. (Co absolutnie nie kłóci się z tym, że osoby, o których piszę, czują się traktowane na równi ze wszystkimi i nie zauważają żadnej nietolerancji.) Nie potrzebują prawa do decydowania o terapii partnera, bo przecież partner jest zdrowy. I tak dalej.

Dołączenie do tego samoprogramowania modułu "wiara katolicka" powoduje rzeczy niezwykłe. Niektórzy uznają, że z bliżej nieznanych powodów niektóre z nakazów i zakazów ich religii (np. te mówiące o seksie pozamałżeńskim) są mniej ważne, niż pozostałe. Kiedy ksiądz z zapałem zwalcza pedała z wyżyny ambony, myślą, że to przecież nie o nich chodzi, bo oni się nie afiszują. Przy spowiedzi nie wspominają o swoim związku, bo nie czują się w nim grzeszni, chociaż Kościół zupełnie nie ma w planach zmiany aktualnego poglądu na homoseksualizm -- grzech i tyle, chyba, że żyje się w czystości. A oni przecież żyją w czystości prawie przez cały czas! Za wyjątkiem tych krótkich okresów od początku do końca stosunku.

Najciekawszym, z mojego punktu widzenia, gatunkiem jest gatunek Geja Konserwowego. Gej Konserwowy gorąco zwalcza instytucję związków rejestrowanych oraz małżeństw osób homoseksualnych, jako, że Tradycja i Moralność wyznaczają definicję małżeństwa jako związku mężczyzny i kobiety. Adopcja absolutnie nie leży w obszarze zainteresowań Konserwowego, który otrząsa się ze wstrętem na myśl o oddaniu dzieci w ręce dewiantów. Konserwowy z zapałem zwalcza wszelkie inicjatywy, mające na celu poszerzenie praw osób homoseksualnych; w wyborach głosuje na partie, które gejów i lesbijki określają mianem dewiantów i budują swoją tożsamość na wspieraniu Świętej Instytucji Rodziny. Parady gejowskie uważa za ohydne i szkodliwe, publiczne okazywanie uczuć -- za wstrętne, zaś drag queen najchętniej potraktowaliby wysokim napięciem, aż im się peruki sfajczą. Co nie przeszkadza im samym w regularnych zmianach partnerów, świetnej zabawie w klubach gejowskich, łącznie z tymi, gdzie występują drag queen oraz w uprawianiu dokładnie tych form seksu, jakie ich reprezentanci w Sejmie najchętniej by karali śmiercią lub kalectwem.

Konserwowy bowiem postrzega siebie jako zupełnie odrębny gatunek; jak to kiedyś ujął mój dawny współlokator, jest on "żaden gej, normalny człowiek, tyle, że sypia z facetami". Konserwowy jest jak Ludwik Dorn, który w ramach rewolucji moralnej posiada żonę i kochankę, tudzież Anna Sobecka, która z sejmowej mównicy grzmi, że miejsce kobiety jest w domu, przy kuchni. Dla Konserwowego istnieją dwa podzbiory gatunku ludzkiego: on sam oraz bydło (wszyscy pozostali). Jeśli jest w wyjątkowo dobrym humorze, do pierwszego podzbioru dolicza swojego aktualnego partnera, ale zawsze warunkowo.

Konserwowi trafiają się również wśród... działaczy gejowskich. Do historii ruchów LGTB powinien przejść wywiad, w którym Marzena Chińcz subtelnie strofuje działaczy Lambdy i KPH za to, że wypowiadają się w imieniu wszystkich homoseksualistów, po czym stwierdza, że osoby homoseksualne wcale nie chcą adoptować dzieci. Robert Biedroń dla odmiany uznaje, że jeśli on nie organizuje Marszu Tolerancji, to nikt inny nie ma do tego prawa, ponieważ uraża uczucia Biedronia. Gdzie polski OutRage!? Gdzie outing polityków? Zapewne tam, gdzie polska lewica niepostkomunistyczna, czyli w dalekiej przyszłości.

