czwartek, lipca 13, 2006

Czy naukowiec ma płeć?

W wydaniu internetowym Gazety Wyborczej tekst pod prowokującym tytułem "Kobiety do nauki się nie nadają?". Tekst przypomina o rektorze Uniwersytetu Harvard, który "powiedział, że powodem tego, iż tak mało kobiet uprawia nauki ścisłe, jest brak wrodzonych uzdolnień w tym kierunku" po czym skupia się na bardzo ciekawym przypadku: oto Ben A. Barres, neurobiolog, rozpoczął swoją drogę naukową jako... studentka. Po prostu -- urodził się jako biologiczna kobieta. Ben "[...] nie zgadza się ze stwierdzeniem, że kobiety nie mają predyspozycji do nauk ścisłych, a o to, że jest ich tak mało na uczelniach, obwinia powszechną dyskryminację. Przy czym w równym stopniu wini za nią mężczyzn i kobiety - ogólnie cały system edukacji i wychowania."

Nie mogę się nie zgodzić ze stwierdzeniem, że kobiety są współwinne dyskryminacji. Nie chodzi mi nawet o osoby androgyniczne, które w ciągu jednego zdania potrafią kilka razy zmienić płeć ("A. Holland, reżyser filmowy, od lat pracująca za granicą..."). Raczej o te z nich, które uważają to za kompletnie naturalne i są gotowe walczyć o powstrzymanie, a nawet odwrócenie zmian. Ten gatunek reprezentuje moja faworytka, posłanka Sobecka, która z uporem godnym leminga domaga się, aby wszelką odpowiedzialność za dzieci powierzyć kobietom, ponieważ "w kwestii powierzenia ojcom opieki nad małoletnimi dziećmi w sytuacji rozpadu rodziny [...] jedną z brzemiennych konsekwencji może być coraz częstsze wykorzystywanie dzieci do zaspakajania potrzeb seksualnych i wykorzystywanie adopcji do związków homoseksualnych." Strach myśleć, skąd też posłance wzięło się takie postrzeganie mężczyzn. Kobiety z drugiej strony "na traktorach zyskiwały wprawdzie miejsce w komunistycznej propagandzie, ale traciły swoje radosne macierzyństwo i traciły jako strażniczki ogniska domowego." A jednak posłanka Sobecka zamiast stróżować przy kuchence gazowej opiekując się dziećmi lub w ostateczności wnukami, wygłasza swoje androny z mównicy sejmowej, na której mogła się znaleźć dlatego, że wywalczyły to dla niej niejakie sufrażystki...

No dobrze, już wracam do nauki. Ben A. Barres "pisze, że nie ma żadnych dowodów na to, by dziewczynki, a potem kobiety były gorsze w matematyce. Na dowód cytuje wyniki testów ok. 20 tys. uczniów pomiędzy 4. a 18. rokiem życia. W świetle tych danych nie ma żadnej zależności pomiędzy wynikiem testu z matematyki a płcią ucznia. Barres zaznacza też (i potwierdzają to dane pochodzące z innych publikacji), że od początku edukacji dziewczynki zniechęca się do zajmowania naukami ścisłymi. [...] Odkąd zmieniłem płeć, nikt mi nie przerywa zdania w trakcie dyskusji - pisze Barres."

Są tacy, którzy cytują skandal wokół wypowiedzi rektora Harvardu jako przykład na głupotę poprawności politycznej, która zakazuje cytowania "oczywistych faktów". Tymczasem ja słysząc, że kobiety "nie nadają się do nauk ścisłych" przypominam sobie egzamin z analizy matematycznej na czwartym roku studiów. Pan prowadzący, który był przypadkiem również dziekanem, dość regularnie "żartował" sobie: "Panowie muszą przyjść na egzamin przygotowani, panie niech zaś włożą krótkie spódniczki". Po niepewnym he-he z tej części sali, która czuła się w obowiązku przypodobać panu egzaminatorowi, rozochocony kontynuował: "Wszyscy wiemy, że kobiety nie są w stanie pojąć zawiłości matematyki wyższej, więc skoro wasze umysły nie zostały do tego przygotowane, to chociaż ładnie wyglądajcie".

