środa, lutego 28, 2007

Czy naboje?

Jak wszystkim już wiadomo, premier Kaczyński otrzymał przesyłkę, a w niej trzy sztuki ostrej amunicji oraz kartkę o treści "Dla kota, dla twojej matki, dla ciebie".

Rozważmy pokrótce, kto mógł wysłać taką przesyłkę. Nasuwają mi się trzy tezy:
1. Szaleniec.
2. Premier Kaczyński lub jego współpracownik. (Łączenie punktów 1. i 2. grozi procesem sądowym. Nie polecam.)
3. Ktoś, kto nie musi się przedstawiać w liście, w żaden sposób identyfikować ani podawać żądań, ponieważ premier Kaczyński wie, kto jest nadawcą i jaki jest powód wysłania przesyłki.

Punktu 1. nie da się wykluczyć, ponieważ szaleniec z definicji jest nieprzewidywalny. Jeśli można rzucać chomikami lub opowiadać o talibach lądujących w Klewkach, można wysłać trzy naboje. Pojawia się ewentualnie pytanie o to, jak łatwo jest statystycznemu szaleńcowi niepracującemu w policji lub wojsku zebrać trzy sztuki ostrej amunicji, w tym jedną od kałasznikowa. Na to pytanie nie znam odpowiedzi.

Punkt 3. wydaje mi się mało prawdopodobny. Gdyby Kaczyński spodziewał się gróźb, obojętnie z jakiego źródła, dawno już byśmy o tym słyszeli. Gdyby zaś źródło było tak przerażające (Układ we własnej osobie?) że premier nie śmiałby go ujawnić, nie wydaje mi się, żeby ujawnił fakt otrzymania przesyłki.

Punkt 2... O punkcie 2. nie mam specjalnej ochoty się wypowiadać, gdyż władze IV RP są tak czułe na swoim punkcie, jak żadne inne od czasów głębokiego PRL, a ja nie lubię sądów. A jednak... czy człowiek, który pamięta, że w felietonie Daniela Passenta kilkanaście lat temu korespondenci Polityki wybrali go najgorzej wychowanym politykiem i za pośrednictwem rzecznika wyrzuca Polityce odegranie "niemałej i zawstydzającej roli" w "haniebnej i szkodliwej kampanii, jaką wtedy prowadzono przeciw ludziom mającym w oczywisty sposób rację"... czy człowiek, który w rozmowie z dziennikarzem Gazety Wyborczej zasugerował dziennikarzowi, że może zostać "wyeliminowany"... czy człowiek, który wyrzuca ministrów za to, że nie przyznają mu racji wystarczająco energicznie i często, a pozostawia na miejscu tych, którzy poza lizusostwem lub posiadaniem "szabel" nie posiadają żadnych innych kwalifikacji... czy człowiek, który wyrzekł się miłości kobiety (?) dla budowy IV Rzeczpospolitej... czy człowiek, który sugeruje, że żądanie zmiany trasy obwodnicy wokół doliny Rospudy jest spowodowane przez Układ, bo "nie wszystkim w Europie zależy, by nam się udało"... czy taki człowiek byłby w stanie wysłać do samego siebie trzy sztuki amunicji i rozpowszechnić taką informację (mimo, że zdawałoby się, że służbom odpowiedzialnym za ochronę premiera łatwiej by się pracowało, gdyby informacja nie znajdowała się na pierwszych stronach gazet i serwisów internetowych? Sami udzielcie sobie odpowiedzi na to pytanie.

Po cóż premier miałby robić coś takiego? Pominę tu wyjaśnienia natury psychologicznej, bo nie posiadam wystarczającego wykształcenia -- nawet, jeśli teoria, że premier ma patologiczną potrzebę udowadniania, jak niezwykle jest ważny i jak ogromne stanowi zagrożenie dla Układu wydaje mi się bardzo prawdopodobna. Przychodzi mi do głowy gorszy scenariusz: takie "próby zamachów" mają stworzyć obraz polityka niezłomnego, ściganego przez Układ na potrzeby ewentualnych wyborów; Millerowi czy Belce wszakże nikt amunicji nie wysyłał. Jednak Jarosław, premier tysiąclecia, a może nawet milionlecia, On jest tak ważny, że nawet dla Jego kota kula się znajdzie, na wypadek, gdyby kot miał podpisywać jakieś rozporządzenia. (Nawiasem mówiąc, moją uwagę zwrócił fakt, że kot znalazł się w liście na pierwszym miejscu.) Jeśli mam rację, śledztwo w sprawie amunicji zakończy się tak samo, jak w sprawie tzw. gejbombera, czyli zamiast obejrzeć impeachment, tudzież nowe wybory będziemy co jakiś czas odgrzewać sprawę w momencie, kiedy będzie potrzebna, zaś sprawca nigdy się nie znajdzie. A czyż nie jest oczywiste, że w chwili, kiedy premierowi 36-milionowego (wczoraj przeczytałem, że według szacunków polskich placówek dyplomatycznych z Polski wyjechało już 2,5 mln osób) państwa grozi się śmiercią, nowych wyborów nie można organizować, zaś wojsko, policja i służby specjalne muszą otrzymać większe uprawnienia?

Ale to wszystko teorie spiskowe. Nie ma w nich ani grama prawdy. Szaleniec, to mógł zrobić tylko szaleniec. Może nawet tak niebezpieczny, jak Bogdan G.

niedziela, lutego 25, 2007

Unio, napisz nam historię!

Sprawa wspólnego podręcznika historii dla krajów unijnych jak rzadko obrazuje różnicę w postrzeganiu tego, czym jest Unia Europejska przez "stare" kraje i Polskę.

Przypomnę pokrótce: otóż niemiecka ministra edukacji, Annette Schavan wpadła na pomysł stworzenia podręcznika historii wspólnego dla wszystkich krajów, wzorem już istniejącego podręcznika niemiecko-francuskiego. (Na marginesie, historycy obu krajów nie porozumieli się we wszystkich sprawach, więc fragmenty podręcznika różnią się w zależności od kraju.) Niewiele więcej wiadomo na temat ewentualnego podręcznika, bo jest to jedynie rzucony mimochodem pomysł: "Pani minister Annette Schavan nadmieniła podczas niedawnej wizyty w Brukseli, że ponieważ jest już wspólny niemiecko- francuski podręcznik do historii, to byłoby dobrze, gdyby powstał także taki podręcznik dla wszystkich krajów - wyjaśnił rzecznik niemieckiego ministerstwa oświaty Elmar Koenig."

Co na to mają do powiedzenia Polacy? Ano, to co zwykle. Nie liczy się to, co Polska mogłaby do Unii wnieść, ale to, co będzie mogła zablokować. Czcigodny minister edukacji koalicji rządzącej (a więc wybrany głosami większości Polaków -- wszyscy wyborcy PiS i Samoobrony mogą sobie gratulować wyboru ministra edukacji) "podkreślił, że we wszystkich krajach Europy w nauczaniu historii "różnie rozkłada się akcenty". Dlatego - według niego - trudno wyobrazić sobie nauczanie "historii Europy". W ocenie ministra edukacji, byłaby to "próba tworzenia tożsamości europejskiej", a z tym - jak podkreślił - nie zgadza się." Jego kolega partyjny, kandydat na prezydenta Warszawy Wojciech Wierzejski, znany głównie ze swojej fascynacji sceną gejowską, ma do dodania tyle: "Już były wiceminister oświaty w telewizji poparł ten skrajnie kretyński pomysł. W Polsce papug, powtarzających za "oświeconymi" europejskimi salonami jest w bród. Zaraz czeka nas "obiektywna" debata, gdzie racje jednych i drugich będą skrupulatnie "ważone" jako równoprawne" (To, jak rozumiem, błąd -- przecież obiektywizm to coś, co narzuca się odgórnie.) "Jak wyobrażają sobie Niemcy wspólny podręcznik do historii, np. opisujący niemieckie obozy koncentracyjne? A rok 1939, czy będzie zaprezentowany jako antycypacja jednoczenia Europy pod niemiecką prezydencją? - pisze poseł LPR na swoim blogu."

Jak sobie wyobrażają? Bardzo łatwo można sprawdzić, zaglądając do podręcznika niemiecko-francuskiego. Jestem dziwnie przekonany, że znajduje się tam opis obozów koncentracyjnych, zaś rok 1939 nie jest prezentowany jako antycypacja jednoczenia Europy. Niemniej jednak nie fakty liczą się dla myślicieli z LPR i nie dlatego Wierzejski protestuje, że mu się wydaje, że młodzi Francuzi uczą się, że II Wojny Światowej nie było. Chodzi o dwie zupełnie inne rzeczy.

Roman Giertych nadmienia, że "byłaby to "próba tworzenia tożsamości europejskiej", a z tym - jak podkreślił - nie zgadza się." W tym zdaniu streszcza się różnica wizji Europy z punktu widzenia Annette Schavan i Romana Giertycha. Elity intelektualne Europy pamiętają o tym, że w deklaracji Schumana padło zdanie "Europe will not be made all at once, or according to a single plan. It will be built through concrete achievements which first create a de facto solidarity." Ta "solidarity" o której wspominają nie była tą samą "solidarity", w której działali Anna Walentynowicz i Lech Wałęsa. Celem Unii Europejskiej jest stworzenie współpracy i wspólnoty na jak największą skalę; temu służy otwarcie rynków pracy, zniesienie kontroli celnej na granicach, wspólne paszporty, (częściowo) wspólne prawo, a teraz być może wspólny podręcznik. Wszystkie te rzeczy powstają drogą mozolnej pracy przedstawicieli wszystkich krajów i im większy kraj, tym więcej ma do powiedzenia i wniesienia do dyskusji. Czasem dyskusja prowadzi do wypracowania kompromisu, czasem zaś nie. Jak to zwykle dyskusje.