Jak wspomniałem, nie mam zupełnie chęci bycia bojownikiem, nie mam w planach palenia kościołów, nie spluwam na widok par małżeńskich. Natomiast nie planuję nigdy więcej w życiu ani klecić misternych bredni pod tytułem "dlaczego uważam, że nie należy się afiszować swoimi uczuciami" -- ciekawe, ilu heteroseksualistów nie przyznaje się, że posiada małżonka płci odmiennej, ilu mężczyzn hetero podczas spaceru w parku trzyma partnerkę na dystans trzech kroków, aby nie gorszyć maluczkich swoją orientacją? -- ani zadowalać się "tolerancją", która polega na tym, że dopóki moją miłość, intymność i seksualność trzymam w granicach mojego malutkiego getta o nazwie "Utopia", "Tomba Tomba" albo "moje mieszkanie", nie powinienem się obawiać, że zostanę pobity. A przynajmniej nie za bardzo. Jednak aby osiągnąć etap, na którym osoby homoseksualne i osoby heteroseksualne mają te same prawa, trzeba najpierw osiągnąć etap, na którym same osoby homoseksualne zrozumieją, że ani komunizm sam się nie obalił, ani kobiety nie dostały praw wyborczych w prezencie od skruszonych mężczyzn, ani też sankcjonowany prawnie rasizm w Stanach Zjednoczonych nie skończył się dlatego, że biali pewnego dnia doszli drogą przemyśleń do wniosku, że mają za dużo. Polscy homoseksualiści w zdecydowanej większości uważają, że prawo do związków rejestrowanych to może nawet im się należy, ale ma do nich przyjść samo, a oni wtedy trochę powybrzydzają, wykrzywią usta z niechęcią, że niewystarczająco się postarano, aż łaskawie je przyjmą. A na razie będą sobie żyć po kryjomu, w biernym oporze wobec prób zmiany status quo, bez nalepek na czołach, niedyskryminowani tak długo, jak długo nikt nie zdaje sobie sprawy z ich obecności.

PS. Zainspirowane scenami dantejskimi, jakie obejrzeliśmy dziś z Szacownym w sklepie: drogi czytelniku, droga czytelniczko -- zanim następnym razem pomyślisz lub powiesz cokolwiek o "obnoszeniu się ze swoją orientacją", zwróć uwagę na pary heteroseksualne, które wykraczają z pieszczotami i pocałunkami w publicznych miejscach daleko poza trzymanie się za ręce; spójrz na obrączki na palcach; na huczne wesela, na kobiety w ciąży zupełnie nie usiłujące maskować faktu, iż uprawiają seks z mężczyznami płci odmiennej; na plakaty, reklamy i filmy, pełne uśmiechniętych par. Przypomnij sobie plakaty, na których Lech Kaczyński, który uważa orientację seksualną za sprawę intymną, pojawia się z żoną i dzieckiem. To też jest ostentacyjne obnoszenie się z orientacją seksualną. Bo heteroseksualizm, choć może trudno Ci w to uwierzyć, to również orientacja seksualna. Są tacy, co twierdzą, że nie gorsza, niż pozostałe.

wtorek, lipca 04, 2006

O znieważonej głowie państwa, czyli -- o ćo chodzi jakby?

Przeczytałem kilka dni temu na interii o tym, jak to Niemcy znieważają głowę naszego państwa. Nazywają prezydenta kartoflem i atakują matkę braci Kaczyńskich. Muszę przyznać, że jak tych panów nie znoszę, tak poczułem ukłucie; to jednak, bądź co bądź, prezydent, a nie zamiatacz ulic. Pewnych rzeczy się o prezydencie nie pisze.

Jednak dzisiaj przeczytałem artykuł, o którym mowa na Interii, który premier nazywa "obrzydliwym" i za którego publikację na stronach MSZ, gdzie mają trafiać z założenia wszystkie artykuły o Polsce drukowane w zagranicznej prasie, stracił pracę Paweł Dobrowolski, dyrektor Departamentu Systemu Informacji. Oto, co NAPRAWDĘ napisano w Tageszeitung.

