środa, grudnia 27, 2006

Bardzo serdecznie dziękuję państwu... bardzo serdecznie.

Co też państwo porabiało, gdy mnie nie było? Bawiło się.

"Na same tylko ciasteczka i kawę dla zagranicznych gości Lepper wydał 30 tys. zł"

"No wreszcie! Koniec z bezzasadnym nepotyzmem, popieraniem swoich, kumoterstwem i kolesiostwem. Właściwi ludzie na właściwe miejsca! Kazik sprawdził się w polityce - teraz sprawdzi się w biznesie."

"Młodzi ludzie po alkoholu przyszli na pasterkę do Bazyliki Najświętszego Serca Jezusa. Ok. godz. 1.30, gdy wracali z nabożeństwa, zaczęli niszczyć zaparkowane na ulicy samochody."

"Zwróciłem wiceministrowi Surmaczowi uwagę na nieroztropność jego postępowania; to wystarczy - powiedział w środę wicepremier, szef MSWiA Ludwik Dorn, pytany przez dziennikarzy o konsekwencje wobec wiceministra Marka Surmacza, który wysłał policjantów na służbie z kanapkami dla wiceminister pracy."

"Na początku grudnia Fakty TVN i "Gazeta Wyborcza" poinformowały, że działacze Młodzieży Wszechpolskiej zorganizowali w Lesznie koncerty zespołów RP Oi oraz Twierdza. Podczas pierwszego - w 2001 r. - pozowali do zdjęć, unosząc ręce w faszystowskim geście Sieg Heil. Na drugim, rok później, bawił się Wojciech Wierzejski, obecnie wiceprezes LPR. [...] Prokuratorzy nie stwierdzili, aby na obu koncertach doszło do publicznego propagowania ideologii faszystowskiej"

"Do odwołania prezesa i zarządu potrzeba sześciu głosów w dziewięcioosobowej radzie nadzorczej. Ale rada liczy tylko siedmiu członków, bo dwóch (z rekomendacji PiS) zostało w listopadzie wybranych do Trybunału Konstytucyjnego.


Dopóki rada nie będzie w pełnym składzie, nie ma mowy o głosowaniu nad wnioskiem o odwołanie zarządu.

Uzupełnienie składu rady to obowiązek KRRiT. Szefowa Rady Elżbieta Kruk zapowiadała, że zwoła posiedzenie Krajowej Rady jeszcze przed Nowym Rokiem, ale nie zwołała. Jej asystentka Aneta Jamorek nie umiała nam wczoraj powiedzieć, dlaczego."

"W gabinecie politycznym wicepremiera Andrzeja Leppera pracuje klaun Wiesław Podgórski. Jest doradcą ds. kultury i dziedzictwa narodowego w Ministerstwie Rolnictwa."


"Na utrzymanie Kancelarii Prezydenta Lecha Kaczyńskiego w przyszłym roku roku wydamy aż 160 mln złotych, czyli o 20 mln więcej niż potrzebował krytykowany za rozrzutność Aleksander Kwaśniewski. Jeszcze przed ubiegłorocznymi wyborami prezydenckimi Lech Kaczyński twierdził, że urząd prezydenta musi cechować pewien prestiż, ale uznał, że styl Aleksandra Kwaśniewskiego jest zbyt wystawny. - Widzę tu duże pole do oszczędności - zapowiadał. Ale o obietnicach głowa państwa szybko zapomniała."

"Premier Jarosław Kaczyński ocenił mijający rok jako najlepszy spośród ostatnich 17 lat."