No, chyba, że mówimy o Polsce. Polska nie ma do powiedzenia nic, politycy IV RP potrafią wyłącznie walić pięścią w stół, wrzeszczeć "granda!" i obrażać rozmówców. (Nazywa się to "nieprowadzeniem polityki na kolanach".) Czemu Wierzejski nie zareagował na wypowiedź Schavan stwierdzeniem, że Polska z przyjemnością zgłosi swój zespół historyków, którzy zadbają o to, żeby do podręcznika nie wkradły się nieścisłości? Bo dla Wierzejskiego Unia to nie współpraca, tylko eurokołchoz. Poseł LPR nie odczuwa potrzeby wnoszenia czegokolwiek do wspólnoty, ponieważ wspólnotę uważa za zło konieczne -- konieczne, aby z głupiej Unii wysysać pieniążki, które potem będziemy mogli wydać na becikowe, Świątynię Opatrzności Bożej i książki o Żydach Macieja Giertycha. Rola Unii według Wierzejskiego jest żadna; Unia to ciało efemeryczne, które powstało po to, żeby dawać Polsce pieniądze. Czasami Unia próbuje się wtrącić do NASZYCH, WEWNĘTRZNYCH spraw, na przykład stwierdzając, że w Polsce panuje homofobia, obwodnica powinna iść inną trasą, niż pasuje ministrowi Szyszce lub też chcąc stworzenia wspólnego podręcznika. Na takie pomysły Wierzejski, Kaczyński i Lepper nie mogą pozwolić -- np. przy okazji obwodnicy Jarosław Kaczyński wspomniał, że zaowocowałoby to kompletnym zatrzymaniem budów autostrad w Polsce. (Ach, panie premierze, żeby w Polsce były kiedyś autostrady w jednej dziesiątej tak doskonałe, jak w Holandii...)

Dlaczego nie mogą pozwolić na takie pomysły? Nie dlatego, że widzą ich wady -- zauważmy, że w przypadku unijnego podręcznika nie powstał jeszcze nawet zarys treści, ba -- żadne państwo jeszcze nie poparło pomysłu ministry Schavan. Wierzejski jednak już widział podręcznik i wie, że tam nie ma ani słowa o obozach koncentracyjnych, zaś WW2 jest przedstawiona jako wywołana przez Polskę burda mająca na celu zatrzymanie jednoczenia Europy. Celem polskich rządów nie jest bynajmniej silna Polska w silnej Unii; celem polskich rządów jest silna Polska i słaba Unia na granicy rozpadu, na tyle jedynie powiązana, aby strumień pieniędzy płynął do Polski. W przypadku Rospudy chociażby rola Unii kończy się na tym, że dadzą na obwodnicę pieniądze i nie ich sprawa, którędy obwodnica będzie przebiegać i co przy okazji zostanie bezpowrotnie zdewastowane. Nam, Polakom się należy, bo osobiście obaliliśmy komunizm (choć, jak zauważa Elżbieta Jakubiak, "My pojechaliśmy wolni na mur berliński i siedzieliśmy na tym murze już jako Polacy z wolnego kraju, a Europa uważa, że obalenie komunizmu rozpoczęło się właśnie obaleniem muru berlińskiego" -- zatem być może teraz jest doskonały moment, aby drogą wspólnego podręcznika uświadomić Europie, jak bardzo się myli?). Zbyt długo polityka była prowadzona na kolanach przez agentów WSI i szarą sieć. Teraz Polska już w żadnej dyskusji nie weźmie udziału -- tu nie pojedziemy, bo nie dostaniemy imiennego zaproszenia, tam nie pojedziemy, bo uniemożliwi nam to dyspepsja, a do podręcznika nic nie wniesiemy oprócz naszego sprzeciwu. Nie, bo nie.

Rozpisałem się o jednym z powodów, dla których politycy IV RP nie zgodzą się na wspólny podręcznik. Teraz drugi z powodów, o wiele mniej skomplikowany. Politycy IV RP są w trakcie zmieniania historii i rozumieją, że Europa mogłaby mieć problemy ze zrozumieniem, że Lech Wałęsa był TW Bolkiem, Tadeusz Mazowiecki -- zdrajcą, wszyscy ministrowie spraw zagranicznych oprócz Anny Fotygi -- agentami sowieckiego wywiadu, zaś komunizm obalili osobiście bracia Kaczyńscy, idąc u boku Jana Pawła II. Poza tym podręcznik mógłby wspominać na przykład o tym, że w obozach koncentracyjnych ginęli homoseksualiści, albo -- o zgrozo -- nie podkreślać wystarczająco dobitnie, kto miał rację we wszystkich konfliktach zbrojnych (zawsze Polska!). A do tego dopuścić nie można. Żadnych lewackich mrzonek o równości. Naród wybrany zawsze pozostanie narodem wybranym, a imię jego wierzejski i giertych.

Na koniec wypowiedź prof. Zdzisława Macha z Centrum Studiów Europejskich UJ: "Opracowanie wspólnego podręcznika historii dla uczniów we wszystkich krajach Unii Europejskiej to dobry pomysł, bo jednym z głównych problemów wspólnoty jest to, że jej obywatele mało znają się między sobą [...] przygotowanie takiego podręcznika byłoby okazją do skorygowania jednostronnego ujęcia niektórych faktów i wyeliminowania przemilczeń. [...] Jego zdaniem, warto też negocjować interpretację faktów historycznych, nawet gdy do końca nie da się pewnych rzeczy uzgodnić. "Na Europę trzeba patrzeć jak na całość. Wspólny podręcznik pozwoliłby przełamać stereotypy, przezwyciężyć uprzedzenia, które w dużej mierze wynikają i z niewiedzy i z jednostronności spojrzenia" - podkreślił prof. Mach." Dokładnie tak, panie profesorze. I dlatego władze IV RP, dla których niewiedza i jednostronność spojrzenia to największe zalety u obywateli, prędzej wyprowadzą kraj z Unii Europejskiej, niż się na to zgodzą.

sobota, lutego 24, 2007

Z prawdziwą przyjemnością zachęcam...

...zwłaszcza osoby, które z nieznanego powodu twierdzą, że pani Michalik to dobra dziennikarka... do lektury nowej notki na blogu Wojciecha Orlińskiego. Sam smak!

czwartek, lutego 22, 2007

Bagna i szyszki

Wstaje człowiek rano, a tu takie perełki:

"Rada Warszawy może być zawieszona na dwa lata: "Życie Warszawy": wysłannik premiera zastąpi nie tylko prezydenta stolicy, ale i 60 radnych. Rada będzie zawieszona nawet na dwa lata. Rządzenie miastem spocznie w rękach urzędnika wyznaczonego przez PiS. [...] - Jeśli radni nie wygaszą mandatu, po raz drugi naruszą prawo. Już raz przecież nie dotrzymali w tej sprawie 30-dniowego terminu - mówi Karol Karski, poseł PiS. - Rada nie może w nieskończoność ignorować przepisów. Niczego nie chcę przesądzać, ale jeśli taka sytuacja będzie się powtarzać, to nie tylko prezydent, ale i radnych może zastąpić komisarz."

Ach, że też poseł Karski nie był taki praworządny, kiedy rada nie mogła się zebrać w sobie, żeby ogłosić wygaśnięcie mandatu niejakiego Lecha Kaczyńskiego, czekając, aż PiS zmieni prawo, aby móc wetknąć na stołek prezydenta Warszawy swojego komisarza. Smutne, prawda? Pewnie poseł Karski był czymś zajęty. I w ogóle wszyscy posłowie PiS byli czymś zajęci. Głosowaniem, jak im Bracia kazali. Skoro już o praworządności mowa, zdawało mi się, że wystarczająco jasno wypowiedział się warszawski komisarz wyborczy: "Jeśli premier wprowadzi do Warszawy komisarza przed decyzją sądu, popełni przestępstwo i może stanąć przed Trybunałem Stanu - ostrzega Józef Medyk, warszawski komisarz wyborczy." Ale jak widać dla PiS takie słowa oznaczają tylko tyle, że pojawił się kolejny urząd do odzyskania...

Co jeszcze przeczytałem przy śniadaniu? "Minister środowiska chce wyciąć 50 ha lasu po to, by nie mieć obwodnicy pod oknami własnego domu. Jan Szyszko podjął decyzję, że Wschodnia Obwodnica Warszawy ominie - wbrew wcześniejszym planom - jego rodzinną miejscowość - pisze "Dziennik". [...] Po protestach mieszkańców miejscowości powstał też czwarty wariant, traktowany jako rozwiązanie najmniej prawdopodobne, bo najbardziej niekorzystne dla środowiska. Ale Jan Szyszko swoim podpisem wybrał właśnie rozwiązanie ostatnie. To oznacza, że trasa będzie droższa, bo dłuższa o kilkanaście kilometrów. Jej wybór oznacza też wycięcie kilkudziesięciu hektarów lasu i budowę drogi pod oknami ludzi, którzy stawiali swe domy właśnie tam w przekonaniu, że trasa będzie gdzie indziej. Decyzja ministra jest tak zaskakująca, że przeciw niej protestuje nawet mazowiecka Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad (GDDKiA). Pracownicy GDDKiA nigdy jeszcze nie byli przeciwni budowie drogi - podkreśla "Dziennik"."

Tego nie chce mi się nawet komentować, bo na klawiaturę pchają mi się słowa powszechnie uznawane za obelżywe. Zapytam tylko dla porządku, jakie kompetencje ma minister środowiska? (a nie, jak się niektórym wydaje, ochrony środowiska) Bo najwyraźniej chodzi o to, że może rozp...chrzanić w drzazgi środowisko w dowolny sposób, jaki mu się podoba.

