środa, listopada 29, 2006

Pochwała Giertycha

Tak. Nie mylą Was zdumione oczęta. Otóż:

"Minister zapowiedział podpisanie nowelizacji rozporządzenia w sprawie podstawy programowej wychowania przedszkolnego oraz kształcenia ogólnego. Zgodnie z projektem nowelizacji, do kanonu lektur szkolnych dla gimnazjów włączone zostaną powieści: "Krzyżacy" oraz "Opowieści z Narnii" C. S. Lewisa (część pierwsza - "Lew, czarownica i stara szafa")."

Wiem, że "Opowieści z Narnii" to w gruncie rzeczy "spłata długu" Lewisa po nawróceniu na katolicyzm. Ale w niczym mi to nie przeszkadza. "Opowieści" połknąłem, bo inaczej się tego nie da wytłumaczyć. Mojego młodszego o 14 lat brata "Opowieści" nauczyły czytać; czytałem mu fragmenty książki, po czym zostawiałem otwartą na półce, mówiąc "jeśli masz ochotę, to sobie czytaj dalej". Przeczytał całość, wszystkie 7 tomów, a potem sięgnął po Tolkiena i Pratchetta. Tej decyzji Giertycha mogę tylko przyklasnąć. Pozostaje... ahem... modlić się, aby nauczyciele dzieciom Lewisa nie obrzydzili.

Wszechnaziolki w prokuraturze

"Internetowy portal Dziennik.pl ujawnił we wtorek film z imprezy neofaszystów na Śląsku. W środę została ona opisana w gazetowym wydaniu "Dziennika". Młodzi ludzie bawili się na tle flag: polskiej i faszystowskiej, wznosili nazistowskie okrzyki i palili pochodnie w kształcie swastyki. Według "Dziennika", w imprezie miała brać udział asystentka eurodeputowanego LPR Macieja Giertycha, działaczka MW Leokadia Wiącek. O imprezie pisał także "Fakt". [...] Młodzież Wszechpolska poinformowała PAP w komunikacie, że składa zawiadomienie do prokuratury "w związku z podejrzeniem popełnienia przestępstwa, polegającego na propagowaniu i gloryfikowaniu ideologii nazistowskiej" przez uczestników imprezy. MW zapowiedziała także złożenie pozwu cywilnego do sądu przeciwko wydawnictwu Axel Springer, redaktorom naczelnym "Faktu" i "Dziennika" oraz autorom publikacji."

Jak z tego wynika, przestępstwo popełniła zarówno MW, która sama na siebie donosi do prokuratury (chwalebne -- to się nazywa złożyć pełną samokrytykę) oraz Axel Springer, który niezgodnie z prawem poinformował o tym opinię publiczną. To, że wszaki organizują nazistowskie imprezy, gloryfikują faszyzm, wołają "heil Hitler", "zrobimy z wami co Hitler z Żydami" etc., chyba dla nikogo nie jest nowością (tzn. dla nikogo oprócz sędziów, umarzających kolejne postępowania z uwagi na brak dowodów). Natomiast niewątpliwą nowością jest wystąpienie "Dziennika" przeciw MW -- czyli przeciw LPR. I to akurat w momencie, kiedy Jarosław Kaczyński ogłasza, że "Marcinkiewicz byłby dobrym ministrem edukacji". Przypadek, czy oficjalne zawiadomienie, że przystawka, którą już zjedzono i strawiono właśnie została wydalona?

"Zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa przez uczestników neofaszystowskiej imprezy skierował do prokuratora generalnego wicepremier, minister edukacji Roman Giertych. "Zdaniem ministra, wszelkie formy propagandy nazistowskiej powinny być ścigane, a ich uczestnicy karani" - napisała rzeczniczka MEN w komunikacie." To mi się nawet podoba; nareszcie sprawa przybrała takie rozmiary, że nie da się jej zignorować. To, że Romcio natychmiast odcina się od swoich wychowanków, niespecjalnie mnie zaskakuje; nerwowe ruchy są typowe dla małych rybek (koników morskich?) zapędzonych w kąt. Zaskakuje mnie głupota jego podopiecznych: "Wiceprezes MW Konrad Bonisławski zaznaczył natomiast, że nie widzi podstaw do delegalizacji organizacji, która istnieje od 17 lat." No, skoro akurat od 17 to nie ma podstaw. Nowością jest też to, że portal nacjonalistyczny prawy.pl nagle stał się źródłem materiałów dla Onetu: "Według informacji portalu Prawy.pl, organizatorem wspomnianej imprezy był Paweł Schmidt, który w listopadowych wyborach samorządowych startował z listy PiS w Zabrzu. Jak twierdzi portal, impreza odbyła się na jego działce. Portal podaje jednocześnie, że wcześniej Schmidt był przez pewien czas związany z LPR i został z niej usunięty."

Następne miesiące będą pewnym testem. Albo MW zostanie zdelegalizowana, a Giertych usunięty kopniakiem z koalicji, albo moje skojarzenia Polski A.D.2006 z Niemcami A.D.1935 potwierdzone. Na razie czekamy, piekąc kiełbaski* przy ogniu. Niekoniecznie przy takim w kształcie swastyki.

* w Holandii mają szalenie smaczne kiełbaski wegetariańskie

poniedziałek, listopada 27, 2006

HGW i Marionetkiewicz w jednym stali domu

Dzisiaj znowu głównie cytaty, bo jeśli mądrzy ludzie już wyrazili moje poglądy, nie ma potrzeby strzępić klawiatury -- zwłaszcza, że mnie łapy po siłowni bolą.

Puuchatek: "Co przyświecało panu Marszałkowi Sejmu, kiedy opowiadał TAKIE androny? "PO wyprosiła poparcie lewicy...". To żenujące po prostu. Najpierw - po pierwszej turze wyborów samorządowych - zarówno członkowie PiS, jak dyżurni apologeci tej partii na forach internetowych aż się zapluwali krzycząc, że teraz PO MUSI zawrzeć jakąś formę koalicji z lewicą, żeby wygrać (zwłaszcza w Warszawie). Także większość komentatorów politycznych była tego zdania. [...] Okazało się, że Gronkiewicz jednak wygrała. Że lewica Borowskiego poparła ją POMIMO odmowy stworzenia koalicji. Że Tusk wygrał tę rozgrywkę - otrzymał popracie niezbędne do zwycięstwa BEZ wchodzenia w dwuznaczne układy. Tymczasem prominentny polityk PiS - partii która, jak pisałem, za analogiczne poparcie zapłaciła ogromną cenę i trwa w koalicji z ugrupowaniami, które są zaprzeczeniem wszystkich głoszonych przez PiS haseł - odwraca kota ogonem i opowiada dyrdymały o "wypraszaniu poparcia". Panie Marszałku - jeśli pan jeszcze nie zauważył - to PiS wyprosiło (wyżebrało...) poparcie Samoobrony i LPR. [...] Platforma akurat NIE ZWRACAŁA SIĘ o poparcie. A PiS zwracał się o poparcie do Samoobrony, co oczywiście świetnie wróży polityce polskiej."

Na koniec Puuchatek stwierdza, iż SLD i SdPl są mu "bardzo dalekie, żeby nie powiedziec -- wstrętne". Tu się nie zgadzamy (ciekawe, swoją drogą, że ja się ogólnie zgadzam prawie ze wszystkim, co Puuchatek pisze, a tutaj akurat nie). Spróbuję wymienić główne ugrupowania polityczne i moją odległość od nich.

PiS -- baaaaaardzo, baaaardzo daleko -- lata świetlne
PO -- o ok. 50 cm bliżej (mniej więcej co tydzień kompromitują się w moich oczach po raz kolejny, a kiedyś było to ugrupowanie, na które chciałem głosować)
LPR -- bądźmy poważni
Samoobrona -- zbliżona odległość
SLD -- kilkaset kilometrów
SdPl -- około 500 metrów

Trudno to określić słowami "blisko mi do SLD i SdPl" -- ale, tak naprawdę, jaki mam wybór? (I pytanie pomocnicze: w jaki sposób może się przebić do świadomości publicznej ugrupowanie, które w sondażach, artykułach i programach TV jest ujmowane w kategorii "inne"?)

