czwartek, września 28, 2006

Ogłoszenie parafialne

Uprzejmie zawiadamiam, że przedłużająca się cisza z mojej strony nie jest skutkiem nagłej śmierci lub zadławienia się na widok Renaty B. i jej Taśmy, ale faktu, że jeszcze nie mam w Amsterdamie stałego dostępu do sieci. Nie mogę się jednak oprzeć stwierdzeniu, że IV RP w drgawkach kończy swój żywot w sposób, który szalenie mnie zachwyca.

Ale to i tak wina Platformy :)

niedziela, września 17, 2006

Religia pokoju atakuje (w Wyborczej)

Czyli: poprzednia notka dalej pisze się sama.

"Podczas wizyty w Bawarii papież, nawiązując do pism XIV-wiecznego cesarza bizantyjskiego Manuela Drugiego, powiedział, że choć jeden z pierwszych wersów Koranu mówi, iż "nie ma przymusu w religii", to w innych miejscach księga ta dopuszcza nawracanie siłą. Papież dodał, że chrześcijanie i muzułmanie inaczej rozumieją Boga."

"Rzecznik pakistańskiego MSZ Tasnim Aslam powiedział, że "ktokolwiek twierdzi, iż istnieje coś szkodliwego i niehumanistycznego w islamie, pokazuje tylko swoją ignorancję tej wielkiej religii". "Z pewnością to nie muzułmanie prześladowali wiernych innych religii" - dodał rzecznik, zapewniając przy tym, że islam to "najbardziej tolerancyjna religia"."

" Koło kościoła w Basrze na południu Iraku wybuchła bomba, która nie spowodowała ofiar. W Gazie ostrzelano najstarszy w mieście kościół prawosławny. Do ataku przyznała się organizacja muzułmańska, która oświadczyła, że był to odwet za wypowiedź papieża Benedykta XVI o islamie. W komunikacie szejk najważniejszego ośrodka prawodawstwa sunnitów - meczetu i uniwersytetu Al-Azhar - oświadczył, że jest "oburzony", i podkreślił, że wypowiedzi papieża świadczą o "wyraźnej nieznajomości islamu i jego proroka". W Nablusie obrzucono butelkami z benzyną kościół anglikański i prawosławny. Później do kościoła katolickiego wdarła się grupa mężczyzn, który zaczęli wewnątrz strzelać w powietrze. Obrzucono też butelkami zapalającymi kolejny kościół. W Basrze koło kościoła eksplodowała bomba, która lekko uszkodziła budynek. Nikt nie został ranny.


[...] "Apelujemy do wszystkich, którzy miłują boskich proroków, by nie podejmowali działań, które mogą skrzywdzić naszych chrześcijańskich braci" - powiedział rzecznik irackiego rządu Ali ad-Dabagh w wywiadzie dla telewizji państwowej. "Wypowiedź papieża odzwierciedla jego niezrozumienie zasad islamu i jego nauki, które mówią o wybaczeniu, współczuciu i litości" - dodał przedstawiciel irackich władz. "Byli królowie, którzy nosili krzyż i w jego imię popełniali zbrodnie. Lecz my nie czynimy odpowiedzialnymi za nie chrześcijaństwa czy jego wyznawców, bo to były działania pojedynczych osób" - powiedział."

Tytuły artykułów: "Niemieccy muzułmanie: papież powinien przeprosić", "Świat islamu wrze", "Watykan jest zaskoczony muzułmańską reakcją". Wszystkie pochodzą z portalu gazeta.pl.

Nie znam osobiście żadnych wyznawców Allaha, których mógłbym pytać o zdanie. Niemniej jednak gdy wspominam casus Senyszyn, bądź też obrzucanie kamieniami demonstracji gejowskich -- wcale nie w Iranie, tylko w Polsce, zastanawiam się, czy sprawiedliwe byłoby tytułowanie artykułów na ten temat "Katolicy żądają, aby Senyszyn przeprosiła", "Chrześcijańska Polska wrze", "Kampania Przeciw Homofobii zaskoczona reakcją katolików". Jeśli jedna bomba, która nie spowodowała ofiar i grupa mężczyzn strzelających w powietrze oznacza, że "świat islamu wrze", to co napisze Wyborcza, kiedy -- jeśli -- podłożonych zostanie 40 bomb, które spowodują setki ofiar? "Świat islamu ugotował się"?

Nie podoba mi się sposób, w jaki dziennikarze usiłują rozdmuchać płomyczek, który się pojawił, do wielkiego pożaru. Tak, wiem, że fajny nius. Ale już od momentu wypowiedzi Benedykta XVI pojawiały się głosy: "czy papież nie obawia się demonstracji?", "być może pojawią się ataki na kościoły", "prawdopodobne są protesty podobne jak do tych towarzyszących publikacji karykatur Mahometa". Te głosy nie pojawiały się przecież tylko w polskiej prasie. Czy można się dziwić, że znaleźli się tacy, co posłuchali? Wyobraźmy sobie, że jakiś arabski dostojnik wypowiada jakieś bluźniercze słowa na temat Jana Pawła II i katolicyzmu w ogólności. Następnego dnia w gazetach polskich czytamy: "Polscy Arabowie obawiają się przemocy", "Meczet w Warszawie może paść ofiarą zamachu", "Osoby o ciemniejszej skórze są narażone na pobicie". Coś takiego czyta (lub słyszy w radio, nie przesadzajmy z tym czytaniem) grupka dresów, pijących wino Sołtys pod sklepem, po czym rusza bić Araba. Kolejne nagłówki to: "Świat katolicki wrze", "Muzułmanie zaskoczeni katolicką reakcją".

Czy twierdzę, że opisywane zjawiska są kompletnie niegroźne? Nie. Czy mam stuprocentową pewność, że są dziełem gromadki fanatyków? Nie. A jednak uważam, że fakty zupełnie nie pozwalają na użycie takich tytułów i określeń, jak cytowane. Przecież te same wypadki możnaby zatytułować: "Pojedyncze eksplozje obok kościołów, brak ofiar", zaś zamiast imama, który mówi o gniewie miliarda muzułmanów, zwrócić raczej uwagę na to, że "Było to "polityczne interpretowanie religii objawionej, którym pogardzamy" - powiedział rzecznik irańskiego MSZ Mohammad Ali Hosejni, apelując o "skorygowanie" tych wypowiedzi." Ale wtedy tytuł musiałby brzmieć: "Rzecznik irańskiego MSZ apeluje do papieża o skorygowanie wypowiedzi". Zgodzicie się, że "Sunnicki autorytet: Papież nie zna islamu" jest lepszy, a "Świat islamu zawrzał po wypowiedzi papieża" jeszcze lepszy.