Niewątpliwie są tacy, którzy zgodzą się z premierem. Na przykład polscy neofaszyści odnotowywali w roku 2006 niezwykłe sukcesy, nieporównywalne z niczym, co osiągnęli do tej pory. Również dawni członkowie PZPR odnosili ogromne sukcesy, jako członkowie współrządzącej partii o nazwie Samoobrona (założonej, jak kiedyś czytaliśmy, przez KGB). Sukcesem (przynajmniej finansowym) mogą nazwać mijający rok pracownicy kancelarii prezydenta taniego państwa. Niebywałe sukcesy odnieśli przeciwnicy teorii Darwina (swojego agenta umieścili na stanowisku wiceministra oświaty), propagatorzy zasady TKM, osoby, które nadużywają władzy w sposób groteskowy, wysyłając policjantów po hamburgery, ojciec dyrektor, polski antysemityzm, sprzedawcy leków na niedyspozycję dyspeptyczną (podobno najmodniejsze w tym roku schorzenie wśród elit). Sukcesów brak na froncie kabaretu -- nic nie jest w stanie przebić polskiej polityki zagranicznej. Sukcesów nie odnotowuje opozycja -- trudno w ogóle odnotować obecność jakiejś opozycji, mimo, iż zdaniem samego premiera opozycja zajmuje się wyłącznie niespotykanie brutalnymi atakami na jego cześć dziewiczą, która przecież zafundowała Polsce najlepszy rok od 1989, kiedy jak wiadomo Polska kwitła bogata, długa i szeroka (i oczywiście katolicka). No i jakoś nie mam wrażenia, żeby Polska odniosła jakieś szczególne sukcesy... oprócz piłkarskich. Może wzorem Beenhakkera nowy prezydent i premier mogliby pochodzić z zagranicy? Czy przychodzą Wam do głowy jakieś przetestowane nazwiska, aktualnie poszukujące nowych propozycji? Można dać milion euro za zagranicznego selekcjonera kadry, może taniej niż tani prezydent Kaczyński wyszedłby nam milion euro dla prezydenta z zagranicy?

PS. Ciekawa informacja, której wcześniej nie znałem:

"Nie bardzo natomiast zrozumiałam o co chodzi z tą spiskową teorią w TVP, że niby agenci z SB ją opanowali i dlatego nie pokazali pijanego Kwaśniewskiego w Charkowie i musiała to zrobić dopiero dzielna red. Przełomiec. Bardzo ciekawe, że jak ją raz w telewizji w programie Pospieszalskiego zapytano, kto Kwaśniewskiego właściwie upił, to udawała, że nie wie, choć wszyscy dziennikarze, którzy tam byli, wiedzieli i opowiadali po całej Warszawie, że to biskup Głódź uczynił, ale on ma mocną głowę, a Kwaśniewski słabą, więc po biskupie widać nie było, a po prezydencie - było. Pili jednak obaj w takim miejscu. Dlaczegoż to osobę duchownego otoczono wówczas taką dziennikarską dyskrecją? Chyba nie z powodu braku odwagi? A może po prostu wszyscy są w spisku?"

sobota, grudnia 23, 2006

Wesołego święta zmartwychwstania Mitry!

Dzięki Uenifeuowi wreszcie wiemy, skąd się wzięło tzw. Boże Narodzenie. Zapraszam do lektury.

* * *

Nie mój prezydent po raz kolejny wytrysnął kulturą, poziomem i dobrym wychowaniem. Jak przeczytałem w piśmie Metro, dziennikarzom życzył, łamiąc się z nimi opłatkiem, aby "pisali prawdę i podawali, z jakiej są opcji politycznej" [cytatu nie ma online, a ja nie mam gazety, tak więc cytat jest przybliżony]. Prezydent wszystkich aparatczyków.

* * *

Marcinkiewicz czyni mnie człowiekiem religijnym, albowiem usłyszawszy, iż nauczyciel fizyki zostanie prezesem PKO BP, połączy tę instytucję z PZU i Pocztą Polską, a to wszystko dlatego, że jako premier ma wystarczające doświadczenie, z początku zakrzyknąłem "Jezus, Maria". Po chwili ochłonąłem. Marcinkiewicz, mam nadzieję, nie jest taki głupi, żeby za te pieniądze robić cokolwiek więcej, niż otwierać, prezentować i wizytować, zaś do pracy zatrudni doradców, rzecz jasna za o wiele mniejsze sumy. Tanie państwo będzie kosztować kolejne parędziesiąt czy paręset tysięcy miesięcznie więcej, ale cóż, taki los obywateli Polski solidarnej, w której każdy ma w plecaku buławę prezesa, a Kaziu po sprawdzeniu się w polityce, sprawdza się w biznesie.