Czas na kolejny cytat. Pan Bogdan Miś: "Wyniki wyborów - moim zdaniem - należy czytać tak: kto się powoływał na PiS - najczęściej przegrywał; kto robił choćby nikłe gesty w kierunku lewicy lub nawety pseudolewicy (vide wyniki zblokowania PO z PSL!) - wygrywał. Te wybory były głównie wyborami przeciwpisowskimi; jest to trend czytelny i chyba trwały. Jeśli teraz więc Platforma zrobi jakiś ruch w kierunku koalicji POPIS - padnie i ona. Jedyną przyszłość ma w tym kraju - jestem o tym głęboko przekonany - Wielka Koalicja: Platforma plus Lewica i Demokraci. Która będzie bardzo liberalna obyczajowo, laicka, nienacjonalistyczna i - z drugiej strony - lekko tylko liberalna gospodarczo. W sumie - coś w rodzaju socjaldemokracji szwedzkiej albo duńskiej; to ma przyszłość.
Aby to powstało: PO musi głośno i wyraźnie przestać się brzydzić lewicą, sama zaś lewica nie powtarzać błędów prawicy i nie żreć się między sobą. Uznać np. Borowskiego za przywódcę całości, wziąć “ruki po szwam” i podporządkować się temu rasowemu inteligentowi. [...] Rzecz tylko w tym, że w żaden z opisanych powyżej zwrotów i manewrów politycznych nie wierzę."

Podobnie jak ja. Nawiasem mówiąc, "bardzo liberalna obyczajowo" oznacza w polskich warunkach zachodnioeuropejską centroprawicę. Ale kto ma stworzyć tę nową, liberalną obyczajowo Platformę? Marysia "Margines" Rokita, Donald "Konserwatysta Z Córką" Tusk, czy Stefan "Co się pederastom nie kłaniał" Niesiołowski? Jest dla mnie absolutnie oczywiste (badania przeprowadziłem na niezupełnie losowej próbce złożonej z moich znajomych) że wybór między konserwami kapitalistycznymi, a konserwami socjalistycznymi nie spowoduje pozostania młodej polskiej inteligencji (zwanej również wykształciuchami) w kraju. Ślepota polityków, którym najwyraźniej kompletnie nie przeszkadza odpływ młodych, wykształconych ludzi zadziwia. Przecież ta Europa, to siedlisko dewiancji jest. W tej Anglii gdzie to milion Polaków już wyjechało, w tej Anglii to ja słyszałem, że Elton Żon wziął ślub z facetem. Z facetem on wziął go! Tak tak moje owieczki i baranki. A jednak Polacy tam jadą, mimo, że 97% narodu to katolicy, co by aborcji chętnie zakazali. W Anglii im aborcja nie przeszkadza i dewiancje też nie. Co gorsza, nawet w Holandji ja spotykam Polaków i to nie tylko w kościele ani na protestach antydewiancyjnych!

(Bracie Anzelmie, brat się położy...)

I na koniec -- pokrótce -- Centrolew. "Nie jestem zadowolony ze zwycięstwa Hanny Gronikiewicz-Waltz w wyborach na Prezydenta Warszawy. Nie dlatego, że jest z PO, ale dlatego, że dostała się dzięki głosom wyborców lewicy namówionych przez ich liderów. I w tym jest główny problem. Teraz posypią się stanowiska w zamian za poparcie Borowskiego i Kwaśniewskiego. To może zabić inicjatywę stworzenia nowej jakości. Uważam, że LiD nie dorósł jeszcze do władzy. Za wcześnie..." Obawiam się, że Centrolew może mieć rację. Nie dlatego, że ja odmawiam czci i honoru Borowskiemu, czy Olejniczakowi (choć ten drugi nie wzbudza we mnie sympatii -- nie tak, jak Miller czy Oleksy, którzy wzbudzają we mnie lekkie obrzydzenie, tylko jakoś tak po prostu... za gładki jest). Dlatego, że trudno będzie odmówić słuszności, jeśli Marek "Marszałek do wynajęcia" Jurek albo inne Kartofle zaczną wołać, że żadna odmiana w polskiej łże-lewicy nie nastąpiła -- bo po prostu nie miała kiedy. I ciemny lud to łyknie.

Na koniec temat wstydliwy. Co teraz zrobi Kazio? Stawiam, że wstąpi do PO, być może na miejsce Marysi "Marginesu" Rokity. A Wy jak sądzicie?

środa, listopada 22, 2006

Aaaaaaaborcji zakażę

W dzisiejszej Gazecie czytamy: "Testem na stosunek do przerywania ciąży jest na całym świecie odpowiedź na pytanie, czy aborcja powinna być prawnie dopuszczalna, gdy kobieta jest w ciężkiej sytuacji albo po prostu nie chce mieć dziecka. Od początku lat 90. nasze poglądy się nie zmieniały, np. tyle samo Polaków dopuszczało, co odrzucało aborcję z powodu trudności materialnych kobiety. Teraz nastąpiła gwałtowna zmiana zgodna z postulatami "ochrony życia poczętego". Zdecydowana większość - około dwóch trzecich - Polaków w ostatnim sondażu CBOS nie chce, by prawo pozwalało kobiecie usunąć ciążę, gdy trudno jej będzie dziecko wychować [...] W 1997 r. 65 proc. Polaków uważało, że "kobieta, jeśli tak zdecyduje, powinna mieć prawo do aborcji w pierwszych tygodniach ciąży" (bez precyzowania warunków), dziś tak sądzi tylko 44 proc. Jednocześnie przybyło przeciwników prawa kobiety i po raz pierwszy te dwie grupy są równoliczne. Interesujące, że Polki (40 proc.) w mniejszym stopniu niż Polacy (48 proc.) dają sobie takie prawo. Postawa, by zakazać aborcji, nasila się wraz z religijnością badanych i na wsi, a słabnie wraz z wykształceniem. I odwrotnie, zwolenników wolnego wyboru kobiety jest więcej wśród ludzi o poglądach lewicowych i ateistów."

To rzeczywiście zaskakujące, że zakazywać chcą mieszkańcy wsi, osoby religijne i niewykształcone. Gorzej, że język "życia nadpoczętego" udzielił się również osobom wykształconym -- "Socjolog Mirosława Grabowska z Instytutu Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego tłumaczy utrzymujące się przyzwolenie na przerywanie ciąży w przypadkach opisanych w ustawie: - Ludzie lubią być w zgodzie z prawem. Ale nawet tutaj przyzwolenie zmalało. Widać efekt debat nad ustawą o aborcji. Do ludzi dotarły argumenty duchownych i świeckich, że najważniejsza jest ochrona życia poczętego, że można zabić poczęte już życie tylko w wyjątkowych okolicznościach."

Co to jest "poczęte już życie" socjolog (nie socjolożka, bo autorka tekstu nie jest feministką) nie wyjaśnia. A przecież nawet w łonie Kościoła Matki Naszej nie ma na ten temat pełnej zgody. Niestety w sondażu nie padło również pytanie "czy ważniejsze jest dla ciebie życie zygoty, czy kurczaka, który w odróżnieniu od zygoty czuje ból". Zresztą -- który i która z niewykształconych wyznawców zamieszkałych na wsi zrozumiałby takie pytanie? I jak dużą wagę mają badania poglądów społeczeństwa, którego 1/3 uważa, że świat, zwierzątka i ludzi stworzył Pan Bóg w ciągu 7 dni?

Edwin Bendyk zwraca uwagę w swoim blogu na pewien smutny fakt: otóż to prawda, że jeśli LepPeRoPiSs zawłaszczy telewizję, radio i gazety zawsze pozostanie nam internet. Niestety tak się jednak składa, że demokracja oparta na internecie jest ułomna; ile byśmy nie napisali mądrych artykułów, książek i esejów, publikacja ich tylko w internecie oznacza, że ani słowo nie dotrze do pewnej -- bardzo dużej -- grupy osób. Osoby te w większości są słabo wykształcone, w średnim lub starszym wieku, są raczej mieszkańcami wsi i niedużych miasteczek, niż dużych miast. Mówi Wam to coś? A przecież nawet w internecie pojawia się mnóstwo "oszołomów", którzy wszędzie widzą Układ & Stolik, węszą za komuchami, walczą z życiem narodzonym, aby nie ośmieliło się podnieść ręki na życie nadpoczęte i pilnują, żeby Wikipedia była równie katolicka, jak cała Polska.