Wśród dziennikarzy postawa Oriany Fallaci nie jest wcale rzadka. Tyle, że większość z nich nie ma odwagi się do tego przyznać. Fallaci nienawidziła muzułmanów, bała się ich i mówiła o tym wprost, głośno i bez owijania w bawełnę. Polscy dziennikarze nienawidzą muzułmanów, boją się ich i udają, że "tylko obiektywnie przedstawiają fakty". Czytelnicy ich artykułów zaczynają nieufnie patrzeć na ciemnoskórego sąsiada. Kto wie, kiedy podłoży bombę pod kościołem?

Na koniec jeszcze taki drobiazg. Gazeta Wyborcza stwierdza, że papież "nawiązując do pism XIV-wiecznego cesarza bizantyjskiego Manuela Drugiego, powiedział, że choć jeden z pierwszych wersów Koranu mówi, iż "nie ma przymusu w religii", to w innych miejscach księga ta dopuszcza nawracanie siłą. Papież dodał, że chrześcijanie i muzułmanie inaczej rozumieją Boga." Nic obraźliwego, prawda? Jacyś przewrażliwieni ci muzułmanie. A jednak -- Rzeczpospolita jest nieco dokładniejsza: "papież zacytował rozmowę, którą pod koniec XIV wieku w oblężonym Konstantynopolu odbył cesarz Manuel II Paleologus z perskim mędrcem. "Pokaż mi tylko, co nowego przyniósł ze sobą Mahomet, a znajdziesz w tym tylko to, co złe i nieludzkie, jak jego rozkaz, by wiarę, którą głosił, za pomocą miecza szerzyć". Papież zaznaczył, że ten fragment nie odzwierciedla jego własnych poglądów." Takie zdanko nie da się skwitować skrótem myślowym "papież nawiązując do pism [...] powiedział, że księga dopuszcza nawracanie siłą". Po co papież cytuje taki tekst, jeśli nie po to, żeby wzbudzić protesty? Myślę, że gdybym znalazł zbliżony tekst, w którym Mahometa zastąpiłby Chrystus, a potem wygłosił ten tekst publicznie, musiałbym się liczyć z gwałtownymi protestami i oskarżeniem o obrazę uczuć religijnych -- polskich, oczywiście. Nie śmiałbym posądzać Benedykta XVI o to, że cytując tak obraźliwy tekst nie wiedział, co czyni. Jaki był jego cel? Nie wiem, a spekulować nie mam odwagi. Śmiem jednak posądzać Wyborczą o to, że opisuje te wydarzenia i dobiera tytuły w sposób nieobiektywny, mający zwiększyć "skandaliczność", zaś niektórym mogący posłużyć do uzasadniania nienawiści rasowej. To samo zrobiłaby Oriana Fallaci, ale nie udawałaby, że jest inaczej. To samo zrobiłby tabloid "Fakt", tylko tytuły byłyby czerwone i większymi literami. Różnicę nazywamy hipokryzją.

piątek, września 15, 2006

Notka niedokończona o Orianie, Benedykcie i Jarosławie

Muszę przyznać, że inne mam postrzeganie ostatnich dzieł Fallaci, niż Tomek Łysakowski. Nie myślę o niej jako o dzielnej, odważnej kobiecie, która się nie bała napisać "że ulubioną rozrywką muzułmańskich imigrantów we Włoszech jest defekacja pod katedrami" (a homoseksualistów -- gwałcenie dzieci?), tylko raczej o fanatyczce, której nienawiść przesłoniła świat. Taka antyislamska odmiana Wierzejskiego, tylko -- tego nie odmówię -- o wiele inteligentniejsza. Nie wątpię, że gdyby Wierzejski umiał -- i gdyby ktokolwiek chciał toto czytać -- zamiast bloga o fiksacjach analnych publikowałby dzieła podobne do "Wściekłości i dumy".

Przemysław Wielgosz napisał w Przeglądzie raptem dwa miesiące temu: "Przypomnijmy, że po wydarzeniach z 11 września 2001 r. Fallaci w kilku książkach zaatakowała religię muzułmańską, Koran, społeczeństwa arabskie i arabskich imigrantów oraz ich kulturę. Wbrew temu, co sugeruje Smith, oraz część relacjonującej proces prasy, kwestia obrazy religii nie gra tu roli zasadniczej. Fallaci poszła znacznie dalej, niż było dane zauważyć muzułmańskiemu liderowi. Wykreowała Arabów na diabolicznego Innego, zagrażającego naszej tożsamości, naszym domom i dzieciom. Sięgnęła do nieco tylko zmodyfikowanych haseł antysemickich, przypisując Arabom genetyczną skłonność do terroryzmu i przemocy, brak kultury i zdolności do demokracji, wrogość do wolności i kobiet, niezdolność do myślenia i racjonalnego działania. W "Sile rozumu" nie zabrakło też wątków antyimigranckich, gdy autorka dostrzegła w imigrantach forpocztę islamskiej inwazji mającej zalać Europę. Wygrzebując ze śmietnika historii najróżniejsze rasistowskie fantazmaty i wzywając do czynnej rozprawy z obcymi, autorka ożywiła trupa, który wydawał się pogrzebany po klęsce faszyzmu w II wojnie światowej. Jednym słowem, Fallaci wyprodukowała paszkwil, którego nie powstydziliby się propagandziści NSDAP."