Studentki były w tym momencie stawiane w szalenie przykrej sytuacji. Przed egzaminem żadna nie ośmieliłaby się poskarżyć na dziekana, osobę stojącą na pozycji o wiele wyższej. Po egzaminie zaś dziekan ciągle może mieć wpływ na ich dalszą karierę (w tym przypadku piąty rok studiów, na którym prowadził seminaria). Jedynym sposobem sprzeciwu, jaki przychodzi mi do głowy byłoby solidarne złożenie skargi przez wszystkich studentów i wszystkie studentki na roku; jednak tutaj na przeszkodzie staje utopijne założenie, że wszyscy studenci i wszystkie studentki obraziły wypowiedzi pana dziekana. Założenie owo było niestety fałszywe; część studentów i -- co ciekawe -- część studentek najzwyczajniej się z dziekanem zgadzała. Poza tym większość studentek stwierdzała, że jakoś przełkną obelgi pana dziekana, bo przecież chodzi o to, żeby zdać egzamin. Ciekawe, czy taka sama byłaby reakcja grupy, gdyby np. pani prowadząca zajęcia z równań różniczkowych zasugerowała, żeby studenci płci męskiej przyszli na egzamin roznegliżowani, jako, że "wiadomym jest, że mężczyźni myślą mniejszą główką i nie są w stanie pojąć zawiłości matematyki"?

Sami wyróbcie sobie zdanie na temat powyższej opowieści. Ja dodam tylko, że przyjaciółka, z którą pisałem pracę magisterską pod kierownictwem promotorki płci żeńskiej, właśnie kończy pracę nad doktoratem, po drodze publikując liczne sążniste artykuły w pismach fachowych. Pewnie nie słuchała, kiedy pan dziekan mówił, że jej umysł nie jest w stanie pojąć zawiłości matematyki. Pan dziekan, wedle moich wiadomości, co prawda nie jest już dziekanem, bo mu się znudziło, ale na uczelni pracuje nadal. Ben A. Barres "pisze, że odkąd zaczął zażywać testosteron, rzeczywiście rzadziej płacze. - To jedyna nabyta wraz z nową płcią cecha, jaką zauważyłem - zapewnia." Zaś autor artykułu w Gazecie, pan Rożek kończy swój tekst słowami: "cechy charakteru, uwarunkowania fizjologiczne czy kulturowe nakładają się na siebie i powodują, że intelektualne różnice pomiędzy kobietą i mężczyzną są niewielkie. I szkoda tylko, że tak często demonizowane." Strach myśleć, co miał na myśli, pisząc ostatnie zdanie.

PS. Oto link do fragmentu artykułu Jacka Żakowskiego o poprawności politycznej w najnowszej Polityce. Artykuł polecam czytać w całości, w wydaniu papierowym.

10 Comments:

  • Bardzo dziękuję :) za ten tekst. Ilez to razy, jako naukowiec, nasłuchałam się mądrości, że kobiety nie są do tego przeznaczone, bo nie potrafią się skupić i myśleć logicznie. Pan od historii II wojny chłopców pytał z uzbrojenia a dziewczynki z polityki, bo powiedział, że one i tak jedynie wiedzą, że czołg ma lufę i też kazał się ładnie ubrać. Założyłam coś siermiężnego, zdałam uzbrojenie zmuszając go do: 1. przepytania mnie z tego 2. opadnięcia szczęki 3. wystawienia oceny bardzo dobrej.
    Czy mam satysfakcję? Nie. Bo on nadal uczy moje studentki i ciągle je obraża, a żadna z nich nie złozyła, jak dotąd żadnego zażalenia do dziekana. Czy naukowiec ma płeć? Nie płaczę zbyt często, ale wiem, że jestem kobietą. I nadal będę rozdawać cukierki na korytarzach uczelni. Wiem, bredzę z upału ;)

    By Anonymous socjopatyczna_malkontentka, at 11:46 AM  

  • a Jan Cybis podobno, jak kompletował pracownię na ASP -- to se brał Same Rude: bo -- mówił -- z Kobiety to malarka nie będzie, a mnie się przynajmniej w pracowni dobrze komponuje...
    (ale my go potępiamy, prawda? a kopernik była kobietą...)
    ps.
    Olga Boznańska podoba mnie się bardziej niż Cybis. ale i tak wolę rembrandta, rubensa, caravaggio, leonarda, de la toura, picassa, matisse'a, nachta-samborskiego...
    (płeć wybranych to oszywiście przypadek;)

    By Anonymous makowski, at 12:58 PM  

  • a ja mam dziwne wrażenie, ze tu nie chodzi o dyskryminację płci tylko o chamstwo. bo nie facet niedoceniający zdolności logicznych kobiety to powiedział, tylko człowiek niewychowany, dla określenia obyczajów którego brak słów w słownikach ludzi kulturalnych.