Po pierwsze, ani prezydent, ani jego brat nie są nazywani "kartoflami". Słowo to pojawia się w tytule ("Młody polski kartofel" lub wg drugiego tłumaczenia "Nowy") oraz raz w treści, w zdaniu brzmiącym "Prawy Jarosław zagarnął dla siebie w 2005 r. podczas wyborów do parlamentu największego kartofla". Szczerze mówiąc, nawet gdyby zdanie to napisano o mnie, nie byłbym w stanie znaleźć w nim niczego obraźliwego. Podobnie w tytule -- trudno mi zinterpretować, co autor miał na myśli, domyślam się, że chodzi o jakiś nieznany mi idiom. Jeśli już miałbym się poczuć urażony, to drugą częścią tytułu, "Złodziejaszki, co chcą zawładnąć światem". To prawda, że zagrali w tym nieszczęsnym filmie, jednak nie chodziło tam o zawładnięcie światem, tylko o kradzież księżyca, tak samo teraz Lech Kaczyński nie wybiera się chyba na stanowisko władcy świata, ponieważ takie nie istnieje. Tak więc za określenie "złodziejaszki" należy się minus, zakładając, że autor nie użył słowa, które tłumaczy się na kilka sposobów, a ten akurat nie jest właściwym. (Według artykułu o reakcji Marcinkiewicza wyraz ten to "dranie".)

Po drugie, przy najlepszych chęciach nie mogę się dopatrzeć "ataku na matkę prezydenta". Matka owa pojawia się w ostatnim zdaniu artykułu, które brzmi "Lech zabronił mężczyznom w Warszawie paradować z gołymi tyłkami, Jarosław zaś mieszka z własną matką, ale przynajmniej bez ślubu." Jako żywo, nie widzę tu ataku na Jadwigę Kaczyńską. Sformułowanie "przynajmniej bez ślubu" może ewentualnie sugerować, że autor dopatruje się związku kazirodczego i z przekąsem zauważa, że związek ów nie został zalegalizowany, niemniej jednak czego by autor nie sugerował i czego byśmy się nie dopatrywali, na pewno nie chodzi tu o atak na Jadwigę Kaczyńską, a co najwyżej na Jarosława Kaczyńskiego, któremu fakt zamieszkiwania z mamą i kotem nie przeszkadza w byciu piewcą wielodzietności, związków małżeńskich oraz zwracania uwagi homoseksualistom, że ich niezrozumiała niechęć do "leczenia się" zaniża przyrost naturalny.

O czym ten artykuł tak naprawdę jest? Tak naprawdę artykuł w sposób, nie przeczę, dość niewybredny wyśmiewa dziwaczny pogląd prezydenta oraz jego świty, że można Niemców obrażać, traktować per noga, popełniać niezliczone gafy i spodziewać się, że padną oni na kolana i zawiodą pieśń dziękczynną wzorem polskich gejów, którzy przecież nie mogą narzekać na dyskryminację, jako, że prawo polskie nie nakazuje ich zabijania. Tak więc polski rząd z jednej strony prezentuje politykę "silnej ręki", ogłaszając, że Niemcy nie mają prawa dogadywać się w sprawie gazociągu, żądając, aby Unia zrezygnowała z używania wyrazów typu "homofobia" bo należą one do słownika międzynarodowego lewactwa oraz zakazując Niemcom wtrącania się w "prywatne sprawy Polski", walcząc z Eriką Steinbach i jej Centrum, czy też sporządzając analizy zniszczeń powojennych w Warszawie, aby w razie czego móc Niemcom podetknąć papier, na którym stoi, że są nam winni 54 mld dolarów. Z drugiej strony oczekujemy, że Niemcy będą dla nas nieskalanie uprzejmi, lekką rączką wysupłają te 54 mld dolarów, a Angela Merkel będzie skakać, jak jej Lech Kaczyński zagra. Ukłucie dyplomacji brytyjskiej w postaci odwołanego spotkania pozostało niezauważone i niezrozumiane; "Tageszeitung" dyplomacją nie jest, jest bulwarówką; nie jest też oficjalnym organem rządowym i może sobie pozwolić na pisanie otwartym językiem.