Bardzo boimy się złych, nieznanych Arabów. Nigdy nie moglibyśmy z nimi mieć nic wspólnego. Zwłaszcza katolicy, którzy zupełnie inaczej postrzegają rzeczywistość, życie i całą resztę. Na przykład niedawno Jarosław Kaczyński udał się z wizytą do Parlamentu Europejskiego, aby bronić Polski przed fałszywymi i z gruntu nieprawdziwymi łże-oskarżeniami o homofobię i antysemityzm. Święty ów mąż stwierdził, iż "problem homofobii w Polsce jest cokolwiek wymyślony", zaś homoseksualiści "zajmują bardzo wysokie stanowiska w życiu publicznym. I żeby było jasne, to są również ludzie z prawej strony". Niestety żadne nazwiska nie padły, ale wszelkie obawy, zarówno w Łunii jak i wśród polskich homoseksualistów natychmiast się rozproszyły. Wzeszło słońce, a wraz z nim na niebie pojawiła się tęcza.

3 dni temu Benedykt XVI powiedział w Ratyzbonie, że nawracanie przemocą jest sprzeczne z istotą Boga. Nawiązując do pism XIV-wiecznego cesarza bizantyjskiego Manuela Drugiego, papież powiedział, że choć jeden z pierwszych wersów Koranu mówi, iż "nie ma przymusu w religii", to w innych miejscach księga ta dopuszcza nawracanie siłą. Papież dodał, że chrześcijanie i muzułmanie inaczej rozumieją Boga. Jaka jest reakcja wyznawców islamu? Oczywiście zupełnie inna. "Rzecznik pakistańskiego MSZ Tasnim Aslam powiedział, że "ktokolwiek twierdzi, iż istnieje coś szkodliwego i niehumanistycznego w islamie, pokazuje tylko swoją ignorancję tej wielkiej religii". "Z pewnością to nie muzułmanie prześladowali wiernych innych religii" - dodał rzecznik, zapewniając przy tym, że islam to "najbardziej tolerancyjna religia"." Wszelkie obawy, zarówno w Łunii jak i poza nią natychmiast się rozproszyły. Wzeszło słońce, a wraz z nim na niebie pojawiła się tęcza.

Spoczywaj w spokoju, Oriano.

czwartek, września 14, 2006

IV RP to wcale nie PRL!

"Epoka „poważnych” ideologii antydemokratycznych odeszła do lamusa. We współczesnym świecie trudno znaleźć ludzi pryncypialnie występujących przeciwko demokracji, jak niegdyś faszyści i monarchiści. Teraz wszyscy są za demokracją i za prawami człowieka. Nawet władze radzieckie nie były przeciw demokracji, a jedynie przeciwko „umacnianiu się sił antysocjalistycznych, pod przykrywką haseł demokratycznych”. I nie przeciwko wolności słowa, a przeciw wykorzystywaniu tej wolności do „szkalowania ustroju socjalistycznego”."

Cytowany artykuł mówi o prezydencie Rosji, Putinie. Putin jest jak najbardziej zwolennikiem demokracji. Podobnie, jak Lech i Jarosław Kaczyńscy. W Rosji uprawnienia prezydenta są oczywiście nieporównywalnie większe, niż w Polsce, niemniej jednak warto pamiętać, że de facto nasz prezydent może korzystać również z uprawnień premiera (tudzież odwrotnie). Tak więc powróćmy do nieuprawnionych i wyrwanych z kontekstu cytatów z artykułu z "Niezawisimajej".

"Nawet najszczerzej oddany demokracji przywódca nie może się nie starać, aby go słuchano, by mu nie przeszkadzano pracować, by na każdym kroku nie wkładano mu kija w szprychy. Zawsze będzie dążył do tego, by po nim nie doszli do władzy ludzie, którzy zepsują wszystko, co zdołał zrobić, by na ważnych stanowiskach byli ludzie, z którymi dobrze mu się pracuje, żeby ci, których uważa za niegodziwców dostali za swoje itd., itd. I jeśli społeczeństwo nie zdoła go ograniczyć, zaś gotowe będzie mu się podporządkować, to wówczas realizując te normalne ludzkie pragnienia będzie tym samym tworzył system autorytarny."

(Artur Wołek: "PiS nie niszczy demokracji, lecz ją wzmacnia. Daje bowiem wyłonionej w demokratycznych wyborach większości sprawne narzędzia rządzenia państwem [...] w naszej polityce rzeczywiście zachodzi wielka zmiana. Rzeczywiście polega ona na odejściu od demokracji rozumianej jako rządy oparte na "chwiejnym albo trwałym konsensusie" (Środa), trzeba dodać, elit. Ich przeciwieństwem nie jest jednak autorytaryzm, ale silne rządy wyłonionej w demokratycznych wyborach większości, która wraz z mandatem od wyborców dostaje narzędzia dla spełnienia swych obietnic.")

"[Jelcyn] Tworząc konstytucję nie chciał także „ograniczać demokracji”. Chciał jedynie, żeby opozycja w parlamencie nie mogła mu przeszkodzić we wprowadzeniu w życie reform, które uważał za żywotnie ważne dla kraju."

"Usunięcie - jeszcze za rządów Marcinkiewicza - konfliktu między premierem i prezydentem, polityczna kontrola nad WSI, powołanie kontrolowanej przez premiera Komisji Nadzoru Finansowego, osłabienie korporacji zawodowych, wzmocnienie kontroli rządu nad koalicyjnymi posłami i działalnością Sejmu, wzmocnienie roli partii w samorządzie to kroki w kierunku dania rządzącej większości instrumentów sprawowania rzeczywistego przywództwa w państwie."

"Podobnie gdy Putin likwidował niezależną telewizję, nie chciał „ograniczać wolności słowa” – chciał tylko, żeby telewizja nie była narzędziem w rękach oligarchów i żeby nie pokazywano tam obraźliwych dla niego „Kukieł”. Nie zamierzał „faktycznie zlikwidować federalizmu” – on tylko chciał zlikwidować sytuację, w której wybrany mógłby zostać niewłaściwy, a nawet uwikłany w sprawy kryminalne gubernator, a prezydent nie byłby w stanie temu zaradzić."

I tak dalej, i tak dalej. Podobnie kiedy PiS zmienia ordynację wyborczą w taki sposób, żeby wyborca de facto nie wiedział, czyje ugrupowanie wspiera swoimi głosami, zaś najsilniejszy blok (czyli, przypadkowo, ten zawierający w swoim składzie PiS) otrzymywał więcej miejsc, niż by wynikało z ilości oddanych nań głosów, nie jest to wcale spowodowane tym, że liderzy PiS knują plany ograniczenia demokracji i to właśnie jest ich celem. Ich celem jest zgromadzenie w swoich rękach jak największej ilości władzy, oczywiście wyłącznie w szczytnych celach; dzięki temu będą mogli jak najsprawniej wprowadzać swoje niezbędne reformy i rozbijać Układ & Stolik.