Po raz kolejny pozostaje mi ubolewać nad -- pożal się Mitro -- opozycją. Co ma do powiedzenia PO? Nic. Co ma do powiedzenia SLD? Nic. Co by powiedział PiS, gdyby identyczna sytuacja zaszła za rządów SLD? Oooo, dużo by powiedział, sformował komisję śledczą, słał wnioski o wotum nieufności, organizował konferencje prasowe pod tytułem "Rewolucja Moralna" i "Oczyszczenie IV RP"...

Metoda wybrana przez PO i SLD to, jak się zdaje, czekanie grzecznie w kątku z rączkami w podołku, aż wyborcy zauważą, że mają wybór. Szkoda, że taka Rospuda może tego pięknego dnia nie doczekać. Szkoda też, że jak na razie jedyne osoby, które punktują przy okazji sprawy Rospudy to małżeństwo państwa Lecha i Marii Kaczyńskich, którzy nareszcie wymyślili sposób, żeby pokazać się od dobrej strony. Któryś z moich ulubionych blogów -- bardzo przepraszam, nie pamiętam, który, jeśli mi się przypomni, wyedytuję tę notkę -- publikuje teorię spiskową pt. dobry kaczor, zła szyszka. Teoria wydaje mi się całkiem prawdopodobna i zastanawia mnie tylko, czemu Jarosław Kaczyński opowiada się po stronie złej szyszki -- zawodzi komunikacja z bratem, a może Jarosław chce, żebyśmy tak właśnie myśleli? I czy Rospuda doczeka chwili, w której poznamy odpowiedź, czy dla żałosnych gierek małych braci poświęcimy wszystko, od życia polskich żołnierzy w Afganistanie do "perły wyłuskanej z naszej korony"?

PS. Alleluja! Wyborcza zauważyła artykuł z The Irish Independent. Ciekawe, kiedy kaczyści podejmą próbę zamknięcia GW? Sugestia, że dziennikarze mogą być "eliminowani" już się Jarosławowi wymknęła...

środa, lutego 21, 2007

Durnoty i durnie -- część II

Tym razem serdeczne podziękowania dla Atkabe, na której blogu można znaleźć uroczy artykuł z The Irish Independent (znany organ prasowy WSI, opanowany przez komunistyczną zarazę), w którym mamy takie np. kwiatki (tłumaczenie moje):

"POLSKI Prezydent Lech Kaczyński został wczoraj nazwany ignorantem i wstydem dla Europy po tym, jak zasugerował, że szerzenie homoseksualizmu doprowadziłoby do zniknięcia ludzkiej rasy. Swoje uwagi wygłosił zaledwie godziny przed tym, jak minister sprawiedliwości Michael McDowell wygłosił w debacie parlamentarnej opinię, iż Irlandia miłuje (cherish) osoby homoseksualne, jako "równych obywateli".

[...] Senator David Morris, który twierdzi, iż był ofiarą ataków polskich homofobów, powiedział, że Kaczyński jest wstydem dla Unii Europejskiej. "Z pewnością jest kompletnie niewłaściwe, aby prezydent zaprzyjaźnionego kraju promował swoją ignorancję kosztem irlandzkich obywateli, którzy bardzo ciężko walczyli aby ustanowić swoje prawa człowieka i obywatela. Jego [LK] nonsensy na temat zagrożenia, jakie stanowi homoseksualizm ukazały jego bardzo ograniczoną inteligencję i były zdradą przyzwoitych Polaków."

[...] Senatora partii pracy, Mary Henry stwierdziła, że wypowiedzi prezydenta były dziwaczne. Jak dodała, zszokowały ją jego słowa. "Uważam, że jego argumenty o tym, że to (homoseksualizm) miałoby prowadzić do wyginięcia rasy ludzkiej było naprawdę dziwaczne. Twierdził, że Polacy i my jesteśmy do siebie bardzo podobni. Nie jestem tego taka pewna. To dobrze, że ludzie usłyszeli te niewiarygodne poglądy na własne uszy", dodała."

Co o tym napisały polskie gazety? Nic. Czy mnie to dziwi? Nie. Jakiej reakcji Kaczyńskiego i jego Fotygi się spodziewam? Pozwów przeciw irlandzkim senatorom o obrazę głowy państwa i opisania The Irish Independent tak, jak ja żartobliwie napisałem w pierwszym akapicie. Ewentualnie -- jeżeli znajdzie się w buraczano-kartoflanym towarzystwie ktoś z odrobiną rozumu -- martwej ciszy.

wtorek, lutego 20, 2007

Durnoty i durnie

Dzisiaj rano zajrzałem sobie na portal gazeta.pl, a tam wyczytałem, co następuje:

"PRZEGLĄD PRASY. Służba zdrowia w Szkocji zaleciła personelowi szpitali i przychodni unikania słów "mama" i "tata", bo obrażają one homoseksualnych rodziców - podaje "Rzeczpospolita". alecenie to zawarto w dokumencie "Fair wobec wszystkich". Zawiera on wytyczne dotyczące tego, jak rozmawiać z pacjentami, by nie używać wyrażeń homofobicznych. Za takie zostały uznane m.in. słowa "mama" i "tata", które - jak zalecono w dokumencie - powinno się zastępować terminami "opiekunowie", "strażnicy", a w ostateczności - "rodzice". [...] - Środowiska homoseksualne same się ośmieszają - powiedziała "Rzeczpospolitej" znana brytyjska specjalistka od spraw rodziny Lynette Burrows. Jak dodała, "to przecież wyjątkowo drastyczne łamanie praw dziecka"."

Idiotyczne -- taka myśl nasuwa się jako pierwsza. Jako druga -- ktoś tu musi strasznie nienawidzić homoseksualistów. Taki pomysł nie ma na celu zmniejszania dyskryminacji, tylko -- jak mówi znana specjalistka -- robienie z osób homoseksualnych idiotów, którzy żądają starcia z powierzchni ziemi Tradycyjnych Rodzin.

Ta druga myśl, w zestawieniu z faktem, że artykuł pochodzi z Rzeczpospolitej, zaciekawiła mnie na tyle, że postanowiłem się tym wieczorem zająć. Ubiegł mnie Bart, który odkrył, że:

1. Źródłem informacji jest portal o nazwie Americans For Truth, z którego tekst zaczerpnął serwis LifeSite, z którego z kolei skorzystała Rzepa.
2. Co prawda, jak zauważa Bart, nazwy portali nie sugerują, jakoby podawały prawdziwe informacje, niemniej jednak załóżmy, że akurat ten tekst napisał ktoś normalny, kogo nie zżera nienawiść wobec osób homoseksualnych. Niestety... "Jedna z owych stron podaje przecież nawet link do tej straszliwej dyrektywy, która zmusza biedne szkockie pielęgniarki do posłuszeństwa. Poczytajmy zatem sami. Faktycznie, na stronie siódmej sugeruje się używanie “partnerów” zamiast “męża” czy “żony”, a w przypadku dzieci zamiast “tata” czy “mama” proponuje się słowo “rodzic”. Czyli wszystko się zgadza! Ciaśni mieli rację! Tyle tylko, że owe sugestie, jak zresztą i cała broszura, dotyczą komunikacji z rodzicami homoseksualnymi oraz ich dziećmi."

No i wiemy już, o co chodzi. Tekst zachwycił oczywiście Wierzejskiego, który jak wiadomo jedno ma tylko w głowie (i na d... się ta rzecz nazywa). Szkoda, że nie tylko Wierzejski się zaciekawił; bez poprawek i wyjaśnień opublikowały artykuł również gazeta.pl, interia i onet... Bart pyta, czemu dziennikarze “Rzeczypospolitej” czerpią treści z fundamentalistycznych portali, czemu nie weryfikują prawdziwości niusów mimo, że link do dokumentu mają podany na tacy i czemu określają Lynette Burrows mianem znanej specjalistki do spraw rodziny. Ja chciałbym się dowiedzieć czegoś innego -- czemu wszystkie portale zacytowały informację słowo w słowo i który z nich zdobędzie się na zamieszczenie sprostowania? To, że Rzepa od dłuższego czasu ściga się rzetelnością i obiektywizmem z Wprost i Naszym Dziennikiem, wiem. To, że w Polsce antysemityzm jest postrzegany negatywnie, a homofobia i seksizm nie, też wiem. To, że co poniektórzy posłowie sfiksowali, bo dawno chłopa nie mieli, wiadomo od lat... Ale... czy na pewno jedynie teorią spiskową jest moje zastanawianie się nad tą dziwną solidarnością portali internetowych? Spodziewam się, że ten "fakt prasowy" przez długi, długi czas będzie służyć posłom prawicy prawicowej, prawicy centro-prawicowej i prawicy postkomunistycznej do torpedowania wszelkich inicjatyw równościowych -- bo potem jest zakaz mówienia "mamo" i "tato". Czy to przypadek? Czy przypadkiem było zacytowanie słowo w słowo przez gazeta.pl informacji PAP pod tytułem “Portugalia podzielona przed referendum w sprawie zabijania dzieci nienarodzonych”? A może po prostu w Polsce takie informacje nie dziwią, a ich promowanie (bo w odróżnieniu od homoseksualizmu informacje można promować) jest postrzegane pozytywnie?

Prezydent niektórych Polaków powiedział dzisiaj w Dublinie, że nie jest homofobem, ba -- ma przyjaciół (?) dotkniętych tą odmiennością, jednak sprzeciwia się propagowaniu homoseksualizmu "w sposób wolny" gdyż doprowadzi to do wyginięcia rodu ludzkiego. (Panie prezydencie -- czy pana przyjaciele o tym wiedzą? Czemu nie propaguje pan w ich gronie heteroseksualizmu? Być może dla rodu ludzkiego nie jest jeszcze za późno!) Intelektualista żoliborski dodał, że "nie jest za tym, by przedstawiciele tej seksualnej mniejszości "nie mieli prawa do normalnego funkcjonowania w życiu i do zostania profesorem, ministrem, wybitnym pisarzem czy naukowcem"." (Warto zauważyć, że nie wspomniał o nauczycielu, pielęgniarce, czy też lekarce.) Czyli -- jak to ujął kiedyś pewien znajomy mojej mamy -- nie jestem rasistą, ale wiadomo, że Murzyni śmierdzą i są leniwi. Panie prezydencie, że pozwolę sobie na poufałość -- czy pan raczy myśleć, że w Irlandii siedzą sami durnie? Poza Polską nikt się na takie głupoty nie nabierze. Przynajmniej do chwili zlustrowania opanowanego przez WSI "The Economist".