Symbolem IV RP nie jest dla mnie dziarski prokurator Ziobro, co nie wierzy w resocjalizację, ani nawet Kartoffeln-Bros. IV RP to dla mnie Roman i Maciej Giertychowie. Kreacjonizm zamiast ewolucji. Konferencja prasowa w szkole, której uczennica popełniła samobójstwo. Zakaz aborcji nawet, jeśli wiadomo, że kobieta nie przeżyje porodu. De facto umysłami rządzi w tej chwili LPR. To prawda, że ich poparcie oscyluje w granicach błędu statystycznego. A jednak ich działania prowadzą do zmiany języka, jakim się mówi; jeśli socjolożka, czyli osoba o wykształceniu raczej wyższym, niż podstawowe, wypowiadając się na łamach komunistycznej łże-Gazety używa określeń "życie poczęte" oraz "zabić", to dla lewaków (dawniej zwanych osobami o poglądach centrowych) jest oczywiste, że coś się zmieniło.

Według cytowanego na początku sondażu "Tylko 11 proc. badanych uznało, że kwestia aborcji to "jeden z najważniejszych problemów wymagających szybkiego załatwienia", najczęściej ludzie twierdzili, że to "problem ważny, ale nie pierwszoplanowy"." Mi jednak wydaje się, że jest zupełnie inaczej. Kartoffeln-Bros z ich obsesją lustracyjną i wątłymi, antyrosyjskimi piąstkami walącymi w stół przeminą bez śladu. Natomiast wypowiedź wiceministra edukacji, wedle której ewolucja to kłamstwo, określenie "życie poczęte", nienawistno-brukowy język polityki oraz postrzeganie uczniów jako jakichś strasznych potworów, pożerających żywcem osoby starsze, wierzące i zamieszkałe na wsi pozostanie na lata. Pisze o tym prof. Wojciech Sadurski: "Najgorszym rezultatem postawienia na porządku dziennym sprawy dalszego zaostrzenia obecnej ustawy antyaborcyjnej wcale nie jest groźba, że do tego zaostrzenia rzeczywiście dojdzie. [...] Naprawdę fatalną konsekwencją odrzucenia owego pomysłu będzie utrwalenie wśród opinii publicznej przekonania, że obecny stan prawny jest jakimś rozsądnym kompromisem między stanowiskiem liberalnym a rygorystycznym. Dziś liberałowie w Polsce muszą bronić kuriozalnego stanu rzeczy istniejącego w tej wersji tylko w dwóch krajach europejskich (Irlandia i Malta), zamiast przypominać, że już jesteśmy przy ścianie, a nie w jakimś rozsądnym centrum. [...] Trzeba zatem przypominać: mamy dziś najbardziej rygorystyczny system w całym zachodnim świecie demokratycznym." Hanna Samson: "Zmiana konstytucji, którą postuluje LPR, zyskała poparcie arcybiskupa Michalika. W swoim poparciu arcybiskup nie powiedział, co robić, gdy zagrożone jest życie i zdrowie kobiety. Albo gdy kobieta zaszła w ciążę w wyniku gwałtu. Prawdę mówiąc, arcybiskup ani razu nie użył słowa kobieta. Bo kobieta nie jest tu ważna. Liczy się życie poczęte. Ona ma rodzić bez względu na okoliczności. Nie ma znaczenia, czy tego chce, czy może sobie na to pozwolić, jaką cenę za to zapłaci. Rzecz nie w tym, że odbiera się nam prawo do aborcji, która dla większości kobiet jest ostatecznością. Odbiera się nam prawo do kierowania się własnym sumieniem." Problem tylko w tym, że Samson pisze sobie w internecie. A na papierze? Na papierze można przeczytać: "To manipulacja kobietami - mówi prof. Ludwika Sadowska z katedry pediatrii AM we Wrocławiu. - Przecież lekarzom i osobom, które zajmują się problemem syndromu poaborcyjnego, wiadomo, że 90 procent kobiet nie przyznaje się do tego nawet przed samą sobą - tłumaczy. Jej zdaniem, mediom, w których liberalizacja pojęcia przestępstwa i dobrego czynu została zatarta, chodzi o to, by zniszczyć w człowieku poczucie grzechu. - A przecież rozróżnienie, że aborcja jest złem, a przyjęcie dziecka dobrem, jest wpisane w naszą duszę - podkreśla prof. Sadowska." Kto czyta felietony Samson albo prof. Sadurskiego? Łże-elity. Kto czyta "Ich Dziennik"? Pytanie retoryczne. Która grupa dzięki działaniom Giertychów zyska na liczebności? To pytanie również jest retoryczne.

IV RP jest krajem zupełnie innym niż III RP; rzeczywiście wiele się zmieniło. Któż półtora roku temu przypuszczałby, że do wielkiej polityki powróci Macierewicz, wicepremier Lepper będzie uspokajał obywateli, iż uczciwi nie mają czego się obawiać, najbardziej restrykcyjna w Europie ustawa okaże się nagle z trudem wypracowanym kompromisem, a perspektywa wprowadzenia do szkół kreacjonizmu okaże się na tyle realna, że CBOS przeprowadzi sondaż, w którym sprawdzi, ilu Polaków wierzy w "darwinowskie kłamstwa" wyniesione z lekcji biologii?
Być może nikt. A być może 33% Polaków. Bunt mas.

PS. Zapraszam serdecznie i gromadnie na bloga Socjopatycznej Malkontentki, która z uporem maniaczki publikuje ostatnio co dnia -- co dnia! co rano! -- fantastyczne artykuły, tłumaczące esencję feminizmu. Zgadzam się z każdym słowem oraz znakiem interpunkcyjnym. I nie mogę się oprzeć myśli, że gdyby Socjopatyczna została kiedyś ministrą edukacji, Polska mogłaby się stać miejscem, do którego chciałbym wrócić.

PS2. Po napisaniu notki znalazłem zbliżone treści u Camella.

poniedziałek, listopada 20, 2006

TVPiS, cenzura i zwycięstwo tolerancji

Cytaty z portalu innastrona.pl:

"W sobotę 18 listopada 2006 w nocy z soboty na niedzielę (00:35 - 2:15) TVP 2 wyemitowała znany film braci Wachowskich "Bound" pod polskim tytułem "Więź". Film ten poszedł w wersji niepełnej, a konkretnie wycięte zostały z niego miłosne sceny lesbijskie, co dziwi, zważywszy, że film był emitowany w godzinach nocnych, a dodatkowo oznakowany został czerwoną kropką (film tylko dla dorosłych).

Dopuszczono się zwyczajnej cenzury obyczajowej, na dodatek sceny wycięto w sposób amatorski, pozwalający widzowi zauważyć, że "czegoś brakuje" [...] Osoby, które filmu wcześniej nie widziały nie rozumieją ani opisów z programów telewizyjnych ("film zawiera śmiałe sceny miłosne")ani zachwytów starszych lesbijek, dla których film ów stał się kultowym właśnie poprzez wycięte sceny. [...] Nie rozumiem polityki obecnych władz TVP (poprzednie puściły ww. film bez cenzury), po co w ogóle emituje filmy, skoro aby je pokazać ucieka się do cenzury. Jednocześnie na TVP 1 nadany został pełen przemocy i narkotyków film "Pulp Fiction" w wersji nieocenzurowanej, co każe mniemać iż cenzura TVP jest bardzo wybiórcza i niejasna.

Przypominam, że Ustawa o Prawie Autorskim wyraźnie mówi w pkt. 2 art. 115 roz. 14 iż karze pozbawienia wolności do lat 2, ograniczenia wolności albo grzywny podlega każdy, kto: "publicznie zniekształca taki utwór, artystyczne wykonanie, fonogram, wideogram lub nadanie."