Kiedy "Niezawisimaja" pisze: "Podobnie gdy Putin likwidował niezależną telewizję, nie chciał „ograniczać wolności słowa” – chciał tylko, żeby telewizja nie była narzędziem w rękach oligarchów i żeby nie pokazywano tam obraźliwych dla niego „Kukieł”. Nie zamierzał „faktycznie zlikwidować federalizmu” – on tylko chciał zlikwidować sytuację, w której wybrany mógłby zostać niewłaściwy, a nawet uwikłany w sprawy kryminalne gubernator, a prezydent nie byłby w stanie temu zaradzić.", mam natrętne skojarzenie z Jarosławem Kaczyńskim, mówiącym o konieczności powstania dwóch bliźniaczych partii PiS i PO, rządzących krajem na zmianę. (Oczywiście w tym celu PiS i PO nie mogą tworzyć koalicji, bo wtedy kompromitacja jednej oznaczałaby porażkę drugiej w następnych wyborach.) Aby ułatwić społeczeństwu podjęcie decyzji o popieraniu li i jedynie PiS i PO, pisze się ustawy mające zakazać postkomunistom startu w wyborach; dzięki temu społeczeństwo nie będzie już mogło popełniać omyłek i głosować na niewłaściwych ludzi. Nie ma to oczywiście nic wspólnego z ograniczaniem demokracji. Podobnie umieszczanie ludzi układu rządzącego -- nawet, jeśli nie mają absolutnie żadnych po temu kompetencji -- w publicznej telewizji i radiostacjach oraz zwalnianie wszystkich osób, które należą, należały lub mają w rodzinie członka SLD nie jest ograniczaniem demokracji; jest ono po prostu normalnym elementem budowy lepszego świata, na który przepis znają -- tak się złożyło -- tylko ludzie PiS, LPR i Samoobrony.

Co będzie dalej? Już ścigamy ludzi za to, że pieką bułki w kształcie kaczek, bluzgają po pijaku lub piszą listy do władzy. Stworzyliśmy specsłużbę, która wśród swoich uprawnień ma grzebanie ludziom w życiorysach, w tym życiu seksualnym; oczywiście, wyłącznie w celu zwalczania korupcji. System nie jest doskonały; zdarza się, że opozycja zdoła zablokować jakieś głosowanie, czy też nawet doprowadzić do niewłaściwego wyniku; wtedy odzyskany marszałek Sejmu powtarza głosowania tak długo, aż wynik będzie właściwy. Ale -- jak pisze "Niezawisimaja" -- do budowy prawdziwego PRL II potrzeba jeszcze czegoś: "Trzeba dołożyć ostatnich starań, podjąć ostatnie kroki. Ale nie mogą one być nieświadome. Już widać, do czego doszedłeś i trzeba albo przyznać, że jesteś nie tam gdzie chciałeś (co psychologicznie jest prawie niemożliwe), albo że twoim celem było właśnie to, żebyśmy doszli do jakichś rdzennie rosyjskich, zasadniczo różniących się od zachodnich, form politycznych. (w rzeczywistości one takie rosyjskie, jak uzbeckie, kazachskie, czy egipskie.) Ale to wymaga jakiegoś ideologicznego uzasadnienia. Potrzebne są jakieś nowe słowa i nowe myśli. A skąd je wziąć?" Zatem mamy prawie pewność: Wołek ma rację. Nie nastąpi delegalizacja SLD; tylko i wyłącznie dekomunizacja. Nie wprowadzimy cenzury; po prostu obsadzimy odzyskane media naszymi, właściwymi ludźmi, którzy będą wiedzieli, co wolno mówić. Nie zamkniemy nieprawomyślnych gazet, po prostu nałożymy karę za obsceniczne treści. Nie zakażemy informowania o homoseksualizmie, tylko publikowania treści, mogących wpłynąć na rozwój seksualny młodych ludzi. Nie sfałszujemy wyniku wyborów samorządowych; po prostu trochę poprawimy zasady, aby wynik wyszedł taki, jak trzeba. Przecież IV RP to nie PRL, prawda?

piątek, września 08, 2006

Prawie jak sprawiedliwość, czyli prezydenckie zagrywki

Panu prezydentowi Kaczyńskiemu nie spodobało się uzasadnienie wyroku w sprawie Zyty Gilowskiej. Pan prezydent powiedział więc: "Pani sędzia Mojkowska nie jest osobą, której nazwiska nie znam. Wiem z jakich środowisk się wywodzi. To nie powinno mieć żadnego znaczenia, ale wczoraj straciłem tę pewność, że to takiego znaczenia nie ma". Z jakich środowisk pochodzi zła pani sędzina? Jeden z posłów PiS, niestety nie wiem który, bo Kamil Durczok nie podał nazwiska, powiedział, że "[...] to córka byłego szefa "Trybuny", zakorzeniona w komunistycznym środowisku".

Szef Kancelarii Prezydenta, Antoni Szczygło, skomentował tę wypowiedź następująco: "Żadna z władz publicznych w Polsce nie jest wyłączona spod analiz. [...] Analiza, czyli nie tyle podważanie, co zastanawianie się nad działaniami władz publicznych, w tym władzy sądowej nie jest rzeczą niespotykaną na świecie."

Być może tylko moja niewystarczająca znajomość prawa nie pozwala mi stwierdzić, że grzebanie komuś w życiorysie i wypominanie ojca w "Trybunie" celem zdewaluowania wyroku oznacza "analizę działań władz publicznych". Jednak trudno o nieznajomość prawa podejrzewać zawodowców: "Według konstytucjonalisty prof. Piotra Winczorka, poddawanie analizie wyroku sądowego i ocenianie sędziego, który taki wyrok wydaje, jest niedopuszczalne. - Wyrok jest wydany nie w imieniu osoby, która ten wyrok feruje - sędziego o takim czy innym nazwisku, ale w imieniu Rzeczpospolitej Polskiej. O tym pamiętajmy. To nie jest działanie prywatne, to jest działanie państwa. Można by powiedzieć, że jedna część państwa krytykuje drugą część państwa - mówi profesor Winczorek. - W takich warunkach państwo się rozleci prędzej czy później - dodaje konstytucjonalista." Może pan prezydent zastosował skrót myślowy?