Jaka jest reakcja naszych oficjeli? Standardowa, wykształcona w przepychankach z PO: artykuł jest obrzydliwy, reakcja nieodzowna, sytuacja zadziwiająca i niedopuszczalna. Kancelaria prezydenta oczekuje reakcji władz niemieckich oraz wyrażenia krytyki. "Zarówno poprzez ambasadę, jak i ja bezpośrednio jestem w kontakcie z osobami z otoczenia kanclerz Niemiec Angeli Merkel. Przekazaliśmy, opisaliśmy nasze stanowisko i reakcję na ten artykuł: zdziwienie, oburzenie i zniesmaczenie" - powiedział podsekretarz stanu, Andrzej Krawczyk. Jest to spektakl głęboko żenujący. Oto Polska znowu daje pokaz kompletnej dyplomatycznej ignorancji, nakazując niemieckiemu rządowi cenzurowanie wolnej prasy. Czy wyobrażacie sobie, jak Angela Merkel żąda od polskiego rządu przeprosin i tłumaczeń za artykuł w "Super Expressie"? Z artykułu w "Tageszeitung" robi się ogromną sprawę i porusza niebo i ziemię, jakby -- cóż -- było warto. Co da nam prezentacja urażonej dumy i bezsensowne żądania samokrytyki od władz niemieckich? Nic, co najwyżej utrwali obraz Polski i jej prezydenta dokładnie taki, jak przedstawiony w artykule. Jest to kolejne -- po wysłaniu listu protestacyjnego do Parlamentu Europejskiego -- działanie samobójcze; oto kiedy zwraca nam się uwagę na nasze wady, nie próbujemy ich zmienić, tylko żądamy, aby natychmiast zaprzestano zwracania nam uwagi oraz stwierdzamy butnie, że jesteśmy idealni.

Jaka reakcja na artykuł byłaby właściwa? Należało zaczekać, aż media same się tym artykułem zainteresują, po czym -- gdyby dziennikarze nalegali na komentarz, a spodziewam się, że raczej by nie nalegali -- odpowiedzieć godnie, że paszkwile lewackich łże-pisemek nie leżą w zakresie zainteresowania polskiego rządu.

ADDENDUM: Kuba podrzucił mi dwa linki, które niniejszym dodaję bez komentarza:

http://wiadomosci.onet.pl/1350674,11,item.html
"Publikacja »Die Tageszeitung« o prezydencie Kaczyńskim, to obelżywy, brukowy, wstrętny i haniebny tekst - uważa lider PO Jan Rokita. Jak jednak dodał, w świecie istnieje wolność prasy, a media mają skłonność do skandalizowania. "W moim przekonaniu najlepszą reakcją polityków jest nie zwracanie na to uwagi" - podkreślił Rokita na wtorkowej konferencji w Sejmie."

http://www.polityka.pl/...text
Tekst Petera Köhlera o Lechu Kaczyńskim ukazał się w dzienniku „Tageszeitung” aż na stronie 20., w satyrycznej rubryce „Wahrheit” (Prawda). [...] Przykładowe sylwetki pióra Köhlera (fragmenty):

Angela Merkel

Jest błogosławiona pośród polityków. Jej wielbiciele czczą dołek w pościeli, na której leżała, i robią z niego odlewy, by je potem wyrzeźbić w marmurze. Jej uczniowie wielbią ziemię, po której ona stąpa, wykopują potem łopatką odciski jej stóp, by przechować je w relikwiarzach. Morze występuje z brzegów, aby ją zobaczyć, trawa rośnie po to, by mogła po niej stąpać. Nawet Bóg ścisza głos w jej obecności – ona jest przecież córką pastora. [...]

ADDENDUM 2:

"Jako "niepokojący" określiła we wtorek szefowa polskiej dyplomacji Anna Fotyga w rozmowie z PAP, artykuł o prezydencie Lechu Kaczyńskim w niemieckiej gazecie "Die Tageszeitung". Jej zdaniem, "niepokojący" jest także brak reakcji w tej sprawie niemieckich władz. [...] "Niepokoi nas zjawisko, którego przejawem jest ten artykuł. W Polsce musi on budzić skojarzenia z bardzo niedobrym okresem, czyli z latami 30. i +Stuermerem+ (niemiecki antysemicki tygodnik nazistowski wychodzący w latach 1923-45 - PAP), krótko mówiąc, kiedy to podobne zjawiska miały miejsce. To bardzo specyficzne połączenie obsceniczności z opisem sfery politycznej" - podkreśliła Fotyga."

Pani Anno, sugeruję następującą terapię:
1. wziąć do ręki długopis.
2. popukać się w głowę.
3. powtarzać do skutku.

ADDENDUM 3: czyli awans pana prezydenta z 20 strony na okładkę!

"Lech Kaczyński czuje się obrażony, a polski rząd oczekuje oficjalnej reakcji strony niemieckiej - pisze gazeta.

"To żądanie jest absurdalne. - czytamy w "Tageszeitung". - Rząd niemiecki nie może nikomu zabronić mediom obrażania czegokolwiek i kogokolwiek".