* * *

I żeby nie było tak zupełnie negatywnie, życzę Wam wesołego święta zmartwychwstania Mitry!

sobota, grudnia 16, 2006

Nie mój prezydent

"Kiedy w piątek dziennikarze pytali prezydenta, dlaczego nazwał dziennikarkę "małpą w czerwonym", próbował zignorować pytanie. W końcu odparł, że nie będzie komentował podsłuchów. Dziennikarze nie ustępowali: to nie był żaden podsłuch, tylko wypowiedź przy włączonych mikrofonach, o czym prezydent i jego doradcy wiedzieli. Wówczas prezydent zmienił linię obrony, mówiąc, że była to "prywatna wymiana zdań".

Czy Lech Kaczyński tak właśnie prywatnie nazywa dziennikarzy? - Prywatnie nazywam ich różnie, podobnie jak i innych ludzi - bronił się prezydent. - Zresztą w tym wypadku nie chodziło o urodę."

Co mi się nie podoba w tej wypowiedzi?
1. Oczywista -- nazwanie dziennikarki małpą trudno uznać za eleganckie. Ale akurat to najmniej razi, bo rzeczywiście prywatnie pozwalamy sobie na więcej, niż publicznie; chociażby ja sam inaczej mówię o Lechu I Wielkim w zaciszu domowym, niż piszę na blogu.
2. Wpadka nastąpiła, mikrofon był włączony, prezydent nazwał dziennikarkę małpą. Trudno. Niestety to dopiero tutaj zaczynają się schody.

"Gdy George Bush nazwał przy otwartym mikrofonie dziennikarza New York Timesa "palantem", później do niego zadzwonił i go przeprosił. O ich rozmowie telefonicznej media dowiedziały się od ludzi Busha 10 minut później i było po sprawie.

To się nazywa damage control. Nasz prezydent tymczasem postanowił iść w zaparte. Nie rozumiem, jak to się ma do szacunku do kobiet, o którym media wspominają za każdym razem, gdy piszą o prezydencie. Nie rozumiem też, jak to się ma do nowego, bardziej moralnego wizerunku prezydentury, który kreuje pan prezydent Kaczyński.

Nie rozumiem, co robią ludzie w Kancelarii Prezydenta. Przecież ktoś powinien godzinę po nieszczęsnej konferencji dać prezydentowi bukiet kwiatów, który pan prezydent powinien był wręczyć dziennikarce na oczach innych dziennikarzy. Jeszcze dał by jej ekskluzywny 10-minutowy wywiad i nie tylko byłoby po sprawie, ale jeszcze prezydent pokazałby innym politykom, że przyznanie się do błędu jest czymś dobrym i wartym aplauzu."

Wypowiedź Bartosza Węglarczyka kopiuję, ponieważ mam dokładnie takie samo zdanie. Pan Węglarczyk jest dziennikarzem łże-organu i nie wypada mu powiedzieć tego, co powiem ja: tak zachowałby się człowiek z odrobiną klasy. Nawet najwybitniejszym zdarza się palnąć głupotę, przejęzyczyć czy po prostu w chwili irytacji rzucić jakąś małpą. Oznaką człowieka na pewnym poziomie jest umiejętność przepraszania. I na odwrót: brak umiejętności przepraszania jest typowy dla ludzi pozbawionych klasy. I to właśnie to wytykają panu prezydentowi łże-bloggerzy i media z układu.

Ciekawsze jednak, niż brak klasy pana prezydenta, jest dla mnie zachowanie Radka Sikorskiego, którego jak do tej pory poważałem. Pan Sikorski stwierdza, iż "przypomina sobie panią redaktor Rosińską jako bardzo sympatyczną małpkę" i zwala winę na dziennikarkę, jako, że "nasi dziennikarze mają metodę "polowania na zwierzę' - tak agresywnego odpytywania polityków, że stracą panowanie nad sobą i powiedzą coś, co będzie można wyrwać z kontekstu". Czyli: sama sobie zasłużyła, było nie odpytywać agresywnie, nie prowokować. Przykład należy brać z Radia Maryja, gdzie nikt nie odpytuje agresywnie, nie przerywa i nie prowokuje.

Kojarzy mi się to, szczerze mówiąc, z naszymi ulubionymi aferzystami z Samoobrony. Wśród rozważań o moralności Anety K. umknęło zupełnie to, że oskarżonym był niejaki Łyżwiński. I w obu tych przypadkach pojawili się domorośli maczo (niektórzy z nich płci żeńskiej, np. pani Łyżwińska) którzy uroczo zarumienieni i rozochoceni tłumaczyli, że to wina kobiety, bo prowokowała.