    By Anonymous lis, at 1:39 PM  

  • ->Makowski
    no tym razem to mnie wkurzyłeś.
    Jak chcesz, to mogę Ci wymienić w punktach, dlaczego argument z rembrandtami i rubensami jest beznadziejny. Ale chyba nie muszę Ci tłumaczyć najprostszych zajwisk społecznych (które trwają DO DZIŚ - nie da się zmienić kultury z dnia na dzień).

    P.S. Nie wiem, kto to taki ten Cybis (bo mnie malarsto, na szczęście, nie interesuje), ale chętnie przefasonowałabym mu ryja za takie wypowiedzi.

    By Anonymous ada, at 7:19 PM  

  • a moze dziewczynki rzadziej interesuja sie naukami scislymi? bo ja tez mam kolezanki, ktore publikuja "sazniste" prace, tylko jest ich DUZO, DUZO mniej niz chlopcow. zainteresowania to zapewne jakas funkcja predyspozycji. jasne nalezy tak skonstruowac system edukacji, by moc wyluskac te najzdolniejsze, ale nie wpajajmy na sile kazdej dziewczynce, ze tez moze zostac Emmy Noether tylko dlatego ze po nocach sni nam sie polityczna poprawnosc. no tak juz jest ze jest mniej pan spawaczek tak jak mniej jest panow kucharkow, choc oba zawody to prace fizyczne. czy trzeba z tym walczyc?

    By Anonymous mattek, at 8:28 PM  

  • ->mattek
    masz 100% racji.
    z tym, ze nie sądzę, aby w imię jakiejś "poprawności politycznej" ktokolwiek chciał wpajać osobom kiepskim w matmie, żeby się tą matmą zajmowały - bo same by szybko uznały, że to zły pomysł.
    (ja np. mam odrobinę większe od przedciętnych zdolności matematyczne i wybrałam sobie kierunek humanistyczny, na którym ciągnie mnie w najbardziej ścisłe jego obszary - czyli tak pół na pół ;-)

    Problem w tym, że jak na razie osoby z naprawdę dużymi zdolnościami matematycznymi często się zniechęca (albo: nie zachęca, co też może spowalniać rozwój), jeśli są dziewczynkami. I robią to nie tylko nauczyciele, ale też - chyba przede wszystkim - nauczycielki. Tak było np. w mojej szkole.

    By Anonymous ada, at 10:46 PM  

  • > ->mattek
    > masz 100% racji.
    To ja bym dał max 66% ;) Jest tak, że dziewczynki się zachęca do nauki (a chłopców do łobuzowania) mniej więcej do końca podstawówki. Potem następuje tajemnicze przewartościowanie, w zgodzie z którym dziewczynki nagle okazują się być głupimi bezmózgimi istotami służącymi do gotowania, a chłopcy wspaniałymi mężczyznami, zdobywającymi świat siłą intelektu oraz ciała. Gdybym był dziewczynką i słyszał na co drugiej lekcji matematyki, że i tak tego nigdy nie zrozumiem, pewnie poszedłbym jednak w stronę ASP i teraz zamiast rozchwytywanym grafikiem byłbym malarzem pokojowym :]

    By Blogger Oliveira, at 10:50 PM  

  • Dziękuję bardzo za tę notkę. Ja od dawna pytam przynajmniej osobiście: jak można żyć, czując się istotą gorszą? Ja zbuntowałam się, uciekłam przed takim systemem. Ale w jakim stopniu są ŻYWE te, które zinternalizowały takie myślenie?
    Jakże uwielbia się eksponować pewne domniemane słabszości kobiet... "Baba za kierownicą", klasyka... Osobiście wiem tyle, że nie znam nikogo, kto lepiej prowadzi samochód od mojej mamy. Ale jeżeli większość kobiet rzeczywiście gorzej prowadzi - jak może skoncentrować się ktoś zmuszony do powtarzania w myślach przez cały dzień "dyskryminacja nie istnieje, to cudowne naturalne biologicvzne różnice, jak cudownie być kobietą".
    Tyle że w takiej kulturze absolutnie nie jest to cudowne.
    Dla mnie osobiście identyfikowanie się jako kobieta jest przede wszystkim czymś politycznym. I tak wiele tak zwanych doświadczeń kobiecych jest mi obcych - nie flirtuję, nie całuję się, nie uprawiam seksu. Wolę literaturę, filozofię i skoki narciarskie. Ale nie zamierzam mówić, że to ludzkie, neutralne i uniwersalne, bo widzę system, który wszystko co męskie natychmiast przemianowuje na "uniwersalne".
    @ lis - to nie jest "tylko" chamstwo. Zauważ tylko, jakie rodzaje chamstwa są szcególnie powszechne. Ten ma się tak dobrze dzięki temu, że cały czas istnieje przyzwolenie na eksponowanie pogardy wobec kobiet.
    Wiem, wyszedł mi komentarz tak wściekły, że aż rozszalały, gubiący wątek... Ale czuję, że nie mam wyboru, muszę być przeciwna takiej kulturze. Raz jeszcze dziękuję za ten wpis i za wspaniały polski sojusz lesbijsko-gejowsko-feministyczny.