PS. Czemu nie piszę o WSI? Bo nie lubię się zajmować pierdułami -- a tylko tak mogę określić dowolny dokument, podpisany nazwiskiem "Macierewicz".

poniedziałek, lutego 12, 2007

Pochwała dla Ludwika

Wśród coraz to nowych objawów rewolucji moralnej (objawy polegają głównie na twórczym rozwijaniu idei TKM, obsadzaniu stanowisk ludźmi kompletnie wyzbytymi jakichkolwiek kompetencji, wyrzucaniu pieniędzy podatników w błoto i tym podobnych działaniach na szkodę Polski) pojawił się tak zwany wyjątek potwierdzający regułę.

Z pewną taką nieśmiałością (bo kiedy ostatnio pochwaliłem Giertycha, okazało się, że nie doczytałem artykułu...) muszę pochwalić najnowszy wyczyn (jeszcze) ministra Dorna. Oto Dorn pisze do Jarosława Kaczyńskiego tak: "W wydaniu dziennika "Rzeczpospolita" z dnia 10.02 br. ukazał się artykuł pod znamiennym tytułem "Dymisja z podejrzeniami w tleń, w którym - powołując się na dokonania szefa warszawskiego CBŚ mł. insp. Jarosława Marca - zarzuca się Zastępcy Komendanta Głównego Policji gen. Waldemarowi Jarczewskiemu "niejasne powiązaniań, a mnie ochronę funkcjonariusza, wobec którego podniesiono ciężkie zarzuty. [...] Wobec powyższego zwracam się do Pana Premiera o wszczęcie w stosunku do mnie i moich współpracowników co najmniej dwóch postępowań wyjaśniających. Pierwsze dotyczyć winno wiedzy o rzekomych powiązaniach gen. Waldemara Jarczewskiego z Henrykiem Stokłosą, a także roli mł. insp. J. Marca, gen. Marka Bieńkowskiego oraz Ministra Spraw Wewnętrznych i Administracji Ludwika Dorna w tej sprawie. [...] Dlatego też zwracam się do Pana Premiera o udzielenie mi urlopu (zaległego za rok 2006 oraz ewentualnie urlopu bezpłatnego) do czasu zakończenia postępowań wyjaśniających, bez których wszczęcia nie wyobrażam sobie funkcjonowania w ramach kierowanego przez Pana Rządu. Jeżeli nie byłby Pan Premier skłonny spełnić powyżej prośby, uprzejmie proszę o udzielenie mi dymisji z funkcji Wiceprezesa Rady Ministrów."

Dość dawno temu przeciwko jednemu z ministrów rządu Wielkiej Brytanii, nie pomnę nazwiska, wyciągnięto jakieś zarzuty, również nie pomnę, jakie. Minister podał się do dymisji, żądając wszczęcia postępowania i zapowiadając, że powróci na stanowisko zaraz po tym, jak zostanie oczyszczony z zarzutów. To było mniej więcej wtedy, kiedy jeden z posłów SLD chciał zza krat brać udział w głosowaniach sejmowych. Od tego czasu obejrzeliśmy, jak Lech Kaczyński stwierdza, że nie podda się prawomocnemu wyrokowi sądu, bo mu się nie chce, jak rada Warszawy nie zbiera się celem ogłoszenia wyborów prezydenckich, dopóki PiS nie zmieni prawa tak, aby prezydenta nie trzeba było wybierać, jak Andrzej Lepper zostaje wicepremierem w rządzie rewolucji moralnej i obiecuje, że uczciwi Polacy nie muszą się obawiać... etc., etc. (Nie chce mi się wymieniać, choć możnaby godzinami...) W rozmowach ze znajomymi kilkakrotnie melancholijnie porównywałem standardy brytyjskie i polskie...

Owszem, spodziewam się, że chodzi o jakąś paskudną gierkę w łonie PiS, że ktoś pod Ludwikiem dołki kopie, a on sam spodziewa się, że premier dymisji nie przyjmie, etc. Niemniej jednak... polska polityka byłaby estetyczniejsza, gdyby ministrowie i posłowie, na których ciążą zarzuty oddawali się do dyspozycji premiera i żądali natychmiastowego wszczęcia śledztwa, zamiast, na przykład, obrażać molestowane przez kolegów kobiety i żądać od prokuratury śledztwa w sprawie zamachu stanu.

Smutne postscriptum do poprzedniej notki

"Nie ma ani potrzeby, ani konieczności rozwijania dlaczego i po co złożyłem rezygnację z funkcji dyrektora w EBOiR" - mówi w rozmowie z RMF FM Tadeusz Syryjczyk, który dodaje, że nie czuje się powołany do dalszych komentarzy w tej sprawie. [...] Syryjczyk kategorycznie odmówił odpowiedzi na pytanie, czy złożył rezygnację, bo wiedział, że Marcinkiewicz jest szykowany na jego miejsce. [...] "Składanie rezygnacji szczęśliwie nie wymaga głębszego uzasadnienia, więc w ostatnich dniach złożyłem rezygnację ze skutkiem 28 lutego 2007 i to jest to, co jestem, skłonny powiedzieć. Nie ma ani potrzeby, ani konieczności rozwijania dlaczego, po co itd. To jest fakt, który zaistniał i została uruchomiona procedura wyborcza. Nie czuję się powołany do dalszych komentarzy w tej sprawie"

Solidarne państwo solidarnie szuka pracy dla Kazia. Takiej, żeby się żadna -- tfu! komisja nie musiała wypowiadać. NBP odzyskany, prezes obsadzi stanowisko. Podpisano -- rewolucja moralna, nowe standardy, koniec TKM, kompetencje ponad wszystko, etc.

sobota, lutego 10, 2007

Kaziu, wiochę robisz...

Jak zapewne wiadomo czytelnikom mojego bloga, eks-premier Kazimierz Marcinkiewicz pisze swojego bloga. Przez jakiś czas łudziłem się, że pisze go wynajęty człowiek, lat około 18, który pisze bzdury, bo lepiej nie umie (co jest dość typowym poziomem umiejętności w rządzie i okolicach). Niemniej jednak kolejne notki nie pozwalały dalej odsuwać strasznej prawdy: premierem Polski był przez kilka miesięcy człowiek o mentalności przedszkolaka i stopniu rozwoju umysłowego absolwenta pierwszych klas szkoły podstawowej. Pochwalić mogę wyłącznie ortografię -- tu błędów nie zauważyłem. (Słownik ortograficzny Worda to piękna rzecz, nieprawdaż?)

Kazio -- tak pisze o nim cała Polska, wliczając medium tak szacowne, jak Tygodnik Powszechny -- wycofał się właśnie z wyścigu do stołka prezesa PKO BP. Zdawałoby się -- przejrzał na oczy, zrozumiał, że pewne rzeczy nie przystoją eks-premierom, postanowił ratować resztki godności (zakładając, że jakieś jeszcze zostały). Jednak znów na przeszkodzie temu obrazowi stanął blog Kazia. Oto skrót ostatniej notki:

"Wiem dobrze, że wypełniam wszystkie kryteria stawiane w obowiązujących ustawach. Wiem też, że w poprzednich latach były podejmowane decyzje o powoływaniu prezesów banków, w tym centralnego nie posiadających bezpośredniego doświadczenia bankowego oraz nie ekonomistów. Wszyscy znamy przypadki, że doświadczeni bankowcy doprowadzali banki do ogromnych strat. [...] Moja kariera zawodowa jest bogata i dosyć wszechstronna. Co więcej zawsze oparta na pracowitości i oddaniu się temu co robię, oddaniu bez reszty. [...] Zapewne nie każdy tak robi, ale ja właśnie tak, bardzo solidnie przygotowywałem się zawsze do tego nad czym pracowałem. [...] Od miesiąca podjąłem pracę nad strategią dla banku na kolejne sześć lat. [...] Zauważyłem, że dobrze dotychczas prowadzony bank posiada kadrę gotową do realizacji ambitnego programu. Życie układa się jednak inaczej. Zwłaszcza moje życie w ciągu ostatniego roku. Wrzawa jaka powstała wokół mojej kandydatury, zarówno w mass mediach, w środowiskach politycznych, jak i środowiskach bankowych i finansowych, z których nie uzyskałem jakiegokolwiek wsparcia, znacząco utrudni spokojną i efektywną realizację dobrego i ważnego dla banku programu. Mogłoby to odbić się negatywnie na sytuacji PKO BP. Nie mogę narażać banku na takie ryzyko. Zauważam bardzo wyraźnie, że nie ma dla mnie miejsca, nie mam możliwości spokojnej pracy, że trudno znaleźć dobry sposób wykorzystania moich zdobytych doświadczeń. Nie mogę tego robić kosztem tak wspaniałego już dziś i perspektywicznego banku."