Panu prezydentowi mam do powiedzenia tyle: jeśli byle dziennikarka może pana sprowokować, to znaczy, że dziennikarka pracuje dobrze, a pan źle. Sam uważam, że media zachowują się często w sposób chamski i nieelegancki, ale takie są media, jakie społeczeństwo -- gdyby nie było zapotrzebowania na pewien sposób przedstawiania rzeczywistości, nie byłoby i agresywnych dziennikarzy. Ale to nie dziennikarka nazwała prezydenta małpą. To nie ona odmówiła przeprosin. To nie ona przedstawia się jako "żoliborski inteligent". I to nie jej współpracownik mówi, że prezydent sobie na to zasłużył i określa go mianem "bardzo sympatycznej małpki". (Ciekawe swoją drogą, czy gdyby dziennikarka nazwała prezydenta "małpą", zostałaby oskarżona z tego paragrafu, co Hubert H.?)

Najsmutniejsze jest to, że Sikorski prawdopodobnie ma rację: brak obycia pana prezydenta raczej mu w oczach opinii publicznej pomoże, niż zaszkodzi. Nie lubimy w Polsce sztywniaków, inteligencików, poprawności politycznej. Lubimy swojego chłopa, co babę po dupie poklepie, beknie po piweczku z golonką i rzuci mięsem od czasu do czasu. A pan prezydent i tak delikatnie się wyraził. Mógł wszakże powiedzieć "k...a". Najwyraźniej rewolucja moralna na tyle już w Polsce okrzepła, że określenie kobiety mianem małpy i odmowa przeprosin oznacza, że jesteśmy żoliborskim inteligentem, nieco staroświeckim, wychowanym w domu, w którym szacunek dla kobiet i sawułar wiwr to zasady podstawowe. A ja? Ja się najwyraźniej wychowałem w zakonie. Gejowskim, rzecz jasna. I było to w III RP.

PS. Do komentatorów: bardzo Was proszę, darujcie sobie goleń Kwaśniewskiego. Wiem, że Kaczyński popełnia mniejsze i większe gafy co trzy dni, a Kwaśniewskiemu zdarzyły się w sumie w ciągu 10 lat dwie poważne wpadki: z magistrem i z golenią. Wiem, że jakoś się musicie bronić. Ale naprawdę wysilcie umysł i wymyślcie coś innego...

niedziela, grudnia 10, 2006

Układ się cieszy

Ojcem dziecka Anety K. nie jest Stanisław Łyżwiński.

Członkowie i obrońcy rządzącego Układu zarykują się ze szczęścia. "Zamknąć Gazetę Wyborczą!" domaga się Lepper i żąda, aby CBA wkroczyło do łże-organu i sprawdziło, kto miał w tym interesy. Różni komentatorzy-poplecznicy Układu wypisują po znajomych blogach rzygogenne obrzydliwości w stylu "a to dziwka dostała za swoje". Tomek Łysakowski, który moim skromnym i z pewnością niesłusznym zdaniem (wszak to nie ja pisuję do Wprost i bywam w SuperStacji) mógłby czasem powściągnąć chęć bycia kontrowersyjnym chociażby celem uniknięcia bycia niesmacznym, pisze: "Aneta Krawczyk musi teraz szukać innego kandydata na ojca jej dziecka, i już raczej nie wśród członków i sympatyków Samoobrony, bo na tym polu jest spalona. Tak czy owak, powinna zacząć od przypomnienia sobie, z kim dokładnie maglowała się w czasie, gdy doszło do poczęcia." I nikt nie wydaje się pamiętać, że 1) sprawa nie dotyczy tego, czy Łyżwiński jest ojcem dziecka, tylko tego, czy w Samoobronie dochodziło do molestowania kobiet, 2) świadkiń i pokrzywdzonych jest o wiele więcej, niż tylko jedna Aneta K.