Lech Kaczyński został, za dawnych czasów, skazany za obrazę Mieczysława Wachowskiego. Wyrok nakazuje mu przeprosić Wachowskiego oraz wpłacić 10 tysięcy złotych na cele społeczne. Nie wiem, czy dokonał wpłaty, przeprosin w każdym razie odmawia, stwierdzając, że woli "pójść do więzienia niż przeprosić (Wachowskiego)". Zapytany o tę sprawę Szczygło odpowiedział, iż "W tym przypadku należy jeszcze raz tę sprawę rozpatrzyć". Nielichy to problem: sąd wydał wyrok, sąd apelacyjny go podtrzymał, ale prezydent Kaczyński się z nim nie zgadza, w związku z czym należy sprawę rozpatrzyć jeszcze raz, a być może kilka lub kilkanaście razy, dopóki wyrok w końcu nie zadowoli prezydenta. Trochę jak z głosowaniem nad ordynacją samorządową, które było powtarzane tak długo, aż w końcu wynik zadowolił marszałka Sejmu.

Czyż możemy powiedzieć, że podważanie wyroku oraz odmawianie poddania się karze nie przystoi prezydentowi? Ależ skąd! Wszakże Lech Kaczyński był kiedyś wiceprzewodniczącym ugrupowania o nazwie Prawo i Sprawiedliwość; był więc ponad Prawem i Sprawiedliwością. Jak widać, mimo zdania legitymacji partyjnej nic się w tej kwestii nie zmieniło.

czwartek, września 07, 2006

Lepiej w IV RP?

Jak powiedziała Zyta Gilowska, "Skończyła się era solidarności i wolności. Zaczęła się era podłości.". Ale ja zupełnie nie o tym podsumowaniu IV RP chciałem pisać.

Już kilka miesięcy temu zauważyłem zjawisko zaiste zadziwiające. Otóż jedyna, jak się wydaje, organizacja interesująca się żywo emigracją młodych ludzi i namawiająca ich do powrotu to "Gazeta Wyborcza". Wspomagają ją niekiedy inne media, np. interia.pl. "Wyborcza" od jakiegoś czasu specjalizuje się w nadawaniu lekko łzawych tekstów podobnych do przeczytanego przeze mnie dzisiaj reportażu z życia Tomka i Magdy.

Tomek i Magda przez rok mieszkali w Chicago, jednak wybrali Warszawę. Dlaczego? "Niedawno Tomek przechodził przez bazar. Wietnamski sprzedawca usiłował coś mówić po polsku, ale wychodziło mu trudno zrozumiałe seplenienie. Tomek [...] złapał się na tym, że tak naprawdę pomyślał o Wietnamczyku z wyższością. Przypomniała mu się Ameryka. Kolejni szefowie podchodzili, klepali po ramieniu. Mówili "good" i "very good". Ale tak naprawdę myśleli o nim podobnie jak on przez chwilę o wietnamskim sprzedawcy [...]"

Wiemy już, że Tomek swoją dumę narodową ma. Co z Magdą? "Dlaczego zatem - skoro wszystko wyglądało tak pięknie - nie próbowali zostać? Bo trzeba byłoby zacząć studia od nowa. Za 50 tys. dol. rocznie." Przeczytałem okoliczne akapity kilka razy i ciągle nie znalazłem informacji, czemu trzeba byłoby zacząć studia od nowa, skoro "Tam po roku pracy w sklepie mogliśmy mieć mieszkanie. Około 70 metrów, na porządnym osiedlu, solidne, bezpieczne, ładne - ciągnie Tomek. - Oczywiście na kredyt. Ale ważne, że po roku oszczędzania mielibyśmy już 20 proc. wkładu, a w takiej sytuacji dostaje się pożyczkę bez ceregieli." Skoro po roku mielibyśmy już 20 proc. wkładu, spodziewam się, że 5 lat oszczędzania pozwoliłoby kupić mieszkanie za gotówkę.

Przyjrzyjmy się sytuacji finansowej Tomka i Magdy po powrocie do kraju. "Jest praca w Lidze Ochrony Przyrody. Tylko na czas realizacji projektu - dziewięć miesięcy. - Choć płacili tylko 900 zł na rękę, nie marudziłam, zdecydowałam się od razu - mówi Magda. [...] po skończeniu projektu w LOP znalazła nowe zajęcie, aczkolwiek niemające z ochroną środowiska nic wspólnego - odprawia pasażerów na lotnisku Okęcie." Wysokości pensji nie podano. Tomek: "Tomek pracuje dłużej niż rok temu. Jakieś dziesięć i pół godziny dziennie. Z domu wychodzi o 8.20, wraca po 20, czasem o 21. - Wiem, że muszę pracować ciężko i długo, bo nie zrobię tego, co powinienem. Tu nikt nie mówi o godzinach pracy. Dostaje się zadanie."

Artykuł nie porusza kwestii rozliczenia podatkowego z Urzędem Skarbowym (z niezbyt dokładnych, przyznam, wyliczeń wyszło mi, iż państwo Lis musieli dopłacić ok. 21 tysięcy złotych za przyjemność powrotu do Polski). Niemniej jednak załóżmy, że patriotyzm Tomka nie pozwolił mu się zawahać przed wpłaceniem 7 tysięcy zaoszczędzonych dolarów na konto US.

Czy Tomek widzi jakieś wady mieszkania w Polsce? "Polska - jego zdaniem - za wolno się rozwija. Politycy się kłócą o rzeczy bezużyteczne. Potem to leci w mediach. Tomek: - My tego nie rozumiemy, dlaczego całymi dniami wszyscy podniecają się tekstem typu "Zdzichu N. donosił na Zenka W.". Albo jeszcze lepiej: "Nie wiadomo, czy Zdzichu N. donosił na Zenka W.". I to leci w kółko w TVN 24 , Teleekspresie, radiu, Onecie, gazetach. To wychodzi uszami. A o tym, że warszawiacy 15 lat czekają na most północny, to się nie mówi. Media pokazują świat w niepojęty sposób."