Powiewa grozą. Człowiek tak wspaniały, jak Kazimierz Marcinkiewicz, o tak niezwykle szerokich kwalifikacjach pozwala sobie na wypisanie kilku kilobajtów tekstu, który da się streścić słowami "rozgoryczony Kazio mówi nam, że jesteśmy gópi nie rzucając się na tak wielką szansę". W odróżnieniu od innych, Kazio jest pracowity i tak, bardzo solidnie się przygotowuje. Od miesiąca podjął pracę (czy aby na pewno pracę podejmuje się OD miesiąca...?) tworzenia programu. Stworzył program zaiste wybitny, dzieło, jakiego przeciętny wykształciuch nie obmyśliłby przez rok: "Trzeba włożyć bardzo wiele pracy w umocnienie podstawowej działalności detalicznej banku, poprzez wdrożenie ZSI, rozbudowę sieci oddziałów, zwłaszcza w dużych miastach, uatrakcyjnienie oferty bankowości internetowej, „ubankowienie” starszych i pozyskanie młodych Polaków, aktywizację segmentu „personal” oraz stworzenie oferty „private bankingu”. Niezbędne jest dalsze poszerzanie działalności pionu korporacyjnego." Jak widać, premier zna wiele angielskich wyrazów, nie tylko "yes", co więcej wstawia je w cudzysłowy, żeby było widać, że to trudne słowa i nie każdy zrozumie (ale On, On tak, bardzo solidnie się przygotował i teraz rozumie). Pod rządami Kazia PKO rozbudowałby sieć oddziałów w dużych miastach, byłby bankiem dla starszych i młodszych, dla segmentu "personal" i dla pionu korporacyjnego. Stworzyłby również ofertę "private bankingu" (tu Kazio nie podał, czy dla segmentu, czy raczej dla pionu -- w końcu nie wszystkie swoje plany może tak beztrosko zdradzać, kto wie, może jakiś doświadczony bankowiec z nich skorzysta i zamieni PKO BP w światowego giganta bankowości?) Marcinkiewicz docenia również kadrę dobrze dotychczas prowadzonego banku, tak wspaniałego już dziś, mimo, że Kazio jeszcze nim nie zarządzał.

Niestety, zauważa z goryczą samozwańczy spec od bankowości, życie układa się inaczej. Ani politycy, ani media, ani nawet bankowcy i finansiści nie docenili wybitności Kazia. Cóż za głupota mogła nimi kierować! Czyż nie widzieli, że Kazio chce rozbudować ofertę segmentu "personal" i pionu korporacyjnego? A może, o zgrozo, widzieli, lecz chcieli działać na szkodę PKO BP i wybrać na stanowisko prezesa kogoś, kto ma w planach zmniejszenie sieci oddziałów, nie chce, aby PKO był bankiem dla starszych i młodszych, a nawet nie chce tworzyć oferty "private bankingu". Nowy, o wiele gorszy prezes z pewnością nie zrozumie, jak ważne jest "podjęcie szybkich działań tworzenia banku na Ukrainie, a także efektywną obecność z produktami bankowymi tam, gdzie są duże skupiska Polaków". Ukraina byłaby tylko początkiem, Kazio-wizjoner snuje bowiem plany "stworzenia największej grupy finansowej w naszej części Europy". A potem i w nie-naszej części! Alleluja i do przodu!

Tak się składa, że wśród linków obok notki Kazia znalazłem wspomniany już artykuł z Tygodnika Powszechnego. Możemy tam wyczytać: "Były premier przez ostatnich kilkanaście lat funkcjonował w polityce, a zanim do niej poszedł, nie zdobył sobie pozycji fachowca w jakiejkolwiek dziedzinie. [...] Jarosław Kaczyński wolałby, aby jego pomoc nie była skuteczna na etapie decyzji rady nadzorczej banku. Ponoć premier był pewny, że rada (w której Skarb Państwa ma większość) wybierze Marcinkiewicza, ale nie był pewny, czy decyzja ta zostanie zatwierdzona przez Komisję Nadzoru Bankowego. A wtedy – podają źródła zbliżone do lidera PiS – byłaby kompromitacja. Jeśli ktoś nie rozumie, dlaczego dopiero wtedy (a nie np. po politycznym wyborze Marcinkiewicza przez radę nadzorczą) miałaby nastąpić kompromitacja, wyjaśnijmy, że chodzi o obnażenie finalnej nieskuteczności rządu. [...] Jeśli premier nie zorientował się na czas, że wchodzi w ten sposób w ślepą uliczkę, to nie wykazał się refleksem, i tyle. Gorzej, jeśli świadomie wybrał taką linię postępowania. A jeśli ją wybrał, to dlaczego? Być może nie widział nic szczególnie zdrożnego w załatwieniu państwowej "posady dla Kazia". Obserwując determinację, z jaką od zdobycia władzy obsadza wszystkie możliwe urzędy swoimi ludźmi, można przyjąć, że nie powoduje to w nim jakiejś szczególnej konfuzji. "Bądź prorodzinny, załatw posadę szwagrowi" – głosiła prześmiewcza wersja jednego z programowych haseł AWS-u. Kaczyński nie był wielbicielem AWS-u, ale zdaje się, że w tym punkcie wiele się od przywódców tamtej formacji nie różni. [...] Załatwiając bardzo dobrze płatną pracę Marcinkiewiczowi, Kaczyński czynił go jeszcze bardziej zależnym od siebie, niż zależni od prezesa są czołowi działacze Prawa i Sprawiedliwości. [...] Sądząc po wywiadzie, jakiego Kazimierz Marcinkiewicz udzielił po niespodziewanym odłożeniu nominacji na prezesa PKO BP ("Dziennik", 2 lutego), gdzie dystansuje się on od strategii politycznej PiS-u, nie należy wykluczać, że być może premier przeciągnął strunę."

Myślę, że tak właśnie się stało: Marcinkiewicz dostał sygnał, że poparcie dla niego jako prezesa PKO BP zostaje wycofane, Jarosław umywa ręce, a bez poparcia prezesem na pewno nie zostanie. Taka decyzja premiera byłaby spóźniona, ale dobra -- wycofanie się ze ślepej uliczki o nazwie "Cała Polska szuka pracy dla Kazia" może PiS-owi i samemu Kaziowi tylko pomóc. Drugą możliwość -- że Marcinkiewicz sam zauważył, jak idiotycznie to wygląda -- wykluczam; notka na jego blogu jasno dowodzi, że Kazio uważa za wielką dziejową niesprawiedliwość fakt, że nie został mianowany prezesem z pominięciem procedur; wszakże chciał wdrożyć segment "personal" i "ubankowić" starszych i młodszych, co jasno pokazuje, że jest geniuszem bankowości. Eks-premier nie rozumie, że jego walka o prezesurę PKO BP jest żenująca, nie widzi, że taki z niego ekspert od bankowości, jak ze mnie baletnica, a co najgorsze -- otwarcie przyznaje się do tej nieświadomości i niezwykle się dziwi temu, że układ bankowcy-politycy-media nie potrafi docenić jego zalet.

W jakiej pracy widziałbym Kazia? Marcinkiewicz jest doskonały w kontaktach z mediami. Mógłby zostać sędzią w "Tańcu z gwiazdami", sprzedawać garnki w telezakupach Mango, nadałby się na rzecznika dowolnej firmy o dowolnym profilu, nawet banku, czemu nie. Jedno mogę mu odradzić -- Kaziu, ty już nic nie pisz. Nie pisz bloga, nie pisz artykułów i -- nade wszystko -- nie pisz autobiografii. Znajomość wyrazów tak trudnych jak "personal" i "aktywizacja" nie wystarczy, kiedy nie ma kamer, świateł i dzieci z kwiatami.

czwartek, lutego 08, 2007

Dziś gościnnie: feministka

Agnieszka Graff, autorka książki "Świat bez kobiet", po przeczytaniu której zrozumiałem, że jestem feministą, polemizuje -- a raczej: rozprawia się -- z Tomaszem Terlikowskim i, przy okazji, z IV RP.

"Podręcznik "Kompas - edukacja o prawach człowieka w pracy z młodzieżą" przygotowała Rada Europy, przetłumaczono ją na 19 języków, ale nigdzie oprócz Polski książka nie okazała się kontrowersyjna. Roman Giertych uznał, że publikacja służy "lansowaniu zasady współpracy między środowiskami uczniowskimi a homoseksualnymi" i zakazał jej dystrybucji. To właśnie za przygotowanie "Kompasu" zwolniono Mirosława Sielatyckiego, szefa Centralnego Ośrodka Doskonalenia Nauczycielskiego. Bronili go nauczyciele, Polska Sekcja Amnesty International i Helsińska Fundacja Praw Człowieka - bez skutku.

Książka jest podręcznikiem metodycznym dla nauczycieli. Podaje podstawowe informacje z zakresu praw człowieka, przede wszystkim jednak proponuje pomysły na ciekawe lekcje: scenki z podziałem na role, debaty, w których ścierają się interesy różnych grup, wizualizacje. Celem autorów nie było zebranie faktów do zapamiętania, z których nauczyciel może potem zrobić klasówkę, lecz zaproponowanie ram dla otwartej debaty. Te ramy to koncepcja praw człowieka zawarta w międzynarodowych dokumentach, których nasz kraj jest sygnatariuszem: prawa obywatelskie i polityczne, ale także gorzej u nas znane prawa społeczne, gospodarcze, kulturalne i zbiorowe. [...]

Artykuł wybiórczo cytuje podręcznik, by następnie go parodiować, wyszydzając jego założenia i retorykę. Terlikowskiego śmieszy wszystko oprócz chrześcijaństwa: szacunek do islamu, ekologia, historia religii pogańskich Litwinów, emancypacja kobiet, oświeceniowa tradycja praw człowieka. Z tych żarcików wyłania się system wartości polskich konserwatystów, a także stosunek IV RP do praw człowieka. [...] Dla polskiego konserwatysty nie do przełknięcia jest sytuacja, kiedy dochodzi do starcia różnych interesów i poglądów traktowanych równie poważnie, tym bardziej gdy strony tego konfliktu to Indianie i ekolodzy. Słuszny pogląd jest jeden, cała reszta to kłamstwa. Skoro historia Europy to opowieść o zbawczym wpływie chrześcijaństwa, to czy nie należałoby edukacji obywatelskiej po prostu zastąpić katechezą?"