Makowski oskarża mnie o hipokryzję, jako, że brzydzi mnie cała ta afera mimo bycia seksualnie wyzwoloną lewicą. Odpowiadam: my, seksualnie wyzwolona lewica, nie widzimy niczego złego w żadnym układzie seksualnym, w jakim partnerzy są równorzędni, mają tyle samo do powiedzenia i nikomu nie dzieje się krzywda. Rubaszne dowcipy -- ho ho -- na temat Anety K. bawią mnie tak samo, jak dowcipy o treści pedofilskiej. Bo tak się składa, że w układzie (znów to przeklęte słowo!) mężczyzna-szef kontra kobieta-pracownica obie osoby nie są sobie równe. I nie jest winą Anety K. i jej koleżanek to, że były molestowane, nawet, jeśli teraz wszyscy nagle dostrzegają, że przecież Samoobrona to "towarzystwo dużych chłopców". I nie jest ważne, czy dziecko Anety K. należy do Łyżwińskiego, czy do Leppera. Ważne jest to, że w przypadku oskarżenia o molestowanie seksualne to Łyżwiński powinien udowodnić, że jest niewinny, a nie Aneta K., że jest ofiarą. Jeśli okaże się, że ojcem dziecka nie jest ani Łyżwiński, ani Lepper, wiarygodność Anety K. niewątpliwie spadnie do zera; to nie zmieni jednak faktu, iż niewyjaśnione pozostaną zeznania jej koleżanek ani tego, że molestowana kobieta-podwładna jest "laską", "dupą" oraz "uczestniczką Sexu" w tym samym stopniu, co molestowane dziecko. I nie zmienia tego fakt, że zdarzały się również fałszywe oskarżenia o pedofilię.

A teraz popatrzmy, jak wyzwolona Sexualnie prawica się cieszy. Ha, ha.

piątek, grudnia 08, 2006

Śpiewałem z Arethą Franklin

Impreza firmowa. Aretha Franklin. Ja. "Lady Marmalade". Ona podchodzi do mnie. Reflektor. Mikrofon. "Voulez-vous coucher avec moi" (spelling?)

Nawet się nie spociłem. Chyba antydepresanty wyleczyły mnie ze wszelkich śladów tremy :)

Żeby było jasne: nie żartuję. Będą (mam nadzieję...) zdjęcia.

czwartek, grudnia 07, 2006

Rzyg

Trudno mi jest skomentować tzw. seks-aferę bez użycia przekleństw. Nie mam słów dla polityków, polityczek i ich wyborców, którzy "uroczo" komentują, że "ta pani" albo zgoła "laska" nie musiała "zarabiać tyłkiem", Łyżwiński to "dobry chłop, bo jurny", zaś Lepper "jest przystojny i elegancki" i "z taką by nie musiał". "Ha, ha".

Gilowska musiała odejść z rządu, kiedy pojawiło się podejrzenie o to, że z górą dwadzieścia lat temu nieostrożnie się wypowiadała w obecności agenta SB. Lepper, który jest oskarżany o wykorzystywanie seksualne kobiet, z rządu odchodzić nie musi. Nawet, jeśli oskarżenia się potwierdzą, najpewniej skończy się na wyrzuceniu Łyżwińskiego z Samoobrony. Giertych również nie musi odchodzić z rządu; neonaziści z Młodzieży Wszechpolskiej śpią spokojnie. Koalicja przeTrwa. Jeśli rzeczywiście istniał plan przeciągnięcia Rokity i części PO do PiS i pozbycia się Samoobrony i LPR, to plan ów chyba się nie udał. Udało się coś innego; udało się zobaczyć, jak wygląda twarz IV RP i jej rewolucji moralnej. Twarzą IV RP jest twarz pana posła Łyżwińskiego. Rodzina IV RP to poseł, jego żona i przymuszone do seksu kochanki. Moralnością IV RP jest moralność molestującego neonazisty.

Tak uroczo rozmawiają sobie na antenie Radia Maryja (to taka radiostacja, na urodzinach której gościł Pan Premier (który wygłosił przy okazji takie zdanie: "zmieniamy życie społeczne i publiczne, tak aby jedno z wielkich wezwań Radia Maryja o sprawiedliwość było zaspokojone i znalazło odzew" -- że zmieniają życie publiczne, to rzeczywiście trudno nie zauważyć) ksiądz prowadzący i znany z braku antysemickich poglądów felietonista Polskiego Radia:

"[...] jeśli te fakty są prawdziwe, to nie "Gazeta Wyborcza" je stworzyła, tylko poseł Łyżwiński. I to, niestety, poseł Łyżwiński wtedy musi być odpowiedzialny za to, co tam z tymi paniami wywija. Ha, ha.