W Niemczech reakcje były natomiast powściągliwe. Rzecznik MSZ nie skomentował zdarzenia, powołując się na obowiązującą w tym kraju wolność prasy. [...] Korespondentka "Tageszeitung" może juz właściwie pakować walizki. Nowy rzecznik polskiego MSZ oświadczył bowiem, że jego resort nigdy więcej nie będzie rozmawiał z wysłannikiem tej gazety. Dziennikarka otrzymuje już zresztą anonimowe telefony z wyzwiskami i pogróżkami.

"Z Polakami nie ma żartów" - konstatuje Lesser."

poniedziałek, lipca 03, 2006

Społeczeństwo z marzeń posła Cymańskiego

Nie sposób nie stwierdzić, że Polacy mają rządy, na jakie zasługują. Oto, co odkryła "Rzeczpospolita":


1. 36% uważa, że homoseksualiści są w Polsce dyskryminowani. (Poseł Cymański: "Taki wynik badania to efekt propagandy w mediach") 26% natomiast uważa, że homoseksualiści "chcą być lepiej traktowani od innych". Szkoda, że sondaże nie dają możliwości zapytania "co konkretnie ma pan/pani na myśli?"
2. 77% uważa, że homoseksualiści nie powinni mieć prawa do zawierania małżeństw.
3. 57% uważa, że homoseksualiści nie powinni mieć prawa do jakiejkolwiek formy rejestracji swoich związków (tzw. "związków rejestrowanych"), pozwalającej m. in. regulować kwestie dziedziczenia oraz tak silnie uderzających w rodzinę spraw jak odbieranie listów do partnera, możliwość odmowy zeznań przed sądem oraz odwiedzania partnera w szpitalu i decydowania o jego terapii.
4. że 92% sprzeciwia się możliwości adopcji, można się było spodziewać (ciekawe, co współkrajanie odrzekliby, zapytani o powody swojego sprzeciwu -- w jednym z tego typu badań triumfy odnosiła odpowiedź "bo ja to co prawda nie, ale inni są nietolerancyjni i dręczyliby takie dzieci")
5. W sondażu "Rz" zapytaliśmy Polaków także o to, czy ma dla nich znaczenie orientacja seksualna osób zaufania publicznego, członków rodziny, znajomych i współpracowników. To konkretny test na poglądy wobec osób homoseksualnych. Co się okazało? Najbardziej zwracamy na to uwagę, kiedy dotyczy to księży i nauczycieli. Tylko w tych dwóch wypadkach orientacja seksualna jest ważna dla większości ankietowanych. To dopiero fascynujące odkrycie. Oznacza to, że albo dla większości ankietowanych ważne jest i stanowi ważką różnicę, czy ksiądz zachowuje celibat homo, czy też heteroseksualny, albo też większość kompletnie nie wierzy, że ksiądz i nauczyciel jest w stanie utrzymać lepkie paluszki z dala od parafian i uczniów, jednak skoro już mają się odbywać akty seksualne z udziałem księży i nauczycieli, niech chociaż ich ofiarami będą kobiety. (Jestem pewien, że istnienie lesbijek dla 90% ankietowanych jest nieudowodnionym mitem.)

Dla większości Polaków nie ma znaczenia orientacja seksualna osób zaufania publicznego, członków rodziny i znajomych. - Polacy są tolerancyjni w tym sensie, że uważają, iż jest to prywatna sprawa każdego człowieka - tłumaczy socjolog prof. Hanna Świda-Zięba. Jestem pewien, pani profesor, że pani wypowiedź będzie w moich myślach, kiedy zobaczę kolejny kondukt ślubny (afiszowanie się orientacją heteroseksualną), parę damsko-męską obleśnie obściskującą się w parku (afiszowanie się orientacją heteroseksualną), kobietę w ciąży (wyjątkowo ohydne i ostentacyjne afiszowanie się orientacją heteroseksualną), polityka z małżonką (afiszowanie się orientacją heteroseksualną)... Szanowna pani profesor, mam dla pani nowinę -- otóż heteroseksualizm to też jest orientacja!