Cytat długi, warto przeczytać całość. Agnieszka Graff zwraca uwagę na dwie rzeczy, które wydają mi się w tej chwili najważniejsze: po pierwsze -- na samoizolację Polski w świecie, po drugie -- na niezwykle wąski zakres ważnych w polskim dyskursie publicznym tematów. Ot, chociażby wczoraj do dymisji podał się Andrzej Krawczyk, dymisja została natychmiast przyjęta przez prezydenta. Powód dymisji? Krawczyk, szantażowany, podpisał oświadczenie, że będzie współpracował z Wojskową Służbą Wewnętrzną, po czym podczas pierwszego i jedynego spotkania z oficerem prowadzącym powiedział, że współpracy odmawia, mimo gróźb. Czy Krawczyk jest osobą kompetentną? Czy radził sobie na powierzonym stanowisku? Czy jest na jego miejsce ktoś lepszy? Nikogo to nie obchodzi, ważne, że podpisał coś w 1982 roku, czyli 25 lat temu. O abpie Wielgusie nie muszę chyba opowiadać, wszyscy wiedzą, że był agentem. Czy byłby dobrym metropolitą warszawskim? Czy są lepsi na jego miejsce? Czy poradziłby sobie na tym stanowisku? A kogo to obchodzi? Jest teczka. Teczka rządzi.

Na czołowe stanowiska w państwie powołuje się osoby kompletnie pozbawione jakichkolwiek kompetencji, autorów pisemek nazistowskich, przestępców skazanych prawomocnymi wyrokami -- ale zbyt grzecznych, zbyt bezbarwnych lub zbyt młodych, żeby interesowała się nimi kiedyś, dawno temu bezpieka. Gospodarka leży odłogiem, zapomniana. Plany reform Zyty Gilowskiej, jak skromne by nie były, są blokowane, lub odkładane na później; doraźnie sprawy załatwia się rozdając tu sto milionów, tam dwieście. Polska to kraj o przeraźliwie skrzywionej optyce; kraj, w którym de facto liczą się tylko dwie grupy: źli -- (post)komuna i dobrzy -- katolicy i ich Kościół. Profesorowie to wykształciuchy, zaś elitą intelektualną Polski jest Antoni Macierewicz, człowiek, o którym można powiedzieć wszystko, ale nie to, że reprezentuje sobą wybitną umysłowość.

Jak to możliwe, że w Polsce prawa człowieka (o które rzekomo walczyli opozycjoniści w czasach komunizmu), prawa w szczególności kobiet i osób homoseksualnych, ekologia, społeczeństwo obywatelskie, tolerancja, wzajemne zaufanie i szacunek, różnorodność, multi-kulti, reformy, wyrównywanie szans, wiedza i edukacja -- to lewackie mrzonki, zaś dekomunizacja, czyli -- przypomnę -- walka z wrogiem, który wyzionął ducha 18 lat temu, tudzież wydawanie milionów złotych z budżetu na budynki, w których będzie można oddawać kult niewidzialnym przyjaciołom to tematy najważniejsze? Jaką Polskę chcą zbudować takie elity intelektualne jak pan Terlikowski? Zdekomunizowaną, biedną, ale katolicką? Czym zajmą się przygłupie i niedokształcone elity IV RP, kiedy już zlustrują ostatniego nieszczęśnika, który 25 lat temu dał się szantażem zmusić do podpisania jednego papierka? Jeśli lustracja nie omija nawet takich osób, jak wieloletni współpracownik Kaczyńskiego, który 25 lat temu podpisał jeden świstek, kto oprze się fali teczek? Czy troll o nicku Blizna05, który co jakiś czas wrzuca mi w komentarze jakiś potworny, nieortograficzny i niegramatyczny bełkot na tematy ogólnie antykomunistyczne jest tym ideałem, który mają przed oczyma bracia Kaczyńscy, mówiąc o obywatelach IV RP?

Seoirse na blogu "Radykalna Demokracja" pisze, że przeraża ją to, że Janina Jankowska swoim nazwiskiem legitymuje takie decyzje, jak nominacja Krzysztofa Bosaka na wicedyrektora rady programowej TVP. Mnie przeraża to, że nie istnieje dialog między obywatelem Europy, a obywatelem IV RP. Dla obywatela Europy liczy się wszystko, tylko nie dekomunizacja. Dla obywatela IV RP nie liczy się nic oprócz dekomunizacji. Jak pisze Graff, "Tomasz Terlikowski nie mieszka jednak w wielokulturowej Europie. On żyje wyłącznie w Polsce, uczestniczy wyłącznie w polskich sporach. Tolerancja? Ekologia? Wielość kultur i systemów wartości? To go nie dotyczy. W Polsce system wartości jest jeden, a jedyny istotny spór dotyczy lustracji i dekomunizacji. Terlikowski czyta zatem europejski podręcznik o prawach człowieka i przełamywaniu stereotypów przez pryzmat walki z układem. Dziwnie monotonna to lektura, bo - niczym Jasiowi ze znanego dowcipu - wszystko kojarzy mu się z jednym, czyli z komunizmem. Równość to urawniłowka; idealizm to ideologia; dostrzeżenie nierówności to zakamuflowany totalitaryzm. A promowanie aktywności obywatelskiej to nic innego jak lewicowa agitacja. W żadnym kraju zachodnioeuropejskim nie byłyby to skojarzenia czytelne. Gdyby tekst Terlikowskiego przetłumaczyć na francuski czy angielski, okazałby się zbiorem dziwacznych nonsensów. Narzucona nam przez prawicę lustratorska obsesja sprawiła jednak, że te nonsensy wydają się dziś oczywistościami."

W tekście Agnieszki Graff cieszy mnie to, że jest jeszcze w Polsce (a nie za granicą) ktoś, kto widzi, jak niezwykle absurdalne są problemy, jakimi zajmuje się władza. Z perspektywy europejskiej spory o to, czy Krawczyk podpisał coś 25 lat temu, czy też nie podpisał, są co najwyżej zabawne -- ale bardziej chyba żałosne. Jak się ma teczka Krawczyka do polityki europejskiej, w której ważne są właśnie te tematy, które Terlikowski określa mianem lewicowej agitacji? Graff w zakończeniu pisze: "Mam wrażenie, że w Unii ideologom IV RP podobają się tylko pieniądze, a cała reszta kojarzy im się z postkomuną." To nie wrażenie, to rzeczywistość: rzeczywistość zniewolonego umysłu, który sam nakłada na siebie więzy, żeby móc się w nich szamotać.

wtorek, lutego 06, 2007

Nic dwa razy się nie zdarza?

Hrabia, który miał dwa pseudonimy operacyjne: Jeden (do 1960 r.) i Turgieniew, był gorliwym współpracownikiem... "Pierwszy raz zetknąłem się z taką teczką. Hrabia był agentem, który sam sobie wyznaczał zadania. To prawdziwa rzadkość" - przyznaje dr Krzysztof Kaczmarski.

Myślałem: "Jeśli nie ja, to kto?". W życiu chciałbym po sobie coś zostawić. Nie poszedłem do komisji, żeby mścić się ideowo. Jestem państwowcem. Myślę zdroworozsądkowo, stoi za mną rzetelność warsztatowa - mówi o sobie kierownik Wierzbowski.

Wojciech Dzieduszycki został zwerbowany w lutym 1949, współpracę z nim SB zerwała we wrześniu 1972 roku. Przez ten czas hrabia napisał ponad 400 raportów. Było też kilkaset notatek, jakie po spotkaniach z nim sporządzili oficerowie bezpieki. "To były prawdziwe elaboraty. Bardzo szczegółowe i wyczerpujące" - mówi dr Kaczmarski.

O tym, że weryfikuje w ratuszu, nie wiedział nikt. - Natura tego zajęcia jest dyskretna. Nie czułem się upoważniony - wyjaśnia. - Za pracę nie wziąłem grosza. Nie należy brać pieniędzy, jeśli robi się coś ważnego dla państwa.

W planie pracy z TW "Turgieniewem" sporządzonym w 1962 roku płk Niedbała zapisał, że Dzieduszycki jest "niechętny przyjmowaniu wynagrodzeń w formie pieniędzy". Wzdraga się, ma opory moralne. [...] "Wspomina o podróży kuszetką z Warszawy do Wrocławia, podczas której rozmawiał z inżynierem budownictwa z Tychów. Ten mocno krytykował budownictwo PRL-owskie. Pan Dzieduszycki skwapliwie to wszystko spisał. Wiele mówi ostatnie zdanie raportu: Niestety, nie mogłem dowiedzieć się nazwiska tego pasażera. Wysiadł w Opolu - mówi dr Iwaneczko.

To tyle z tematów ważnych. Z tematów zastępczych: "Jedna z mam wzięła becikowe, a oddała dziecko, tłumacząc, że zmaga się z chorobą alkoholową i nie jest jeszcze gotowa na jego wychowanie - mówi Katarzyna Rys z Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej w Krakowie. - Inna tłumaczyła, że leczy się psychiatrycznie i w tym momencie nie może się zająć dzieckiem, ale kiedyś je od nas odbierze. Kiedy? Tego nie wie..." Śliczny kraj nam koalicja zbudowała. Jak zwykle, serdeczne gratulacje składam wyborcom IV RP.

Dear God, please help me

"Układ rozrodczy kobiet i mężczyzn, zapłodnienie, ciąża i poród - takie tematy wzięli pod lupę pracownicy Ministerstwa Edukacji. Jak ustaliła "Rz", w ubiegły piątek aż do późnego wieczoru wertowali szkolne podręczniki i kserowali strony z ilustracjami np. zapłodnienia albo rozwoju płodu. Takie polecenie, według informacji "Rz", miał im wydać wiceminister edukacji i szef parlamentarnego Klubu LPR Mirosław Orzechowski."

Tanio i dyskretnie biologii nauczam. W programie ewolucja i prokreacja. Gwarantuję anonimowość i przyjęcie na studia.