Ha, ha. To ta sama sytuacja, jaka miała miejsce podczas tzw. taśm prawdy Renaty Beger.

- Tu jest pewna różnica, ponieważ "Gazeta Wyborcza" nie przyprowadzała tej pani do biura posła Łyżwińskiego.

Tak, tu jest taka różnica, ale zasada pozostaje mniej więcej podobna. Na pocieszenie powiem tylko, że małżonka pana posła Łyżwińskiego wczoraj do kamery powiedziała, żartując oczywiście, że skoro jej mąż zachował się jak mężczyzna, jak prawdziwy chłop, to tylko cieszyć się z tego powodu.

- Nie wypada mi komentować oświadczenia pani Łyżwińskiej. Było szczere czy nie? Być może było szczere, ha, ha.

Ha, ha. Dziękuję."

Ha, ha. Rzyg.

wtorek, grudnia 05, 2006

Nie mogę się powstrzymać...

Nadrabiam zaległości blogowe i właśnie znalazłem taki oto uroczy kwiatek u prof. Senyszyn:

"Najlepszym propagatorem kalendarzyka jest marszałek Komorowski. W sondzie „Przekroju” na pytanie, czy kiedykolwiek stosował środki antykoncepcyjne odpowiedział: „stosowaliśmy z żoną kalendarzyk małżeński. I cóż, mamy pięcioro dzieci, chyba właśnie dlatego”. Piątka jest chyba przy tej metodzie liczbą magiczną. Do tyluż dzieci, z żoną wpisaną do Rejestru korzyści poselskich, przyznaje się Cymański. Ciekawy przypadek stanowią dwaj bezdzietni kawalerowie z LPR - Bosak i Strąk. Pierwszy powiedział, że sondażowe pytanie narusza jego sferę prywatną. Drugi - że jako katolik nigdy żadnej antykoncepcji nie stosował. A przecież obaj powinni bez namysłu oświadczyć, że problem antykoncepcji ich nie dotyczy, gdyż nie mają żon. Widocznie jednak nie jest to takie oczywiste."

sobota, grudnia 02, 2006

Ich Dziennik?

Gra, którą uprawia Dziennik i jego portal, dziennik.pl wydaje mi się dość przejrzysta. Nie jestem tylko pewien tego, kto jest mózgiem, stojącym za grą. Czy jest to sam Premier? A może zgoła dwojga imion Premier i Prezydent? Czy też naczelni Dziennika postanowili wziąć sprawy w swoje ręce? A może Dziennik postanowił przejąć rolę pisma rządowego od Naszego Dziennika?

Aktualnie na portalu możemy przeczytać: "DZIENNIK publikuje zdjęcie, które wskazuje na powiązania młodzieżówki LPR z osobami, które nie kryją sympatii do organizacji neofaszystowskich. [...] Na fotografii Szymon Wiącek, który według naszych informacji uczestniczył w 2004 roku w nazistowskiej imprezie na działkach w Zabrzu, dzierży w ręku trasparent Młodzieży Wszechpolskiej. Kilka metrów obok powiewa sztandar Ligi Polskich Rodzin. Obok sztandar Narodowego Odrodzenia Polski. "Jeżeli takie zdjęcie istnieje, to mogę wyrazić jedynie ubolewanie" - komentuje Robert Strąk, poseł LPR." Oraz, w dziale Opinie, artykuł Marcina Króla: "Usunięcie z rządu LPR byłoby korzystne także dla Prawa i Sprawiedliwości, które uzyskałoby silniejszą legitymizację demokratyczną" - pisze w DZIENNIKU Marcin Król, filozof i historyk idei. [...] Dlatego też, czego w Polsce ciągle się do końca nie rozumie, udział Ligi Polskich Rodzin w strukturach władzy jest nieżyczliwie komentowany w krajach zachodnich. Polska, czy raczej Prawo i Sprawiedliwość, popełnia wykroczenie względem najważniejszego celu demokracji – a mianowicie jej stabilności i przewidywalności. [...] Dlatego sądzę, że po klęsce Ligi Polskich Rodzin w ostatnich wyborach samorządowych, pokazujących dojrzałość polskiego społeczeństwa, które generalnie odrzuciło partie radykalne (także „Samoobronę”, ta jednak nie ma obecnie tak wyraźnie radykalnego oblicza), nadszedł czas, by partia taka jak LPR została wyeliminowana ze struktur władzy. Uważam również, że byłoby to korzystne nie tylko dla samego Prawa i Sprawiedliwości, które uzyskałoby silniejszą legitymizację demokratyczną, ale także dla całej Polski, której zupełnie niepotrzebne są spory wewnętrzne czy też „zimne” wojny wewnętrzne wzniecane przez Romana Giertycha i LPR. [...] W kraju, który ma się nieźle gospodarczo, w którym zmniejsza się bezrobocie, nie ma ideologicznej racji bytu dla LPR w strukturach władzy. Najwyższy czas, by premier i jego partia zachowali się po męsku [:Q -- O.] i pożegnali z kolegami z Ligi Polskich Rodzin."