Z powyższych wyników Rzeczpospolita wyciąga wniosek, iż z naszych badań wyłania się obraz społeczeństwa, w którym wcale nie dominuje homofobia. Ciekaw jestem, czy gdyby zastąpić w pytaniach osoby homoseksualne Żydami i otrzymać informację, że 77% Polaków chciałoby, aby Żydzi nie mogli brać ślubów, Rzepa uznałaby, że w Polsce wcale nie dominuje antysemityzm. Dla uzyskania pełnego obrazu sugerowałbym również, aby przy następnej okazji Rzepa zapytała swoich tolerancyjnych wszechankietowanych, ilu z nich odróżnia homoseksualizm od pedofilii.

niedziela, lipca 02, 2006

Coś, co warto rozpowszechnić

Za uenifeuem, tym uudobuodym:

"Cohen, w 1995 roku, ostatecznie zakończył swoją karierę jako szanowany przez kolegów po fachu psychoterapeuta. Teraz jeździ do krajów Trzeciego Świata (m.in. Polski), gdzie jego pomysły mają jeszcze szansę na wzbudzenie powszechnego zainteresowania kleru i polityków."


W ten sposób skompromitowała się równo połowa polskich ekspertów ds. "leczenia z homoseksualizmu". Czekamy na drugie pół :)

sobota, lipca 01, 2006

Lekarzu, lecz się sam - nam wystarczą egzorcyści

"W roku 1997 było w Polsce czterech egzorcystów upoważnionych przez biskupa. Obecnie jest ich 78, a kilkunastu kandydatów przygotowuje się do tej posługi - pisze "Życie Warszawy".

Według dziennika, egzorcystów przybywa, bo lawinowo rośnie zapotrzebowanie na ich usługi. Coraz więcej jest nie tylko przypadków opętań - większa jest też świadomość, że w takich momentach można szukać pomocy w Kościele. [...] - Nieodzowna jest współpraca duchownego i psychologa czy psychiatry. Ale z tymi ostatnimi profesjami wiążą się uprzedzenia. Człowiek chętniej pójdzie do księdza niż do psychiatry - tłumaczy "ŻW" ks. prof. Góźdź. - Taka współpraca w wielu diecezjach istnieje. Egzorcyści odsyłają pacjentów do psychiatrów. Psychiatrzy do egzorcystów rzadziej. Zwykle dlatego, że nie wiedzą o takiej możliwości. Stały egzorcystat został u nas wznowiony stosunkowo niedawno, stąd ta nieświadomość - uważa ks. Piątkowski."

Jestem przekonany, że jedynym powodem, dla którego psychiatrzy nie odsyłają pacjentów do egzorcystów jest niewiedza psychiatrów o tej możliwości. Aby upewnić się, jak wygląda stan, który warto leczyć egzorcyzmami, zasięgnę porady google, który kieruje mnie na stronę katolik.pl:

"
Sygnałami, które mogą przejawiać oddziaływanie lub wpływy diabelskie są:

1. Odraza do świętości.

  • awersja wobec Boga, bluźnienie,
  • wrogość do osób konsekrowanych i kapłanów,
  • niemożność lub uprzedzenia do przystępowania do sakramentów, uczestniczenia Mszy św., nabożeństw i modlitwy, niechęć do nawrócenia,
  • nerwowe reakcje na czyjąś pobożność, praktyki duchowe i modlitwy wstawienicze [...]

2. Dolegliwości psychiczne i fizyczne

  • depresja, próby samobójcze,
  • niespodziewane agresywne zachowania, nie tylko na tle religijnym,
  • nagłe zmiany zachowań, trwałe zaniedbywanie się w obowiązkach,
  • zboczenie płciowe,
  • niewyjaśnione zakłócenia zdrowia (bóle fizyczne, głowy i żołądka, ścisk gardła),
  • mówienie językami nieznanymi dręczonej osobie,
  • posiadanie nadzwyczajnej siły fizycznej."
Za wyjątkiem nadzwyczajnej siły fizycznej oraz mówienia językami muszę przyznać, iż zdarzały mi się wszystkie powyższe symptomy (jeśli oczywiście wraz z kochającymi bliźniego miłością heteroseksualną założyć, że homoseksualizm to zboczenie płciowe). Odczuwam niewyjaśnioną wrogość wobec kapłanów, np. Rydzyka oraz Pieronka, ostatnio również zaczynam odczuwać wielką niechęć wobec abpa Życińskiego. Cierpię na nieuleczalną niechęć wobec nawrócenia oraz nerwowo reaguję na cudzą pobożność, jako, że kojarzy mi się z rzucaniem kamieniami oraz nakłanianiem mnie do "leczenia się" z mojej miłości do Szacownego Małżonka. Mam za sobą próby samobójcze, spowodowane depresją; wśród objawów mojej choroby znalazły się nagłe zmiany zachowań, zaniedbywanie się w obowiązkach, bóle fizyczne głowy i żołądka oraz ścisk gardła.