Guz odpowiedział, że przyszedł "zaproszony na program, w którym miano dyskutować na temat kulis zamachu na papieża. W inscenizacji jakiejś dzikiej lustracji nie będę uczestniczył" - dodał.

ale mi sie podoba ta zadyma, sb jednak to była formacja na swiatowym poziomie

oczywiscie, nie popieram działań zbrodniczych ale przyznajcie struktury, konspira, agentura pierwsza klasa


Jego dymisja ma jednak ten walor, że wreszcie zaczęło się głośno mówić o temacie do niedawna zakazanym, a mianowicie o tym, że dla politycznego niejasnego celu, wspieranego przez medialny, raczej bezmyślny chór, zdemolowano wojskowy wywiad i kontrwywiad, że rzeczywiście polska armia jest ślepa i głucha. Dziś już wiadomo, że zamiast żołnierzy do Afganistanu mają jechać funkcjonariusze służb cywilnych, dla których gorączkowo szuka się mundurów, nie mający pojęcia o wojsku, że nie ma pieniędzy na operacje wywiadowcze, że nikt nie wie, jak ta osłona wywiadowcza i kontrwywiadowcza miałaby polegać...

etc.

poniedziałek, lutego 05, 2007

No i mamy koniec świata

"Jeżeli by się okazało, że z tej bójki Macierewicz-Sikorski pan premier wybierze Macierewicza, to koniec świata - powiedział w programie "Kawa na ławę" TVN24 Ryszard Kalisz. Posła SLD poparł senator Stefan Niesiołowski z PO."

No, to mamy koniec świata. (Ciekawe, co powiedzą Kalisz i Niesiołowski następnym razem. Będzie koniec wszechświata?) W ciągu kilku dosłownie godzin dymisja została złożona, przyjęta i poznaliśmy następcę ministra Sikorskiego. Będzie nim Aleksander Szczygło, który parę godzin wcześniej "zaprzeczył jakoby Pałac Prezydencki domagał się dymisji Radosława Sikorskiego. Pytany o spekulacje, że jest jednym z kandydatów na jego następcę, Szczygło powiedział, że decyzja o nominacji nowego ministra obrony narodowej należy do premiera i prezydenta", co pozwala snuć wielce smakowite przypuszczenia na temat tego, jak też wyglądała lista kandydatów i kto podpowiadał Theodenowi, tfu -- chciałem powiedzieć prezydentowi nazwisko najwybitniejszego w Polsce fachowca od spraw obrony narodowej. Fachowiec "ukończył studia na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Gdańskiego (pod kierunkiem Lecha Kaczyńskiego). W 1996 ukończył studia podyplomowe z zakresu prawa i administracji publicznej w University of Wisconsin oraz odbył praktykę w Kongresie Stanów Zjednoczonych." Brzmi nieźle. Zwłaszcza promotor wybitny. Poza tym fachowiec zajmował się głównie zajmowaniem stanowisk, jakie otrzymał od promotora: "W latach 1990-1991 pracował jako asystent senatora Lecha Kaczyńskiego w Biurze OKP w Gdańsku. Jednocześnie pracował jako specjalista w biurze prawnym Komisji Krajowej NSZZ "Solidarność". Kolejne etapy jego kariery zawodowej były również związane z osobą Lecha Kaczyńskiego: w latach 1991-1992 pracował jako specjalista ds. legislacyjnych w kierowanym przez Kaczyńskiego Biurze Bezpieczeństwa Narodowego, a po powołaniu Kaczyńskiego na stanowisko prezesa Najwyższej Izby Kontroli w 1992 został dyrektorem gabinetu prezesa. W NIK pracował do 1995."

Porównajmy to z życiorysem Sikorskiego. "Jest absolwentem (Bachelor of Arts, Master of Arts) kierunku filozofia, nauki polityczne i ekonomia (PPE) w Pembroke College Uniwersytetu w Oksfordzie. W latach 1986-1989 był korespondentem prasy brytyjskiej ("The Spectator", "The Observer") w Afganistanie, Angoli i Jugosławii. W 1988 otrzymał pierwszą nagrodę World Press Photo w kategorii zdjęć reporterskich za zdjęcie rodziny afgańskiej zabitej w bombardowaniu. Od 1990 był doradcą Ruperta Murdocha do spraw inwestycji w Polsce. W latach 1990-1991 był warszawskim korespondentem "Sunday Telegraph". Był redaktorem cyklu publikacji analitycznych pt. European Outlook, a także organizatorem rozmaitych konferencji międzynarodowych. Jest autorem książek wydanych w kilku językach, m.in. Prochy Świętych (nt. wojny w Afganistanie), The Polish House - an Intimate History of Poland. Publikował w "Rzeczpospolitej", "National Review", "The Spectator", "The Wall Street Journal", "Sunday Telegraph". Występował jako ekspert w sprawach stosunków międzynarodowych w telewizjach polskich (TVP, TVN 24) i zagranicznych (CNN, Fox News, BBC World, Voice of America). W TVP prowadził program pt. "Wywiad Miesiąca", w którym rozmawiał ze znanymi politykami światowymi. W latach 1998-2002 był przewodniczącym rady Fundacji "Pomoc Polakom na Wschodzie". W latach 1998-2001 w rządzie Jerzego Buzka pełnił funkcję podsekretarza stanu w Ministerstwie Spraw Zagranicznych ds. kontaktów z Polonią oraz relacji z krajami Azji, Afryki i Ameryki Łacińskiej. Od 2002 jest członkiem rzeczywistym American Enterprise Institute w Waszyngtonie i dyrektorem wykonawczym Nowej Inicjatywy Atlantyckiej przy AEI." And I, my Lord, may I say nothing?

Jarosław Kaczyński ma pewną zaletę: jest konsekwentny. Konsekwentnie zastępuje lepszych ludzi coraz gorszymi. Minister Sikorski nie był moim ulubieńcem, niemniej jednak w tym rządzie był gwiazdą. Ministrowi Szczygle wróżę raczej karierę zbliżoną do ministry Fotygi. Na blogu pt. "Demokrata.pl o polityce" Mateusz Żurawik pisze: "Warto zauważyć, że rząd PiS wykazuje się dziwnym upodobaniem do wyrzucania ludzi cieszących się autorytetem (min. Meller) czy społeczną sympatią (premier Marcinkiewicz). Lech Wałęsa dość często wspominał o megalomanii braci Kaczyńskich. Być może w powiązaniu obydwu faktów należy upatrywać genezy kolejnych "odzyskanych" urzędów. Jarosław Kaczyński nie tylko zręcznie przejmuje elektoraty Samoobrony i Ligii Polskich Rodzin, ale też wyjątkowo sprawnie wycina potencjalną wewnętrzną opozycję. Zamiast rządu ekspertów, któremu przewodziłby przeciętny premier mamy rząd przeciętniaków, na których tle premier wydaje się politykiem europejskiego formatu." Ciężko się nie zgodzić.

Kto następny do odstrzału? Ludzie, którzy radzili sobie na swoich stanowiskach dobrze, lub średnio już z rządu wylecieli (tzn. chciałem oczywiście powiedzieć, że ich stanowiska zostały odzyskane). Stawiam, że następna z rządem pożegna się Zyta Gilowska. W skali ocen szkolnych Gilowska otrzymuje ode mnie ocenę mierną i jest to jak na ten rząd duże osiągnięcie. Lepsza jest ministra Gęsicka, niemniej jednak stanowisko ministra rozwoju regionalnego nie daje możliwości organizowania konferencji, otwierania, przecinania, ogłaszania ani lustrowania i dlatego sądzę, że ma szansę utrzymać się do końca kadencji (kiedy by ten koniec nie miał nastąpić). Poza tym Gęsicka jest członkinią PiS, a Gilowska nie. Profesora Gilowska trzyma się jak do tej pory stołka z podziwu godnym samozaparciem (Lepper jej przeszkadzał, już nie przeszkadza; brak reform jej przeszkadzał, już nie przeszkadza, etc.), ale to raczej nie ona zdecyduje o tym, kiedy nastąpi koniec jej współpracy z premierem. Poza tym Samoobrona czeka na kolejne obiecane ministerstwo, a Renata Beger jest absolwentką liceum ekonomicznego. Na drugim miejscu w kolejce do odstrzału odzyskania widzę ministerstwo zdrowia. Profesor Religa ma kilka wad: jest popularny, składa obietnice równie płynnie jak sam Kaziosprawdzisięwbiznesie i nie jest członkiem PiS. Pozostałe wady (np. brak widocznych gołym okiem efektów pracy) nie są w tym rządzie ważne.

Niejaki Skubi napisał na forum gazeta.pl tak: "Jak Marcinkiewiczowi kazali wziąć na wice Leppera, to się trochę stawiał, ale w końcu posłuchał. I tym sposobem politycznie się s... no wiecie co. W zamian był premierem, ale w końcu i tak Jarek go wywalił. I teraz nie ma
ani honoru (bo to już nie wróci), ani posady. Zupełnie jak pani Aneta z Samoobrony. Sikorskiemu kazali wziąć na wice Macierewicza, po to aby Polska nie miała już wywiadu ani kontrwywiadu, ale za to żeby były fajne precieki prasowe. Sikorski stawiał się jak mógł, ale w końcu też się sku... i Macierewicza wziął. W zamian był ministrem obrony, ale w końcu i tak Jarek go wywalił. I teraz nie ma ani honoru (bo to już nie wróci), ani posady..." Pani Zyto, pani się nie boi. Na pewno kiedyś zapomnimy o pani miłości do bogato zdobionych foteli w rządzie rewolucji moralnej. Niemniej jednak na razie radzę się trzymać stołka bardzo mocno, bo może trząść.

sobota, lutego 03, 2007

Kolejna granica przekroczona

Nowym wiceprzewodniczącym Rady Programowej TVP został Krzysztof Bosak, znany głównie z tego, że portal gejowski Gaylife uznał go za najprzystojniejszego wszechpolaka.