Dodajmy do tego: "Lider Platformy Obywatelskiej Donald Tusk wykluczył, by Jan Rokita mógł zostać szefem klubu parlamentarnego PO. "Nie sądzę, żeby Rokita był szefem klubu, ale na pewno zostanie w Platformie" - powiedział Tusk w Gdańsku." Oraz: "Jakim przywódcą jest Donald Tusk? Jan Rokita milczy. Czy powody, dla których krytykował pan Grzegorza Schetynę, ustały? "Odmawiam odpowiedzi" - ucina. I przyznaje, że nie traktuje PO jak ojczyzny i jest gotowy w każdej chwili ją opuścić." Oraz: "Jan Rokita w rządzie? Wystarczy, że odejdzie z PO, a Jarosław Kaczyński będzie chciał, by ten polityk trafił do rządu. Według "Rzeczpospolitej" Kaczyński chce w ten sposób powstrzymać Rokitę i Marcinkiewicza przed stworzeniem wspólnej partii. I odebraniu wykształconych wyborców PiS-owi. Do tego Rokita w rządzie na pewno odebrałby Platformie wyborców z dużych miast."

Układa się to w logiczną całość, nieprawdaż? Wyciągnięcie z LPR "skrzydła liberalnego" i z PO "skrzydła konserwatywnego" pozwoliłoby wzmocnić PiSs tak bardzo, że być może i Lepper nie byłby już potrzebny do rządzenia. Roman Giertych jest politycznym bankrutem, czego posłowie LPR są niewątpliwie świadomi. Uderzenie w MW jest uderzeniem w LPR i próbą podzielenia go na dwie części: "faszystowską" i "odciętą". Roman próbuje ratować sytuację, już to wyrzuca się z pracy panią Więcek, już to donosi na prokuraturę, ale nie zmieni to faktu, że Giertych jest postrzegany jako twórca i ideolog MW. Dodatkowo nie lubi go Rydzyk ani inteligencja, której warto by się może jakoś podlizać.

Marysia "Margines" Rokita, z drugiej strony, ma w tej chwili do wyboru bycie regularnie opieprzanym Złym Gliną, który już za chwileczkę, już za momencik ma dostać stanowisko szefa klubu, ale jakoś ciągle go nie dostaje, a na dodatek wyraźnie popadł w niełaskę -- lub ministrem w rządzie. Warto zwrócić uwagę, że Marysia, tak poważana przez co poniektórych komentatorów, nigdy nie piastowała żadnego specjalnie ważnego stanowiska, chyba, że za takie uznać fotel premiera gabinetu cieni. Pytanie, na które brak mi odpowiedzi, to czy Marysia długo wytrzyma pod butem prezesa Jarosława. Bo w PiS miejsca liderów są już zajęte i nie spodziewam się, jakoby cokolwiek miało się w tej sprawie zmienić.

PS. Uprzejmie zawiadamiam, iż od chwili ataku ddos na serwery Gazety Wyborczej portale gazeta.pl oraz gazetawyborcza.pl, jak i serwis blogowy blox.pl nie są dostępne z zagranicy. Testowane w Holandii (różni providerzy) oraz Grecji. Taka mała ciekawostka.