Gazeta Wyborcza nie ogranicza się do publikowania reportaży z życia szczęśliwie powróconych. Portal gazeta.pl założył dział "Przystanek Polska". Pobieżne przejrzenie tematów powoduje u mnie lekko schizofreniczne odczucia: "Co zrobić, żeby młodzi nie wyjeżdżali?" sąsiaduje z reklamówką wkładki o ofertach pracy w Irlandii, zaś "Setki tysięcy młodych już zagłosowało -- nogami" z "Nie będę już wyjeżdżać do Londynu!". Wywiad z Olą Gadomską, która mówi, co jej zdaniem powinno się zmienić w Polsce, aby młodzi ludzie nie wyjeżdżali: "Reforma systemu nauczania, szczególnie studiów wyższych, to zadanie państwa, bo duża część szkół wyższych jest wciąż państwowa. [...] Nie uważam za sensowne tworzenie sztucznych ścieżek kariery dla młodych. Po pierwsze, mogłoby to dotyczyć tylko pracy w państwowej administracji, która dla mnie i wielu moich kolegów nie jest czymś wymarzonym. Po drugie, wolałabym, aby o moim awansie decydowały moje umiejętności, a nie sztucznie przyznane przywileje. Jest jeszcze trzecia sprawa, którą rząd może i powinien zrobić dla zatrzymania młodych wykształconych ludzi w Polsce - poprawić atmosferę życia publicznego. Natrętna ideologia narodowo-katolicka czy absurdalne wypowiedzi polityków zniechęcają nas nie tylko do uczestnictwa w polityce, ale w ogóle do mieszkania w Polsce." Jakub Żulczyk, autor określenia "Pokolenie 1200 brutto": "Ludzie w wieku 20, 30 lat nie chcą nic od państwa. Nie wierzą mu. Jakiekolwiek skierowane w ich stronę frazesy, wydumane bajki o mieszkaniach dla młodych małżeństw, jałmużna w postaci becikowego mogą wywołać u nich jedynie uśmiech politowania. [...] Młodych ludzi nie interesują pompatyczne rocznice, wzajemne przepychanki czy karnawał lustracyjny przypominający amerykański okres polowania na czarownice. Nie interesuje ich dogmatyczna wizja państwa polegająca na mentalnej puryfikacji. To ich zupełnie nie obchodzi, bo w porównaniu ze swoimi rządzącymi są oni mentalnie kilkadziesiąt lat do przodu. Nikt nie musi im - nam - nic mówić. My swoje wiemy."

Co z tego wszystkiego wynika? Niestety, nic. Głównym tematem w tej samej gazecie.pl była wczoraj TW Beata, dziś zaś dowiedzieliśmy się, że "Koalicja zbliża się do niebezpiecznego punktu", "Tusk i Rokita przeszkadzają", "Koniec misji Macierewicza nie jest przeszkodą", "Nieodczytanie listu Giertycha jest przestępstwem" oraz "Paris Hilton zatrzymana pod wpływem". Sejm zajmował się wczoraj nowym urzędem ds. cenzury, naruszaniem prawa przez żołnierzy WSI oraz odraczaniem senackich popraw do ustawy lustracyjnej. Kandydaci na prezydenta Warszawy, miasta, do którego wrócili Tomek i Magda, nie mają żadnych osiągnięć administracyjnych, którymi mogliby się pochwalić (najbliżej do tego chyba Hannie Gronkiewicz-Waltz), za to ładnie wołają jesjejes, tańczą na studniówkach, fiksują się analnie na przygodach nieszczęśliwych piosenkarzy oraz podpisują porozumienia czwórstronne. Reforma edukacji ma nawet miejsce, czemu nie, w tym roku na przykład uczniowie mają o jedną godzinę WF mniej. PO kręci reklamówkę o PiS, a PiS odpowiada reklamówką o PO. Z obniżenia kosztów pracy zrezygnowano. Ułatwiona rejestracja firm oddala się w czasie. O zniesieniu umów o podwójnym opodatkowaniu z krajami innymi niż Wielka Brytania cicho. 3 milionów mieszkań niet. Ale za to w Warszawie powstają "wieżowce dla bogaczy".

Co z tego wszystkiego wynika? Obawiam się, że bardzo niewiele. Jeśli jedynym argumentem przemawiającym przeciw wyjazdowi jest to, że Amerykanie, Anglicy czy też Holendrzy będą myśleć o nas z wyższością, to może warto, aby rząd sfinansował jakąś kampanię telewizyjną, w której tłusty kapitalista strząsa popiół cygara na wychudzone plecy polskiej rodziny; jeden artykuł tygodniowo w "Wyborczej" i drugi w "Newsweeku" czy "Wprost" mogą nie wystarczyć. Chyba, że prawdą jest to, co podejrzewam; być może nikomu oprócz dwójki czy trójki nawiedzonych redaktorów "GW" nie zależy na tym, żeby młodzież została w kraju. Są sprawy ważniejsze. Aż dopóki nie zawali się system emerytalny, przyrost naturalny nie spadnie poniżej zera, zaś wieżowców dla bogaczy nie będą bronić strażnicy z kałasznikowami i psami. Oczywiście, tylko pozytywnie zlustrowani.

środa, września 06, 2006

Cierpienia młodej Zyty

"Po erze wolności i solidarności przyszła era podłości - powiedziała po wyjściu z sali rozpraw Zyta Gilowska. - Okazało się, że bardziej wiarygodne są zeznania byłego esbeka oraz jego sprzedajnej żony niż zeznania Gilowskiej - dodała."

Pani profesor Gilowska została dzisiaj uwolniona od zarzutu kłamstwa lustracyjnego. Odwdzięczyła się obrażając sędzinę, Rzecznika Interesu Publicznego, esbeka, którego zeznania doprowadziły do jej uniewinnienia, jego żonę (ciekawe, czy "sprzedajna żona" to nie jest aby obelga karalna?) a także -- trudno mi się oprzeć tej konstatacji -- kolegów z rządu, Senatu i Sejmu. Według starej -- według Sejmu złej -- ustawy ministra Gilowska miała prawo do procesu. Według ustawy nowej na podstawie zachowanych dokumentów ministra Gilowska zostanie uznana za osobowe źródło informacji, co uniemożliwi jej zasiadanie w rządzie; nie zważa na to Jarosław Kaczyński, który zaprasza profesorę Gilowską na wygrzany stołek. Natomiast autor zmian w ustawie lustracyjnej, Arkadiusz Mularczyk, uznał, że "proces dowiódł, że w obecnej lustracji instrumentalnie wykorzystuje się zeznania świadków, dawnych funkcjonariuszy SB. "Uważam, że ta koncepcja którą przyjęliśmy jest słuszna, bo pozwoli opinii publicznej i pracodawcom wyrobić sobie pogląd na temat osób, które pełnią funkcje publiczne" - argumentował."