    By Anonymous Emu, at 1:50 AM  

  • > Jakże uwielbia się eksponować pewne
    > domniemane słabszości kobiet...
    > "Baba za kierownicą", klasyka...
    Mam kilku kolegów-kierowców, z którymi bardzo nie lubię jeździć. Nie dlatego, broń Istoto, żeby źle prowadzili. Po prostu kiedy drogę zajedzie im facet, bluzgną lub nie skomentują wcale; kiedy zajedzie im drogę kobieta, zawsze mówią "no i proszę, baba za kierownicą". Czyli źli kierowcy dzielą się na baby i jakieś dziwne istoty bez właściwości.

    Kiedyś przeżyłem ciekawe doświadczenie jazdy z kobietą, która przez cały czas powtarzała, że ona to uważa, że kobiety nie powinny prowadzić, bo są w tym beznadziejne. Miałem też szefową, która mi powiedziała wprost, że gdyby miała do wyboru zatrudnić dziewczynę i chłopaka, wybrałaby chłopaka, bo dziewczyny są głupsze i leniwe. Drogie panie, nie internalizujcie posłanki Sobeckiej!

    PS. Emu, Twój komentarz zupełnie nie wydaje mi się wściekły ani rozszalały -- nie dajmy sobie wmówić, że wszelka polemika z jedynie obowiązującym modelem to histeria i szaleństwo. Sztama! :)

    By Blogger Oliveira, at 12:08 PM  

  • Ja muszę przyznać,że czasem korzystałam z bycia kobietą, bo studiowałam na wojskowej uczelni, gdzie profesorowie nie wiedzieli za bardzo, jak do studenta płci żeńskiej podejść. Traktowali nas z reguły z dużą estymą i poważaniem i czasem przymykali oko na drobne niedostatki w wiedzy technicznej. Nie ,żeby taryfa ulgowa, ale raczej więcej czasu do namysłu.

    W pracy zdarzało mi się już udowadniać różnym panom,że nie jestem wielbłądem, ani kwiatkiem do kożucha. Nie raz i nie dwa musiałam udowadniać,że znam robotę, rozumiem, co się do mnie mówi i takie tam. Ale ja nie narzekam. Mam ważniejsze sprawy na głowie, niż wykłócanie się o tytuły typu programistka , czy informatyk. To detale, choć wiele mówiace. Bo, jak pada tekst "niehc przyjdzie informatyk" i szła któraś z nas- jesteśmy w dziale 3, to pytano,"a gdzie informatyk"?
    po paru latach nauczono się mówić "niech przyjdzie ktoś z IT"
    Może jeszcze parę i na moją "Webmistress" też nie będą wydziwiać.
    Generalnie, chciałabym nie musieć nic udowadniać. Ani tego,ze jestem lepsza od mężczyzn- programistów, ani,że będąc programistką jestem wciąż kobietą.
    Chciałabym ,aby patrzono na mnie przez pryzmat moich zdolności, predyspozycji, umiejętności ,zaangażowania. Nie tylko w pracy. Bo tam,po 6 latach sporo sie zmieniło.
    Ale także w życiu. Żeby zapłacenie za kolację z mężczyznaw restauracji nie było dziwowiskiem.
    Choc prawdę powiedziawszy, chcę tego dla mojej córki. Ja sobie cos tam wywojowałam. Z resztą po prostu żyję, mając na plecach dużo większe problemy, niż zapis na wizytówce,czy uwagi "a pani to w ogóle się na tym zna" Zwalczam stereotypy,a le te na moje drodzę . Wszystkich nie zdołam. Ale wolałabym , by moje Dziecko walczyło tylko na turniejach. Nie w życiu.

    By Anonymous Meg, at 11:54 PM  

Prześlij komentarz

Links to this post:

Utwórz link

<< Home