I tyle. Nie mam tu nic do dodania, też nie rozumiem, po cholerę TV puszcza film, który jest uznawany za kultowy przez lesbijki, wycinając z niego sceny lesbijskie. To ten pluralizm w wykonaniu Wildsteina? "O co chodzi, jaka znowu cenzura obyczajowa, przecież 90% filmu puściliśmy"? I tylko PRL się przypomina. Znowu.

W Poznaniu odbył się Marsz Równości. "Około 450 osób przeszło w sobotę po południu ulicami centrum Poznania w Marszu Równości. Uczestników marszu chroniło 500 policjantów. [...] Marsz przeszedł ul. Św. Marcin, al. Marcinkowskiego i zakończył się na Placu Wolności, gdzie zebrało się - wg. szacunków policji - około 150 przeciwników marszu, wśród nich działacze Narodowego Odrodzenia Polski i kibice. Krzyczeli: "Nie oddamy wam Poznania", "Zboczeńcy", "Pedały do gazu!", "Zrobimy z Wami co Hitler z Żydami". [...] Policjanci, uzbrojeni, niektórzy na koniach i z psami, interweniowali, żeby umożliwić uczestnikom marszu dojście do Placu Wolności i przeprowadzenie wiecu na jego koniec. [...]" I z drugiej notki gazety, relacji minuta po minucie: "Tolerancja zwyciężyła! Plac Wolności dla równości! - krzyczą uczestnicy Marszu. [...] 'Poznań jest miastem przyszłości i tolerancji" - mówią organizatorzy Marszu ze schodów Empiku. [...] Bliżej nam teraz do Paryża czy Berlina niż Moskwy czy Teheranu. Dziękujemy policji za ochronę!"

Ja wiem, że łatwo jest się czepiać, kiedy się mieszka za granicą. Ale tak się składa, że po dwóch miesiącach spędzonych w Amsterdamie niektóre rzeczy postrzegam trochę inaczej. I pytam: co to za sukces tolerancji, skoro policjantów było więcej, niż demonstrujących? Skoro zatrzymano tylko jedną osobę, podczas gdy przeciwnicy marszu wykrzykiwali hasła faszystowskie, których głoszenie jest w Polsce nielegalne? Jeden tylko osobnik wykrzykiwał, a reszta ze wstrętem pokazywała go palcami i wołała "aresztujcie tego pana"? Co to za tolerancja, do której zwycięstwa potrzeba policjantów "uzbrojonych, niektórych na koniach i z psami", którzy "interweniują, aby umożliwić przejście"?

Wiem doskonale, że w porównaniu z zeszłym rokiem, kiedy to świat obiegły zdjęcia pałowanych demonstrantów można mówić o pewnym postępie. Fakt, iż policjanci tym razem bronili demonstracji, a nie faszystów możnaby teoretycznie uznać za niewątpliwy sukces. Tylko czyj? Czy na pewno w Poznaniu zrobiło się bardziej tolerancyjnie dlatego, że władza zrozumiała, że szkody wynikające z rozganiania maszerujących są nieporównanie większe niż wynikająca z tego radość Kartoffeln-Bros oraz młodzianów wszechpolskich?

To, że Marsz przeszedł od miejsca startu do miejsca zakończenia uważam za sukces. Ale nie za sukces organizatorów, ochraniających policjantów czy nawet władz miasta. Uważam, że sukces odniosła Unia Europejska, a konkretnie finanse przeznaczane przez UE na rozwój Poznania i Polski w całości. Uważam, że -- owszem -- należy się cieszyć z tego, że jak na razie wizja odcięcia dopływu funduszy stanowi dla naszych rządzących straszak. Tylko dlatego dopuszczono do przemarszu i tylko dlatego jeszcze nie mamy zakazu wykonywania części zawodów przez osoby homoseksualne. To, że przy okazji protestowali kombatanci ("bo to o naszą wolność walczyliśmy, a nie o wolność jakichś dewiantów"), księża ("homoseksualizm jest złem moralnym, a propos -- chcieliśmy dodać, że arcybiskup Paetz pozdrawia zgromadzonych"), dziennikarki Rzeczpospolitej (patrz poprzednia notka), stowarzyszenie "Wolne Ulice" (znane również jako Młodzież Wszechpolska), politycy PO i PiS ("Plac Mickiewicza jest symbolem walk poznaniaków z narzuconym siłą systemem politycznym i zarazem hołdem dla walczących z nim ofiar. To miejsce powinno łączyć, a nie dzielić poznaniaków. Nie wolno zatem - naszym zdaniem - podpierać się autorytetem Czerwca 56 - realizując cele wąskich grup społecznych") oraz prezydent miasta -- warto zapamiętać, kiedy będziemy się chwalić sukcesem tolerancji. Bo tolerancja wymuszona pałami i strachem przed Unią to taka sama tolerancja, jak wolność w PRL -- albo jak liberalizm Platformy Obywatelskiej, która wyklucza, aby nie dzielić. Margines pozdrawia Marysię Rokitę.

piątek, listopada 17, 2006

Rzepichamka

W "Rzepie" wywiad z Robertem Biedroniem. Robert Biedroń prezentuje się w nim jako osoba wszechwiedząca i jedyny lider ruchu gejowskiego w Polsce. Nic to jednak w porównaniu z osobą dziennikarki, prowadzącej wywiad.

"[...] Inną sprawą jest propagowanie kultury i języka grupy etnicznej, a czym innym pewnie jest propagowanie stylu życia gejowskiego. I być może niekoniecznie muszą na to iść - choć ja tego nie przesądzam - pieniądze z budżetu państwa."

"I nie widzi pan różnicy między demonstrowaniem nierówności społecznych czy dyskryminacji mniejszości etnicznych od propagowania stylu życia..."

"Nie będziecie - mówiąc brutalnie - wymachiwać sztucznymi penisami podczas demonstracji? Czy - mówiąc językiem z powieści "Lubiewo" Michała Witkowskiego - nie będą wypindrzone cioty demonstrować swoich wdzięków?

Nie wiem. Ale używając takich argumentów sprowadzamy tę dyskusję do poziomu kloaki.

Przepraszam, ale ja Witkowskiego cytuję. Czytał Pan "Lubiewo"?"

Nie wiem, czy to, co robi pani Lichocka można określić mianem wywiadu. Myślę, że lepszym określeniem jest spluwanie. Pani Lichocka nie musi zadawać pytań, ponieważ zna odpowiedzi. "Mam wrażenie, że bardziej odpowiadała wam sytuacja, gdy takie marsze były zakazywane. Mogliście mówić, mówiliście, że nie ma tolerancji w Polsce, zwracać uwagę na wasze problemy." stwierdza pani Lichocka. Oczywiście, jeśli marsz można zorganizować legalnie, tylko pod warunkiem zmiany trasy rozpoczęcia, zrezygnowania z przechodzenia pod kościołami, przez place i ulice, na których Jan Paweł II wyrzucał papierek od cukierka, prezydent miasta niby przyzwala, ale wysyła do organizatorów list, w którym sugeruje, żeby jednak się wycofali, zaś stowarzyszenie "Wolne Ulice" (łatwo zgadnąć, od czego wolne) rozpowszechnia oświadczenie, natychmiast publikowane przez tolerancyjne media: "marsz pod przykrywką walki o tolerancję i prawa osób dyskryminowanych jest szkodliwą społecznie promocją dewiacji i agresywnym atakiem na normy społeczne"... taaaak, to oznacza, że w kraju panuje tolerancja.

Pani Lichocka nie widzi problemu w zapytaniu Biedronia, czy będzie "propagować styl życia" za pomocą "wymachiwania sztucznymi penisami" przez "wypindrzone cioty". W końcu ona tylko cytuje pisarza Witkowskiego, tak więc jest całkowicie usprawiedliwiona. Gdyby zaś rozmawiając z głównym rabinem Polski zaśpiewała mu "Utop Żyda w studni" byłaby również usprawiedliwiona, bo przecież to utwór wykonywany przez żydowskiego komika, Sachę Barona Cohena, znanego jako Ali G oraz Borat. Podziwiam spokój Biedronia, który dzięki latom praktyki nauczył się nie reagować na prostackie zaczepki osób o poziomie intelektualnym sporo niższym od własnego. Ja, obawiam się, wyszedłbym z pomieszczenia, trzaskając drzwiami. Może najpierw naplułbym pani Lichockiej na buty.