Jak pisze autor strony pt. "Zbawienie i wiara": "Bywa, że człowiek jest opętany przez jednego ducha nieczystego, a bywa, że przez kilku i wtedy mamy do czynienia z wieloma osobowościami w człowieku. Niektóre stany są diagnozowane jako schizofrenia, a inne jako podział osobowości. Bywa opętanie czyli zniewolenie duszy, co objawia się w chorobach lub zaburzeniach psychicznych, ale bywa i opętanie, czyli zniewolenie ciała, co objawia się w chorobach lub zaburzeniach ciała, na przykład z padaczka, o czym czytamy w Piśmie Świętym: [...] Lekarze twierdzą, że te wszystkie stany to po prostu choroby, czyli zmiany balansu chemicznego i leczenie polega na podawaniu leków, które nie są niczym innym ale substancjami chemicznymi w celu uzupełnienia lub wyregulowania owego balansu i brakujących w organizmie substancji. Medycyna jeszcze też do końca nie rozumie jak to wszystko zachodzi, jak poszczególne składniki zmieniają swoje poziomy w organizmie, nie wszystko jest w stanie wytłumaczyć, ale wiedzą, że wiara - sam wiara może dokonać zmian w tych balansach i dochodzi do samouzdrowień. To stwierdzono podając pacjentom pigułki z cukru, czego pacjenci nie wiedząc myśleli, że biorą leki i stan zdrowia się poprawiał w wielu przypadkach, gdzie nic innego, ale wiara dokonała zmian i bóle, czy też stany chorobowe ustępowały w sposób dla lekarzy nie zrozumiały, poza sugestią wiary. [...] Jeszcze mniej wiemy jaki wpływ mają duchowe moce nieczyste, czyli diabeł, który na przykład dotknął zdrowego jak rydz Hioba nagle chorobami. Jak on to uczynił? Otóż, nie ma innej możliwości, ale ta, że diabeł ma dostęp do tych substancji chemicznych i może zakłócić ich balans tak, aby wywołać chorobę. Jak on to robi? to już jest za trudne dla nas do zrozumienia, ale wiemy, że diabeł na wpływ na naszą wyobraźnię, to dlaczego nie miałby mieć wpływu na stan balansu chemicznego w organizmie człowieka."

Dodaje "Nasz Dziennik": "Aby depresja nas nie dopadła, ważna jest profilaktyka - przede wszystkim umacnianie więzi rodzinnych i wyznawanie właściwych wartości oraz pozytywne nastawienie do życia. Równie ważne jest unikanie czynników, które mogą sprzyjać depresji, np. alkoholu, narkotyków, złego towarzystwa, a także powstrzymanie się od dokonywania czynów, po których człowiek ma silne poczucie winy, np. tzw. aborcji. [...] Depresja to choroba duszy, ale również ciała, bo nasila także stany bólowe organizmu. Jest przyczyną wielu samobójstw i eutanazji. Tymczasem osoby cierpiące na nią potrzebują pomocy, a nie uśmiercania. [...] Czynnikiem, który może przyczynić się do zachorowania na depresję, jest poczucie winy po zrobieniu rzeczy złych moralnie. Niewątpliwie może być nim też wykonanie czy poddanie się tzw. aborcji. Wtedy to może nastąpić określany przez psychologów zespół "syndromów poaborcyjnych". Jednym z takich syndromów jest pogłębiająca się depresja. Według niektórych badań, obecna jest u trzech czwartych kobiet po tzw. aborcji. [...] Psychiatrzy radzą: aby nie doświadczać poczucia winy, które doprowadza do depresji aborcyjnej, nie należy po prostu robić rzeczy, po których to poczucie winy występuje - nie zabijać dzieci poczętych. Gdy jednak dokonało się tego czynu, nie można tkwić w depresji - trzeba poddać się leczeniu. Oprócz pójścia do specjalisty można udać się także w inne ważne miejsce - do konfesjonału. Psycholog czy psychiatra doskonale uzupełnia się z doświadczonym kapłanem, mającym - w odróżnieniu od wymienionych specjalistów - specjalny dar: moźliwość udzielenia przebaczenia i rozgrzeszenia."