Czego dowiódł proces Gilowskiej? Po raz n-ty dowiódł, że nie da się czasami jednoznacznie wydać wyroku "tak, była" albo "nie, nie była". Sędzina w uzasadnieniu wyroku podkreśliła (co Zyta Gilowska uznała za "zbryzganie mnie z błotem") że TW Beata była osobą wysoce gadatliwą; wiedząc, że Wieczorek jest oficerem SB, otwarcie dzieliła się z nim informacjami; reakcja Gilowskiej na wyrok, fakt oskarżenia przez RIP i sposób, w jaki opisuje swoją sytuację wydaje się wskazywać, że oskarżona nie jest osobą w pełni zrównoważoną. Sytuacja Gilowskiej była w rzeczywistości komfortowa: esbek zeznawał na jej korzyść, na jej korzyść zostały rozwiązane wszelkie wątpliwości, zapadł wyrok uniewinniający, po jej stronie był zarówno poprzedni, jak i aktualny premier, inni członkowie rządu; udało jej się oczyścić z zarzutów tuż przed rozpoczęciem funkcjonowania nowej ustawy. Tysiące ludzi nie będą miały tej możliwości. Niejasności, braki i wątpliwości stara ustawa ma obowiązek rozstrzygać na korzyść oskarżonego; nowa stawia oskarżonego przed koniecznością udowodnienia niewinności.

Czy Gilowska była agentką? Tego, tak naprawdę, proces nie rozstrzygnął. Czy esbek mówił prawdę? Nie wiadomo. Jak wyglądały zniszczone dokumenty? Nie wiadomo. Czy jeśli Gilowska wiedziała o miejscu pracy Wieczorka, a jednak opowiadała co jej ślina na język przyniosła, to współpracowała z SB? Trudno powiedzieć. Czy Gilowska jest niewinna? Nie wiadomo.

Czego jeszcze się dowiedzieliśmy? Tego, jak łatwo jest zniszczyć człowieka. Według nowej ustawy, jaką opracował PiS, Gilowska nie tylko nie mogłaby powrócić do rządu, ale zgoła nie mogłaby pozostać na uczelni; nawet, jeśli uznanie jej za OŹI odbyłoby się bez jej wiedzy, Gilowska musiałaby stracić pracę. (Zwraca na to uwagę prof. Staniszkis, która w sprawie lustracji zmienia zdanie dość często; aktualnie jest przeciwna.) Według senackiej poprawki pracodawca nie miałby nawet możliwości rozważenia, czy Gilowską zwolnić, czy też nie -- miałby obowiązek jej zwolnienia. O tym, za co mają się utrzymać zwolnieni z pracy OŹI, ustawa nie wspomina.

Premierowi, prezydentowi i samej TW Beacie przypominam, że fakt, iż ten konkretny proces w tej konkretnej instancji uniewinnia Gilowską od zarzutu współpracy wcale nie oznacza, że Gilowska nie skończy w kolejce po darmową zupę; Gilowska musiałaby po pierwsze wystąpić z pozwem przeciw IPN, po drugie zaś zostać oczyszczoną z zarzutów. A o ile według sądu nie można uznać Gilowskiej za świadomą agentkę, o tyle jak najbardziej można określić ją mianem OŹI. Pani profesor -- na Pani miejscu być może rzeczywiście przyjąłbym propozycję powrotu do rządu; nie wiem, ile zarabia wicepremier, ale pewnie więcej, niż wykładowca uczelni, a może warto zrobić sobie jakieś oszczędności, zanim się ruszy do okienka po zasiłek.

Tanie państwo kupię niedrogo

Drobny zgrzycik przed wyborami do samorządów: otóż populiści stanęli wreszcie przed koniecznością zrównoważenia ilości obietnic z ilością kaski w budżecie. Oto skutki:

"Czterokrotnie wyższa będzie akcyza na olej opałowy (ale użytkownicy dostaną rekompensaty), o 30 proc. większym podatkiem obciążony będzie autogaz, o 13 proc. papierosy, o 25 gr na litrze wzrośnie podatek na benzynę. Obie ostatnie podwyżki wymuszone są przepisami UE. Do tych podwyżek rząd nagle dorzucił nową: o 10 proc. wzrośnie akcyza na piwo. Za pół litra trunku piwosze zapłacą o ok. 5 gr więcej, a fiskus zbierze 250 mln zł. Na swej stronie internetowej rząd tłumaczy to również wymogami UE, chociaż to nieprawda - nasza stawka na piwo już dziś jest większa niż unijne minimum. [...] Ministerstwo Finansów w ostatnich dniach rozdmuchało prognozę dochodów na rok 2007. Z dnia na dzień przybyło 3,2 mld zł, co minister finansów Stanisław Kluza tłumaczy dobrą koniunkturą."

"Premier Jarosław Kaczyński zaprzeczał wczoraj, by wyśrubowano dochody przyszłorocznego budżetu po to, żeby koalicjanci z Samoobrony i LPR mieli co wydawać. Od kilku dni wicepremierzy Lepper i Giertych przekonują, że koalicja jest zagrożona. [...] Nie będzie podwyżek dla nauczycieli, będą za to podwyżki dla rencistów i emerytów. Nie zmaleje składka rentowa, bo według premiera "nie ma na to pieniędzy"."