Według szanownej pani redaktor na demonstracji będzie się "propagować styl życia". Jaki niby styl życia można propagować na listopadowej demonstracji? ("...nie będą wypindrzone cioty demonstrować swoich wdzięków?") Jak w ogóle można propagować styl życia za pomocą demonstracji? Czy pani Lichocka czuje w sobie silny pociąg do kobiet i obawia się, że jak zobaczy kolejną demonstrację, pełną atrakcyjnych lesbijek, może nie wytrzymać i zmienić swój "styl życia"?

W całym tym prawicowym bredzeniu, podszytym pogardą i obrzydzeniem wobec rozmówcy, jak również głębokim przekonaniem o własnej wyższości na uwagę zasługuje nie tylko złośliwość i chamstwo pani dziennikarki. Warto zwrócić uwagę na to, jak głęboko jest ona przekonana o tym, że w Polsce panuje idealna równość, nie ma żadnej dyskryminacji, a marsz jest niepotrzebny. Przecież nikt go nie zakazał: "No właśnie, czy to są rzeczywiście takie wielkie problemy, skoro ten marsz może spokojnie przejść przez Poznań?" Co do tego spokoju, przekonamy się jutro. Co do niepotrzebności, szkoda, że nie sugeruje się tego np. demonstrującym górnikom: czy rzeczywiście mają takie problemy, skoro mogą spokojnie rzucać butelkami w Sejm? Co do problemów, nikt też nie zakazał Benedyktowi XVI przyjazdu do Turcji, po prostu Turcy protestują, sugerują, że może mu się przydarzyć coś złego i starają się go zniechęcić za pomocą mniej czy bardziej zawoalowanych aluzji. Wypisz, wymaluj jak z organizatorami Marszu Równości. Ciekawe, jak zachowałaby się pani Lichocka przeprowadzając wywiad z Benedyktem XVI, który -- nawiasem mówiąc -- jedzie do Turcji, aby promować pewien styl życia. Katolicki.

czwartek, listopada 16, 2006

Żenada i obrzydzenie

Dwa uczucia dominują we mnie, kiedy przeglądam wieści z ostatnich dni. Zażenowanie i obrzydzenie.

Bronisław Wildstein zamówił u profesora Wiesława Godzica, medioznawcy raport z porównaniem programów informacyjnych TVP, TVN i Polsatu. Panu Godzicowi wytłumaczono, że nie można mu za dużo zapłacić, bo TVP to instytucja biedna (ciekawe, ile kosztowały ohydne -- mówi to grafik -- billboardy reklamujące pasmo "Nie ma przebacz", jeden z "sukcesów" TVPiS?). Stanęło na sumie 2,5 tys. zł, których teraz TVP nie chce wypłacić, ponieważ raport jest krytyczny wobec "Wiadomości". Oto, co pan Radosław Rybiński, szef "Wiadomości" ma na ten temat do powiedzenia:

"Wiadomości" rzetelnie i obiektywnie relacjonują rzeczywistość polityczną.

Z danych biura programowego TVP i Fundacji Batorego wynika, że i przed wyborami i podczas kampanii wyborczej "Wiadomości" o wiele więcej czasu poświęcały władzy niż opozycji.

- Nie znam tych statystyk.

Dlaczego "Wiadomości", informując o decyzji Trybunału Konstytucyjnego w sprawie ordynacji samorządowej, nie podały, którzy sędziowie Trybunału mieli zdania odrębne i o co im chodziło?

- Nie wiem, musiałbym to sprawdzić.

Dlaczego "Wiadomości" w przeddzień konferencji prasowej "Zero tolerancji" Romana Giertych w szkole Ani, która popełniła samobójstwo, nie poinformowały, że psychologowie i pedagodzy krytykują go za ten pomysł?

- Nie wiem, nie mam tak doskonałej pamięci.

Dlaczego "Wiadomości" w dniu, w którym Sejm wybierał nowych sędziów Trybunału Konstytucyjnego, nie poinformowały o zastrzeżeniach, jakie pojawiły się wobec kandydatury Marka Kotlinowskiego?

- To nie jest odpowiedź wymijająca, ale znowu muszę powiedzieć: nie pamiętam. I działa to na moją korzyść. Bo gdyby obowiązywała zasada, że jakieś fakty świadomie pomijamy, to bym o tym pamiętał i pani powiedział."

Janina Jankowska, szefowa Rady Programowej TVP zapewnia, że haha, pan prezes Wildstein to tylko żartował, że nie zapłaci. Specyficzne poczucie humoru ma pan prezes.

***

Wczoraj przeczytałem artykuł, który wzbudza we mnie zażenowanie od pierwszego do ostatniego słowa. Nie dlatego, że napisał go as kalibru pana Ziemkiewicza; zażenowanie wzbudzają we mnie wymienione w artykule fakty.

"Sąd Najwyższy zdecydował, że Antoni Zambrowski nie dostanie odszkodowania za wyrok skazujący go po marcu 1968 r. na dwa lata więzienia za "szkalowanie narodu polskiego". Polegało ono na zacytowaniu - w nawiązaniu do sytuacji politycznej - Jana Kochanowskiego: "Nową przypowieść Polak sobie kupi, że i przed szkodą i po szkodzie głupi". [...] Pracujący dziś w "Tygodniku Solidarność" Zambrowski tłumaczył, że nie występował wcześniej o odszkodowanie i zadośćuczynienie z powodu "terroru moralnego "Gazety Wyborczej", podzielającej stanowisko, że nie wypada domagać się materialnej rekompensaty za działalność opozycyjną". - Inni mogli zrezygnować z odszkodowania, bo mieli źródła finansowania za granicą - powiedział adwokat Zambrowskiego, mec. Stanisław Szczuka. Zambrowski zmienił zdanie, gdy w 2005 r. odszkodowanie dostał jego kolega [...] jest synem Romana Zambrowskiego, jednego z odpowiedzialnych za zbrodnie okresu stalinowskiego członka Biura Politycznego KC PZPR z tego czasu. Zwolniony po 1956 r., w 1968 r. został wydalony z partii i przeniesiony na emeryturę. SB rozgłaszała negatywne opinie o Zambrowskim ze względu na jego żydowskie pochodzenie."

Może ja jestem jakiś, kurczę, wrażliwy. W końcu Polak Polakowi bratem, Polska, ojczy... Ojczyzna chciałem napisać. Matka nasza. Matka Boska w klapie. Polskość. Patriotyzm. Wychowanie. Narodowe. Dmowski. A jednak pan Zambrowski jest Polakiem, Polakami są terroryści moralni z "Wyborczej", mecenas Szczuka i jego "źródła finansowania za granicą", członkowie PZPR i SB też byli Polakami. (Chociaż oczywiście są tacy, którzy dowiodą, że byli co do jednego Żydami i podadzą ich żydowskie nazwiska. I to też będzie obrzydliwe.) Czy to aby możliwe, żeby bycie Polakiem jednak nie stawiało człowieka na piedestale, nie wynosiło automatycznie ponad bydło innej narodowości?

***

U Camella wyczytałem: "Zacząłem się ostatnio zastanawiać, czy ja jestem patriotą. Patrzę sobie na naszych polityków ostatnio ukochanych coraz bardziej i zastanawiam się, co mnie tak właściwie łączy z Polską. [...] Wychowywałem się wśród Polaków, w związku z tym mam pewne cechy polskie. Ciężko wytłumaczyć, o czym tak naprawdę piszę. Najłatwiej byłoby gdyby Czytelnik poobserwował jak rozmawiają ze sobą pary obcokrajowców, czasami banalne sprawy powodują kompletnie inne reakcje. Z pewnym przybliżeniem można powiedzieć, że Polacy na pewne tematy mają reakcje zbliżone (choć oczywiście jest to przybliżenie). Uogólniając jeszcze bardziej, inne będą reakcje na temat wiary katolickiej typowego Polaka i Czecha. [...] Doszedłem zatem do wniosku, że istotniejszy dla mnie jest człowiek, niż państwo. To człowiek ma wolny wybór, gdzie będzie mieszkał, co będzie robił. Czy zrezygnuje z obywatelstwa danego kraju, czy poprosi o obywatelstwo innego kraju. Czy wróci do swojego państwa, czy będzie żył na "obczyźnie". Kawałek mojej Ojczyzny jest we mnie. I nie jest konieczne, abym był w Polsce, żeby móc nazwać się Polakiem. Dlaczego mam zostać w kraju A, jeśli kraj B oferuje mi ciekawsze możliwości rozwoju? Czy to jest zdrada? A jak nazwać ostatnią wypowiedź Szacownego Pana w Anglii?"