Na tle informacji o egzorcystach "Nasz Dziennik" wydaje się źródłem naukowym. Zwracam uwagę, że pismo sugeruje, żeby do konfesjonału udać się TAKŻE, a nie ZAMIAST. Jednak jak wiemy, "ND" jest przedstawicielem katolicyzmu oszołomskiego, w odróżnieniu od np. serwisu chrześcijańskiego www.nadzieja.pl, który zna lek na depresję: "Rozmyślanie o Słowie Bożym i Jego obietnicach pomaga pokonać uczucie przygnębienia (depresji). Biblia mówi: „Wznoszę ręce do przykazań twoich, które kocham, I rozmyślam o ustawach twoich. ...Tojest pociechą moją w niedoli mojej, Że obietnica twoja mnie ożywia.” [...] Uczucie przygnębienia i depresji nie będą trwały wiecznie. Biblia mówi: „...I jeśli nawet płacze człowiek wieczorem, ranek przywraca mu radość.”"

Z rozmowy z ks. Edmundem Szaniawskim w portalu wiara.pl:

"Wielu ludzi nie uznaje dzisiaj istnienia szatana jako zła osobowego. Jest on dla nich tylko personifikacją zła, traktują go żartobliwie. Tymczasem szatan jest istotą duchową - ma rozum i wolną wolę. Jest osobą, a właściwie antyosobą, istotą destrukcyjną, zwichrowaną, jest zabójcą i kłamcą. Największym zwycięstwem szatana w naszych czasach jest to, iż udało mu się wmówić ludziom, że on nie istnieje. Dlatego szatan i inne złe duchy mogą swobodniej działać w świecie, doprowadzając ludzi do różnych udręczeń.

O jakich udręczeniach ksiądz myśli?

Dotyczą one sfery duchowej, emocjonalnej, a także somatycznej. W wielu przypadkach występuje rozpacz, odpychanie od wszystkiego, co święte. Często pojawia się nieuzasadniony lęk, niepokój, wybuchy złości lub depresja, koszmary senne, dręczące myśli samobójcze. Osoby nękane przez złe moce odczuwają także dolegliwości fizyczne, których w badaniach medycznych nie można zdiagnozować.

Jeżeli wszyscy ludzie z depresją mieliby być dręczeni przez złe duchy, to pod wpływem demonów byłby co dziesiąty Polak. To chyba przesada?

Oczywiście. Jeżeli powodem depresji jest jakaś sytuacja życiowa, podawane leki stopniowo doprowadzają do uzdrowienia. W przypadku zaś działania demonicznego leki nie odnoszą żadnego skutku, a nawet potęgują objawy choroby."

Ksiądz Edmund dopuszcza, że depresja może być powodowana nie tylko przez szatana! Niestety, dobre złego początki, lecz koniec żałosny:

"W jaki sposób ksiądz stwierdza, że objawy są natury demonicznej, a nie psychicznej?

Z każdym, kto się zgłasza, najpierw przeprowadzam rozmowę. Próbuję ustalić, jakie są przyczyny jego trudności, czy miał do czynienia z okultyzmem - magią, wróżbiarstwem, wywoływaniem duchów. Pierwsza pomoc polega na doprowadzeniu człowieka do pojednania z Bogiem. Dobra spowiedź jest najważniejszym egzorcyzmem. Następnie, jeśli zachodzi potrzeba, odmawiam modlitwę o uwolnienie. W wielu przypadkach przynosi ona ulgę i wyzwolenie. Jeżeli nie ma żadnej reakcji, to znaczy, że przyczyną dolegliwości nie jest ani opętanie, ani dręczenie przez złe duchy.

Ile osób odsyła ksiądz do psychiatry?

Spośród zgłaszających się około 20 procent (!!!!! -- Oliveira) potrzebuje pomocy innych osób np. duszpasterza rodzinnego, psychiatry czy psychologa. Jednak u większości można rozpoznać w mniejszym lub większym stopniu skutki zetknięcia się z okultyzmem, demoniczne dręczenie, a nawet opętanie."

Czy mam jakiś komentarz do powyższych informacji? W zasadzie nie. Pozwolę sobie tylko zadedykować panom egzorcystom informację z Wikipedii: "15% pacjentów z ciężką depresją umiera wskutek samobójstwa, 20-60% chorych na depresję próbuje sobie odebrać życie, 40-80% ma myśli samobójcze." Nieładnie się bawicie, chłopcy.