"
Przed kilku dniami "Gazeta" prognozowała, że po 1 września chleb zdrożeje o 10-15 proc. Dziś jest pewne, że podwyżka będzie znacznie wyższa - sięgnie nawet 30 proc.! To efekt wydarzeń na rynku pszenicy. [...] Już wiadomo, że naszego rynku nie podratuje 70 tys. polskiej pszenicy z magazynów - 31 sierpnia w Brukseli została ona sprzedana do krajów spoza UE, m.in. do Egiptu. Szokująca jest zwłaszcza cena - ok. 480 zł za tonę. Komisja Europejska nie wzięła pod uwagę wniosku Leppera, ponieważ prawdopodobnie wysłał go za późno - wszelkie procedury urzędnicze są w Unii długotrwałe."

W międzyczasie trwają ożywione prace nad spełnieniem obietnicy o 3 milionach mieszkań: "Ponad miliona 120 tysięcy polskich emigrantów doliczyła się organizacja European Citizen Action Service (ECAS). W raporcie opublikowanym wczoraj zauważa, że stanowi to aż 3 procent wszystkich Polaków i prawie 5 procent tych w wieku produkcyjnym. [...] Raport podkreśla, że zatrudniający Polaków uznają ich za ciężko pracujących, zmotywowanych i gotowych zaakceptować zajęcia, na które nie ma chętnych w goszczącym ich kraju. Autorzy opracowania żałują, że nie zauważa tego opinia publiczna na Zachodzie, która ekscytuje się głównie wysoką liczbą polskich emigrantów." Cóż, milion emigrantów trzech milionów mieszkań nie zwolni, ale w końcu PiS stwierdził, że trzy miliony to plan obliczony na osiem lat budowy Taniego Państwa. Taniego, bo co warte państwo, w którym nauczycielom odmawia się podwyżek, maturę dostaje się z oceną niedostateczną, premier uzyskał doktorat pisząc* "obiat" i "uprzejmnie", prezydent został profesorem nie znając żadnego języka obcego, a osoby z wyższym wykształceniem są określane mianem wykształciuchów?

* gwoli ścisłości, "obiat" i "uprzejmnie" nie znalazły się w pracy doktorskiej, tylko zupełnie gdzie indziej.

sobota, września 02, 2006

IV RP pluje w twarz łże-obywatelom

Był sobie taki pan, co się zwał Michalkiewicz. Żyłem sobie spokojnie, nieświadom jego istnienia, aż dopóki nie dowiedziałem się o jego antysemickim felietonie, wygłoszonym na antenie Radia Maryja. (Są tacy, co twierdzą, że felieton nie był wcale antysemicki, bo w końcu sformułowanie "przedsiębiorstwo holocaust" wymyślił Żyd; warto zauważyć, że rzekomego wtykania polskich flag w psie kupy dokonał rysownik narodowości jak najbardziej polskiej, co nie powstrzymuje prokuratury od ścigania go za znieważenie symboli państwowych) Sąd uniewinnił pana Michalkiewicza od zarzutów, zaś KRRiT uznała, że przekonują ją argumenty o. Rydzyka, który napisał w liście do Rady, iż "felieton Michalkiewicza dotyczący żądań organizacji żydowskich mieści się w zasadach demokratycznego państwa, które gwarantuje swobodę wyrażania poglądów i idei". Dwa dni po wydaniu wyroku uniewinniającego ogłoszono, iż pan Michalkiewicz został zatrudniony w Polskim Radio.

Jakoś tak wydanie wyroku na Michalkiewicza zbiegło się z kilkoma innymi wydarzeniami. Bezdomny Hubert H. jest ścigany za obrazę głowy państwa. Emerytka Wanda G. została skazana za obrazę ministra od wasserwanny. Olsztyński prawnik został skazany za to, że w prywatnym liście do prezydenta miasta określił urzędnika mianem ignoranta. Żadna z tych wypowiedzi nie mieści się, jak widać, w zasadach demokratycznego państwa, które gwarantuje swobodę wyrażania poglądów i idei; nie zmienia tego nawet fakt, że Michalkiewicz za swoją wypowiedź został opłacony, a wygłoszona została ona na antenie radiowej; Huberta H. słyszało kilku policjantów, Wanda G. pisała listy do telewizji (bynajmniej nie w intencji uzyskania swojego programu, w którym mogłaby lżyć ministrów), a olsztynianin napisał prywatny list. Co mają wspólnego te trzy sprawy? Wszyscy troje ośmielili się podnieść rękę nieczystą na nasze "demokratyczne" władze. Nie spodziewam się, żeby któraś z tych osób została w najbliższym czasie zatrudniona przez Polskie Radio.

W Polsce, jak wiadomo, nie ma antysemityzmu ani homofobii. Potwierdzają to orzeczenia sądów, które jakoś tak nie umieją się dopatrzeć u Michalkiewicza obrazy Żydów, a w porównywaniu homoseksualistów z nekrofilami -- obrazy homoseksualistów. Potwierdza to sam premier Kaczyński, który w Brukseli z naciskiem powtarza, że Polska jest bardzo tolerancyjnym krajem. I tylko fakty troszkę zgrzytają w tej pięknej wizji, ale tym gorzej dla faktów. W końcu mamy pluralizm; z pieniędzy podatników opłacani będą zarówno pan Michalkiewicz, jak i jego "przeciwwaga" -- Michał Ogórek z Gazety Wyborczej. W ten sposób przeciwwagą dla autora książki "Studia nad żydofilią" będzie autor książki "Najlepszy Ogórek, czyli kalendarz na każdy dzień". (Ciekawe swoją drogą, kogo pan Wolski postrzegałby jako przeciwwagę dla Jerzego Urbana, skoro Michalkiewicz okazuje się być takim prawicowym Ogórkiem?)

Jako, że mamy już dziennikarza prawicowego oraz dzikiego lewaka, w Radio pojawią się również głosy ścisłego centrum polskich mediów, czyli panowie Igor Zalewski (Wprost, Dziennik), Maciej Rybiński (Fakt, Dziennik) i Rafał Ziemkiewicz (Newsweek, Gazeta Polska). Dzięki tak doskonałemu wyważeniu opinii mamy pewność, że wszyscy obywatele znajdą w Radio swoich reprezentantów; jest to pewność równie silna, jak ta, że w Polsce nie ma antysemityzmu, ani homofobii, a wynikająca z tego, że łże-obywatele, którzy zechcieliby twierdzić inaczej, dostali właśnie w papę; w Polskim Radio obowiązywać będzie pełna i stuprocentowa wolność słowa, pod warunkiem, że będzie to słowo prawicowe.