Kiedy czytam sobie o SB, teczkach, lustracji, antysemityzmie, o propozycji PiSiorów, że poprą kandydatkę PO jeśli ta odetnie się od Marszu Równości, o Hojarskiej napuszczającej na Majewskiego rzeczniczkę praw dziecka (Majewski szkodzi dzieciom, ponieważ z powodu jego programu śmieją się z córki Hojarskiej -- nie sądzę, pani Danuto, żeby taki ciąg przyczynowo-skutkowy był do udowodnienia, sama pani sobie szkodzi dużo bardziej, niż Majewski byłby w stanie), o kolejnych skurwysyństwach Romana Edukatora, o skrótach myślowych pana prezydenta od nieudaczników i pana premiera od europejskiej armii pod wodzą komisji zajmującej się gospodarką zastanawiam się nie nad tym, czy jestem patriotą -- a nad tym, czy jest konieczne, aby nazywać się Polakiem. Bo mi wstyd. I tylko drużyna narodowa piłki nożnej ratuje resztki honoru. Tylko czemu dopiero pod wodzą Holendra? Czyżby rację miał mój Małżonek, kiedy stwierdza, że tylko przejęcie władzy przez Niemców może uratować Polskę?

PS. Platforma Obywatelska Wiecznie Dziewica po raz kolejny odcięła się od koalicji z Lewicą i Demokratami. PiSsiorki, którym nie przeszkadza własna kolaboracja z założoną przez SB Samoobroną i przeciwnikami ewolucji ostrzegają, że "koalicja PO z "postkomunistami" mocno zachwieje jej wizerunkiem". Nie wiem, czy bardziej żenujące jest to, że bracia Kartofle nie dostrzegają belki w oku swoim, czy też to, że PO cały czas daje się nabierać na te pierduły i fakt, że Borowski uzbierał ponad 20% w wyborach prezydenckich w Warszawie nie daje im ani trochę do myślenia. Jedyną osobą, która chwilowo nie wzbudza mojego zażenowania okazał się sam Borowski, który postawił sprawę jasno -- albo koalicja, albo poparcia nie będzie. Pewnie jest Niemcem w pierwszym pokoleniu; bo widać, że sam dziadek w Wehrmachcie nie wystarczy, żeby przejrzeć na oczy.

PS. No i jeszcze pan Kononowicz...

wtorek, listopada 14, 2006

Trochę śmieszno, trochę straszno

"Moi przeciwnicy cieszą się zbyt pochopnie ze słabego wyniku LPR w Warszawie. My bowiem odbudujemy się i odrodzimy szybko. Bo jesteśmy ugrupowaniem przyszłości!" - pisze w swoim blogu Wojciech Wierzejski, komentując wynik wyborów samorządowych.
Kandydat LPR na prezydenta stolicy nie odegrał w tych wyborach żadnej roli. Według wstępnych danych otrzymał 0,3 proc. głosów. Więcej (0,6 proc.) otrzymał nawet Waldemar Fydrych, popierany przez komitet wyborczy "Krasnoludki i Gamonie"."

"Jacek Tomczak, przegrany kandydat PiS na prezydenta Poznania, uzależnia poparcie kandydatki PO od jej deklaracji, że jako prezydent zakazałaby Marszu Równości [...] - Uważam, że Marsz powinien się odbyć. Sama jestem katoliczką i krzyż jest dla mnie ważnym symbolem, ale nie możemy zakazywać ludziom wyrażania swoich poglądów, a Poznań nie może być miastem ksenofobicznym - odpowiada Maria Pasło-Wiśniewska."

Co powie pani Wiśniewska w najbliższych dniach? Zobaczymy. Jednak dzięki pomysłowi pana Tomczaka cokolwiek powie, zaszkodzi sobie w oczach pewnej grupy wyborców. Ciekawe, która grupa będzie dla pani Wiśniewskiej ważniejsza.

No i na koniec Dziennik:

"Nowa Polska nie wzbudziła miłości obywateli, pisze "Dziennik". Ludzie wyjeżdżają za pracą i chlebem - ale nie tylko. Czego brakuje naszej ojczyźnie? Dlaczego nie jest sexy? - "Dziennik" pyta pisarzy, intelektualistów, czytelników. Debatę rozpoczyna laureat Nagrody Literackiej "Nike" w 2004 roku - Wojciech Kuczok.

[...] Polska? Zmieniła płeć. Narodzony w IV RP pan Marian Polska ma dupsko wepchnięte w spodnie od garnituru, uśmiecha się na plakatach, rechocze ze starych dowcipów. Współczynnik autoironii: patologiczny. Za największą zniewagę uzna nazwanie go gejem"."

Tytułowe pytanie "Dlaczego Polska nie jest sexy?" jest mocno manipulacyjne, podobnie, jak całość "Dziennika". Ludzie nie uciekają z Polski, bo Marian Polska nie jest sexy. (A bo to taka Holandia jest sexy?) Uciekają, bo pan Marian Polska jest obleśny, śmierdzi potem, wsadza łapy pod spódnicę (w naszym kraju to normalne...), zakazuje, lustruje, wymachuje krzyżem i wali nim po głowach. To taka przenośnia (wyjaśniam wyborcom PiS, znanym z niskiego poziomu umysłowego). Znaczy, że nam ciasno i duszno. Nie za seksem jedziemy za granicę, oj nie. Za powietrzem.

środa, listopada 08, 2006

A w Bolandzie dzieci robią

"Wicepremier i minister edukacji Roman Giertych powiedział w środę w Łodzi, że prawdopodobnie od 1 stycznia 2007 roku zostanie wprowadzona dla młodzieży godzina bezpieczeństwa, po której dzieciom bez opieki dorosłych nie będzie wolno przebywać w miejscach publicznych"

"112 mln zł będzie kosztować utrzymanie 16 ośrodków wsparcia wychowawczego dla trudnej młodzieży gimnazjalnej w roku szkolnym 2008/2009 - poinformował we wtorek w Kielcach wiceminister edukacji narodowej Sławomir Kłosowski, który opracował koncepcję funkcjonowania tych placówek. [...] ośrodek wsparcia wychowawczego [...] Ma być niekoedukacyjną placówką zamkniętą, ze wzmożonym nadzorem pedagogicznym psychologa, 10-osobowymi klasami i całodobowym internatem, przeznaczoną dla tych uczniów, którzy nie złamali jeszcze prawa w ujęciu kodeksowym."

"Posłowie pracujący nad "Narodowym programem wspierania rodziny" chcą ustawowo ograniczyć używanie środków antykoncepcyjnych. - Prowadzą do niepłodności - twierdzą autorzy projektu"

Czytam, czytam (polecam wpis socjopatycznej malkontentki) i nie bardzo rozumiem. Wygląda na to, że te dzieci to dopust jakiś, kara za grzechy. Nawet jeszcze nie złamią "prawa w ujęciu kodeksowym" a już się je wysyła do placówki zamkniętej z internatem, prowadzonej przez byłych żołnierzy. Mimo to posłowie chcieliby tych potworków więcej nahodować i w tym celu zakażą sprzedaży kondomów. (Ciekawym pomysłem byłoby ograniczenie ich sprzedaży do klubów gejowskich.) Zadziwia logika prezentowana przez nasze nowe, nieskażone komuną elity.

Zgodnie z tą samą logiką nasz ulubiony prezydent wyznał, iż według jego przemyśleń "Jeżeli subkultura gejów miałaby w Europie stać się przyjętą alternatywą, to kultura heteroseksualna zniknie". Strasznie wątła ta kultura heteroseksualna musi być. Ale tylko w Polsce, bo np. w takiej Holandii małżeństwa homoseksualistów zalegalizowano, a małżeństwa heteroseksualistów ciągle się zdarzają i to wcale nierzadko. W Anglii również Elton John wziął ślub ze swoim Davidem Furnishem, a mimo to nie słyszałem o tym, jakoby heteroseksualiści z tego powodu masowo się rozwodzili i wstępowali do klasztorów. Wręcz przeciwnie, to w Polsce, w której homoseksualiści jedyne co mają, to prawo do odmowy zeznań, kiedy już aresztuje się ich za reklamówkę napoju, to w Polsce, kraju o nieomal najsurowszym w Europie prawie antyaborcyjnym, w naszej katolickiej ojczyźnie trzeba zakazywać prezerwatyw, żeby skłonić pary heteroseksualne do rozmnażania! Ludu Polan! Gore! Gore! Prezerwatywy zabijają ludzkość! Tylko natychmiastowa kara śmierci dla gejów może uratować polską rozrodczość!

No dobrze, pożartowaliśmy sobie. A teraz poważnie. Blok wyborczy LepPeRoPiSs wygrywa w wyborach samorządowych. Myślę, że fakt ten nie pozostaje bez związku z drugim faktem, mianowicie tym, że kolejne tysiące Polaków wyjeżdżają za granicę (akurat dzisiaj mój kumpel pochwalił mi się, że pod koniec listopada wybiera się do Glasgow, a bilet ma w jedną stronę) i zupełnie nie są to te same tysiące, które głosują na kartoflany barszczyk na koninie. Tu warto wspomnieć o najnowszej krotochwili naszego uroczego prezydenta, który "liczy na to, iż młodzi ludzie, którzy wyjechali do pracy do Wielkiej Brytanii, w tym do Szkocji, wrócą do kraju, bo Polska z czasem będzie ich coraz bardziej potrzebować." Po co byśmy mieli wracać? Do LepPeRoPiSsu? Wolne żarty. Do "alternatywnej" Platformy? Proszę, brzuch mnie ze śmiechu boli. Do średniej pensji 600 euro? Do 3 milionów mieszkań? Do godziny policyjnej, indoktrynacji religijnej i kreacjonizmu?

Drodzy rodacy, należy sobie przyswoić pewną smutną prawdę. Dopóki klasa polityczna (i nie mówię tylko o barszczyku kartoflanym na koninie!) w Polsce wygląda tak, jak wygląda, kraj jest praktycznie skazany na to, by skończyć jak dawne NRD; Unia Europejska może w Polskę ładować dowolnie wiele pieniędzy (oczywiście dopóki się komuś to nie znudzi...), ale w kraju, w którym chce się wprowadzić edukację o tym, jak złe są prezerwatywy, szkoły z wojskowym drylem dla dzieci i zakaz aborcji nawet w wypadku gwałtu naprawdę nie pozostanie niedługo nikt, oprócz osób po pięćdziesiątce, księży i członków Młodzieży Wszechgłupiej. Warto tu dodać, że według najnowszych badań lekarskich księża i łysi nastolatkowie o IQ stołka nie są w stanie się rozmnażać, jakkolwiek by się nie starali i nie krzyżowali między sobą. Nawet, gdyby nasz malutki prezydent całymi siłami pielęgnował w Polsce kulturę homoseksualną i związki premierów z kotami.

poniedziałek, listopada 06, 2006

Oczko mu się odlepiło! Temu misiu!

Wstawię w całości, bo zasługuje na to.

20 października 2005r., tuż przed wyborami na prezydenta Polski prawie cała Warszawa została sparaliżowana informacją o podłożeniu bomb. Podczas akcji znaleziono jedynie atrapy bomb, jednak cała prowokacja wyglądała na bardzo dobrze zorganizowaną. Pod akcja podpisały się nieznane nikomu organizacje "Gay Power" (wg niektórych mediów "Power Gay") i "Silny Pedał". Lech Kaczyński zebrał wtedy pochwały za sprawnie przeprowadzoną przez policję i służby miejskie akcję zabezpieczania miasta po alarmie o bombach. Dwa dni później wygrał wybory, choć wcześniejsze sondaże wskazywały na wygraną Donalda Tuska.

W miniony piątek stołeczni policjanci zatrzymali 33-letniego Romana W., menedżera klubu Toro, pod zarzutem podłożenia atrap ładunków wybuchowych. Romanowi odebrano paszport i postawiono zarzut usiłowania sprowadzenia powszechnego niebezpieczeństwa, mogącego spowodować panikę, za co grozi kara do 8. lat pozbawienia wolności. Policja wydała jedynie krótki komunikat, że "trwają dalsze czynności, których celem jest całkowite wyjaśnienie tej sprawy i ujęcie wszystkich sprawców". W wywiadzie dla "Gazety Wyborczej" Roman zaprzeczył, aby był w jakikolwiek sposób związany z sabotażem.

Tymczasem dzień przed aresztowaniem Romana, nasza redakcja otrzymała pismo z Komendy Stołecznej Policji, z prośbą o podanie właściela stron www.gejowo.pl oraz www.gaypower.pl oraz... adresów IP oraz danych osobowych osób które komentowały newsy dotyczące Gay Powera na Gejowie!

Na przesłuchania zostali wezwani m.in. Szymon Niemiec i Robert Biedroń. Telefon Łukasza Pałuckiego (ambasadora ILGCN Polska) urywa się od telefonów dziennikarzy: - Od rana odbieram co chwilę telefony z pytaniem: Czy ma Pan numer komórkowy do "bombera"? W końcu nie wytrzymałem i powiedziałem jednemu kolesiowi, "bomber" przy telefonie, słucham?

Do naszej redakcji zgłaszają się dziennikarze z mediów ogólnopolskich z prośbą o informację. Sprawa nabiera rumieńców. Tymczasem policja krąży wokół napoju energetyzującego Gay Power. Producenci napoju Power Horse również powinni mieć się na baczności. Od geja do konia droga krótka.

A w tym tygodniu kolejne wybory...


Jakimiż to przesłankami kierowali się dzielni stróże prawa?


Co ma Pan wspólnego z organizacją Gay Power, która przyznała się do podłożenia atrap bomb w Warszawie?

- Nic nie wiem o żadnej organizacji. Gay Power to nazwa napoju energetyzującego [www.gaypower.pl - przyp. Gejowa]. Klub, w którym pracuję, wykupił prawo reklamowania się na nalepce tego napoju. Powiedziałem to policjantom. Wtedy mówili, że ta cała sprawa jest do umorzenia.

No i teraz pan Marcinkiewicz też ma jakiś sukces, którym może się pochwalić przed wyborami prezydenta miasta: złapał właściciela klubu, reklamującego się na nalepce od napoju. Brawo! Gratuluję również wyborcom pana Marcinkiewicza i życzę mu dalszych podobnych sukcesów, mając nadzieję, iż władze holenderskie odmówią mojej ekstradycji celem aresztowania mnie za pisanie komentarzy pod notką o Power Geju.

DODATEK: Ekskluzif! Otóż polskie władze mają nie JEDEN ale DWA sukcesy!!! Tak tak owieczki moje i baranki. Hubert H. już niedługo stanie przed sądem!!! "Kaczmarek przyznawał, że w całej sprawie nie zostały zachowane "gwarancje procesowe", m.in. Hubert H. nie został poinformowany o skierowaniu aktu oskarżenia do sądu - tak jak i Kancelaria Prezydenta. Jej szef Aleksander Szczygło - pytany, czy Lech Kaczyński będzie prosił o umorzenie sprawy Huberta H. - mówił, że prezydent nie może wpływać na działania sądu." Dobrze, że pan prezydent w końcu nauczył się nie wsadzać nosa w działania sądu. Ciekawe, czy Wachowskiego też przeprosi?

sobota, listopada 04, 2006

Drogie Panie

Drogie Panie, matki, żony i kochanki, córki, wnuczki (babcie nie),

wybaczcie mi moją poufałość. Wszakże macie (jakąś tam) podmiotowość. Ale chyba Wam jakoś specjalnie nie zależy, co?

"Arcybiskup Michalik reprezentujący Episkopat Polski wezwał Sejm do zapewnienia "ochrony życia od momentu poczęcia aż do naturalnej śmierci". Abp Michalik wzywa posłów, by "odłożyli wszystkie inne motywy - w tym polityczne - i uszanowali najwyższą rację poprawnego sumienia". Powołał się na to, że podobnie myśli 72 proc. posłów. A skoro tak, to zaostrzenie obecnego prawa jest realne."

"Przypomnijmy: usunąć ciążę można, jeżeli zagraża życiu lub zdrowiu kobiety; w razie ciężkiego i nieodwracalnego upośledzenia płodu albo nieuleczalnej choroby zagrażającej jego życiu; jeżeli ciąża jest wynikiem gwałtu lub kazirodztwa."

72% * 460 = 331,2

"Pod hasłem dosyć "Dosyć piekła kobiet, żądamy legalnej aborcji", około 180 osób demonstrowało w Warszawie przeciwko proponowanemu przez Ligę Polskich Rodzin wprowadzeniu do konstytucji zakazu przeprowadzania aborcji."

Dla ułatwienia, 180 to sporo mniej niż 331,2.

Może rzeczywiście Polska musi być skansenem katolickich talibów. Jednak w obliczu faktu, że dokonuje się w niej od 7-13 tysięcy (wersja obrońców życia nadpoczętego) do 80-200 tysięcy (wersja obrońców życia już dawno narodzonego) nielegalnych aborcji rocznie zastanawia mnie głęboko, co te tysiące kobiet robiły w sobotę. Zmywały? Prały? Spały? Grały w kierki? Może czytały Biblię?

Drogie panie (zauważcie zniknięcie dużego P -- paszło w diabły razem z waszą podmiotowością). Bitwę o język już przegrałyście; nie ma już kobiety w ciąży, jest matka życia poczętego. Nie ma już aborcji, zygoty i embrionu; jest holocaust niewiniątek i masowe morderstwa nienarodzonych. Teraz przegrałyście bitwę o własną podmiotowość. Nie bądźmy naiwni; do zmiany konstytucji potrzeba 2/3 posłów, a 72% popiera zakaz aborcji. Po jednej stronie stoi Episkopat, a po drugiej 180 nawiedzonych morderczyń niewiniątek. Spodziewacie się, że aktualna ustawa przetrwa? Tak wam dobrze z tymi, nawet załóżmy, że jedynie 7 tysiącami nielegalnych aborcji rocznie? (Swoją drogą zawsze zachwycało mnie podejście prolajfersów -- 7 tysięcy rocznie to tak mała ich zdaniem liczba, że w ogóle nie ma o czym mówić) Każda z was ma, jakby co, 2 tysiące złotych pod ręką na ginekologa? To przygotujcie się teraz na wzrost tej sumy -- w końcu inaczej się pracuje lekarzowi wiedząc, że grozi mu do 2 lat, a inaczej -- gdy wie, że "wywoływanie miesiączki" będzie karane jak morderstwo pierwszego stopnia.

Mam nadzieję, że miałyście przyjemny poranek.

PS. Nie wykluczam możliwości, że organizatorzy nie potrafili rozreklamować swojej demonstracji. Nie ma mnie w Bolandzie, więc nie wiem, czy pojawiły się jakieś plakaty, mailingi, etc. Jednak pozwalam sobie mieć nadzieję, że informacja była, nie było obecności; bo jeśli organizatorzy nawalili, to znaczy, że już nic nie uchroni Bolandy przed zostaniem katotalibanem na czas dłuższy.

czwartek, listopada 02, 2006

Stop tolerancji

"Czas tolerancji mamy już za sobą", powiedział pan premier i niewątpliwie wie, co mówi. Dyrektor Sielatycki już zwolniony, podręczniki Rady Europy zarekwirowane, a komuchy (tak! tak -- ja też dołączyłem do szacownego grona, za makowskim przewodem) same wyjechały za granicę. Żadnych gejów w polskich szkołach więcej nie będzie. Żadnej tolerancji w IV RP! Tylko cóż to ma wspólnego z samobójstwem uczennicy, które stało się nowym kolcem w tyłku Naczelnego Konia IV RP -- i to kolcem tak pobudzającym, że nawet Kartoffel poczuł?

W jaki sposób odebranie komórek i podział na klasy męskie i żeńskie zapobiegłby np. temu zdarzeniu? "Jak ustalili funkcjonariusze, trzech 14-latków schwytało na przerwie swojego rówieśnika i zaczęło się nad nim znęcać. Dwóch trzymało go za ręce a trzeci ściskał mu jądra. Spowodowane tym obrażenia były tak poważne, że chłopaka trzeba było odwieźć najpierw do szpitala w niedalekiej Wrześni a potem do Szpitala Chirurgii Dziecięcej w Poznaniu." Albo temu: "Wkrótce do wychowawców zaczęły się zgłaszać kolejne dzieci - w sumie kilkunastu chłopców w wieku od 6 do 13 lat. Opowiadali, że krzywdził ich nie tylko Artur, ale też 14-letni Sylwek i 17-letni Patryk." Czy pomoże wprowadzenie mundurków? Zakaz rozpowszechniania pornografii?

"Premier Jarosław Kaczyński zapowiedział przegląd wszystkich szkół. Dodał, że w przyszłym tygodniu pojawią się do tego podstawy prawne. Przegląd ma polegać na spotkaniach z nauczycielami, rodzicami i uczniami, by ich przestrzec przed takimi zdarzeniami jak to gdańskie, które doprowadziły do samobójstwa uczennicy." To mogłaby być szczytna inicjatywa, nie przeczę. Ale spodziewam się, że usłyszymy, że Ania prowokowała, bo się ubierała nieodpowiednio i że kwestię rozwiążą mundurki i odebranie telefonów komórkowych. Być może pan premier udowodni mi, że się mylę i wprowadzi obowiązkowe zajęcia z etyki, elementy feminizmu i teorii gender oraz zapewni młodzieży ciekawe zajęcia podczas przerw (np. pracownie internetowe lub sprzęt sportowy -- ciekawe, ile by się tego dało kupić za 20 mln zmarnowanych na Świątynię Opaczności?). Wtedy przeproszę.

Temat "zera tolerancji" porusza mnie znacznie, bo przywołuje wspomnienia dzieciństwa. Ja też w dzieciństwie byłem bity, wyzywany, dręczony na różne sposoby, fizycznie i psychicznie -- przez "kolegów" z klasy. Ja też w dzieciństwie myślałem o samobójstwie. Na moją sytuację nie miał wpływu brak mundurka (akurat tak się składało, że w 1 i 2 klasie nosiłem mundurek, podobnie, jak moi dręczyciele) ani ilość telefonów komórkowych w klasie (wtedy szczytem techniki były zegarki z kalkulatorem). Byłem po prostu jedynym dzieckiem w klasie, które nosiło okulary, dodatkowo szybko się męczyłem (z powodu -- co wiem teraz, a nie wtedy -- skrzywienia przegrody nosowej) i nie znosiłem gry w piłkę. Wystarczyło. Nie było wtedy "ogólnie dostępnej pornografii", internetu ani komórek. Czego jeszcze nie było? Tolerancji. Umiejętności zrozumienia, że chłopak w okularach też czuje ból, kiedy się go kopnie -- i przejęcia, a nie ubawienia się tym faktem. A przecież nie różniłem się aż tak bardzo od kolegów; mówiłem w tym samym języku, oglądałem te same filmy, grałem w te same gry komputerowe na moim Atari z magnetofonem. Nie wiedziałem nawet, że jestem gejem. Czy gdybym wtedy wyskoczył z okna na dziewiątym piętrze, teraz w szkołach byłby raj? Co mogliby zmienić ówcześni ministrowie i inni dostojnicy, pozbawieni możliwości odbierania komórek i wprowadzania mundurków?

Zero tolerancji, panie premierze. Zatłuczmy wszystkich okularników, rudych, piegowatych, ciemnoskórych, długowłosych, niskich, wysokich, grubych, chudych, ubranych na czarno, na różowo, jedzących za mało lub za dużo. Ewentualnie wysłać toto do szkół specjalnych, prowadzonych przez eks-żołnierzy. W końcu cóż więcej możemy dać naszym dzieciom niż pałą przez grzbiet i z glana w żołądek?