Ta wiadomość zdenerwowała mnie o wiele bardziej, niż (zapewne) powinna. Po części dlatego, że po serii nominacji partyjnych, ale koniecznych najwyraźniej przyszedł czas na nominacje "bo można". 24-letni Krzysztof Bosak ma wykształcenie średnie, 3 lata studiował architekturę na Politechnice Wrocławskiej, teraz zaś (od 2004) studiuje zaocznie dwa kierunki naraz, jeden w Warszawie, drugi w toruńskiej uczelni ojca Rydzyka. Pytanie, czy można pogodzić bycie posłem, wiceprzewodniczącym w TVP, studia w Warszawie i Toruniu i wszystkie te rzeczy wykonywać porządnie i na odpowiednim poziomie jest retoryczne.

Nominacji Bosaka na wiceprzewodniczącego RP TVP (nawiasem mówiąc, wcześniej był członkiem Rady Programowej) nie da się obronić nawet argumentami wykorzystywanymi do uzasadniania kandydatury Marcinkiewicza na prezesa PKO BP. Marcinkiewicz ma wykształcenie wyższe, studia podyplomowe z administracji, rozpoczął studia doktoranckie na Wydziale Nauk Ekonomicznych i Zarządzania. To żałośnie mało jak na prezesa PKO BP, ale zawsze coś. Bosak nie ma wykształcenia, nie ma doświadczenia, nawet telewizji prawie nie ogląda: "ogląda około pół godziny dziennie, głównie programy publicystyczne [...] dłuższą chwilę namyślał się, który program w telewizji lubi Krzysztof Bosak prywatnie. Ostatecznie uznał, że lubi "Warto rozmawiać" (często sam w nim występuje)". Prawda, że wybitny fachowiec? Na pytanie o "Modę na sukces" ma do powiedzenia tyle: "Byłoby lepiej, gdyby stworzyć polską wersję tego serialu i przenieść na polskie warunki popularny tasiemiec. Nasi filmowcy będą mieli pracę".

Co dotychczas robił poseł Bosak w Radzie? "Zgłaszał wnioski o to, żeby programy rolnicze były nadawane o innych porach - "Tydzień" jest emitowany w niedzielę, kiedy rolnicy są na sumie - zauważył poseł. Krytykował też sondaże przedwyborcze (w których LPR uzyskiwała niskie wyniki), "a wiadomo, że ludzie kierują się sondażami". Nie podobały mu się też m.in. telewizyjne debaty kandydatów na prezydenta Warszawy, w której faworyzowani byli "na zasadzie uznaniowej" Hanna Gronkiewicz-Waltz oraz Kazimierz Marcinkiewicz."

Zauważyłem powolną ewolucję "argumentów", jakimi posługują się prawicowcy celem obrony pomysłów i decyzji braci Kaczyńskich. Najpierw dowiadywaliśmy się, że Kwaśniewski pił w Charkowie. Potem, kiedy przeciw idiotyzmom Giertycha zaczęli protestować profesorowie, dziennikarze i studenci, dowiadywaliśmy się, że nikt nie protestował przeciwko ministrowi Wiatrowi z SLD. (Co, nawiasem mówiąc, nie jest prawdą.) Nominacji Marcinkiewicza na prezesa PKO BP broniono stwierdzeniem, że Hanna Gronkiewicz-Waltz również nie miała doświadczenia. (O tym, że w chwili wyboru miała już doktorat, doświadczenie w Komisji Kodyfikacyjnej Prawa Bankowego, kończyła pracę habilitacyjną na temat funkcjonowania Banku Centralnego na ogół się nie wspomina, bo i po co.)

Tak więc przez kilka dni z zapartym tchem czekałem na uzasadnienia wyboru Bosaka na wiceprzewodniczącego RP TVP. Czekałem... i się nie doczekałem. Wybór Bosaka jest przekroczeniem pewnej granicy; granicy, za którą już nie trzeba uzasadniać swoich decyzji. Bosak został wiceprzewodniczącym, bo mógł. To w IV RP wystarczy.

PS. Zapraszam do lektury najnowszej notki na blogu Radykalna Demokracja.

piątek, lutego 02, 2007

Ach, ta Senyszyn

Zła pani profesora znowu atakuje. Na jej oficjalnym blogu (portal onet.pl, który nie ma oporów ani przed Senyszyn, ani przed Wierzejskim) można przeczytać notkę na temat Kościoła, IV RP i Świątyni Opaczności* Bożej.

Oczywiście prawicowi (= wszyscy pozostali) politycy są wściekli, protestują, żądają, etc. Profesor Niesiołowski (entomolog) na przykład, w sposób zupełnie pozbawiony hipokryzji, stwierdza: "Obrażanie Kościoła to była jedna z metod rządów komunistycznych - podkreśla senator. Jak pisze "Dziennik", Niesiołowski przyznaje, że Senyszyn ma trochę racji mówiąc, że prawo nie pozwala na finansowanie budowy świątyni. - O tym mogę z nią dyskutować, ale nie na poziomie wyzwisk i katoprawicy". Tak, panie senatorze, katoprawica jest złem, wypominanie rządów komunistycznych to dobroć. "Ona nie może wytrzymać chwili, by nie uderzyć w kler - komentuje poseł PiS, Tadeusz Cymański." Wydaje mi się, że łatwo sprawdzić, że notki na blogu profesory Senyszyn pojawiają się co kilka dni, między poprzednią, a aktualną minął tydzień. Więc chwilę chyba pani posłanka może wytrzymać. Chociaż niewątpliwie z dużym trudem.

Warto zauważyć, że żaden z cytowanych posłów nie odnosi się do tego, O CZYM profesora Senyszyn pisze. A może warto, bo nikt inny nie odważył się tego napisać. Nikt również nie podaje w wątpliwość głoszonych przez nią tez. Być może dlatego, że się nie da. Po prostu Senyszyn napisała prawdę. Oto przykłady: "Wierni potrzebują przytulnych Domów Bożych, w których można się pomodlić, zadumać, usłyszeć dobre słowo, znaleźć wsparcie. Kler – przeciwnie. Potrzebuje budowli okazałych, pełnych przepychu, manifestujących jego bezgraniczną władzę i potęgę. [...] Idąca na pasku kleru katoprawica jest gotowa na każdą podłość, byle zyskać błogosławieństwo wyborcze Kościoła. Dawanie na tacę z budżetu jest najefektywniejsze, a łaskawców nic nie kosztuje. [...] Biedni emeryci. Rząd kłamie, że nie dostaną mniej. Oczywiście dostaną. Nie mniej niż chciała im dać wicepremier Gilowska, ale mniej niż mogliby dostać. Ściśle o 40 milionów zł mniej. Wygląda na to, że opatrzność przestała czuwać nad biednymi emerytami. Na czas głosowań przeniosła się do Świątyni. Nie Bożej. Do Świątyni Obłudy. Bóg nie ma z tym nic wspólnego. [...] Kler gra w tym w obłudnym chórze pierwsze skrzypce. W tym roku na zasłużoną krytykę SLD odpowiedział bełkotliwie, ustami abp. Gocłowskiego: „Niech sobie przypomną, że pan Bierut dał ileś tam tysięcy na budowę kościoła św. Michała w Sopocie, a więc jest precedens. Proszę, by tak może zakomunikować dzisiejszym komunistom, że oni też dawali pieniądze na Kościół”. Oświadczam, że nie trzeba nam przypominać. Nie takie błędy popełnialiśmy. Na szczęście to już przeszłość. Zmądrzeliśmy. Tym się różnimy od księżobojnych parlamentarzystów i kościelnej hierarchii, że naszym idolem nie jest Bierut, a my nie jesteśmy jego spadkobiercami. [...]"

Język pani profesory gorszy Niesiołowskiego i Cymańskiego. Niestety nie gorszy ich, kiedy poseł Wierzejski pisze: "Całkowite niezrozumienie budzi posunięte do granic poprawności polityczna zestawienie ofiar Narodu Polskiego w jednej grupie i na jednej szali z homoseksualistami! Pederaści mogą się cieszyć - łatwiej im teraz będzie forsować plany budowy pomnika „poległego geja” w Warszawie." Pederaści -- to ładny język, katoprawica -- brzydki. Nawiasem mówiąc, Wierzejski w tej notce odsądza Lecha Kaczyńskiego od czci i wiary dlatego, że LK w rocznicę wyzwolenia Auschwitz wspomniał o tym, że w obozach ginęli homoseksualiści. Ciekawe, po której stronie stanąłby Wierzejski, gdyby dzisiaj pojawił się jakiś nowy Adolf i zechciał ruszyć wyrzynać dewiantów. Nie tylko Wierzejski, Cymańskiemu i Niesiołowskiemu też bym mógł parę wypowiedzi wypomnieć. No, ale akurat Kościoła w tych wypowiedziach nie atakowali, więc wszystko jest w porządku.

Podziwiam panią Senyszyn. W kraju, w którym za odróżnianie się od współobywateli grozi kara, w którym niedługo obrażanie księży będzie ścigane urzędowo, a neutralność religijną podkreślają tysiące krzyży w urzędach i szkołach, profesora Senyszyn odważa się pisać, że Kościół jest "nienasyconą, pazerną instytucją", a katoprawica "idzie na pasku Kościoła". Na dodatek pisząc to pani profesora pewnie ma na sobie coś kolorowego, może nawet -- o zgrozo! -- tipsy, a jeszcze ten tytuł profesory zwyczajnej (ciekawostka: postanowiłem sprawdzić, czy Niesiołowski jest profesorem zwyczajnym, czy nadzwyczajnym; niestety nie znalazłem tej informacji, bo na hasło "niesiołowski profesor zwyczajny" wyskakują informacje o Senyszyn). Znaczy, zamiast siedzieć w domu i zajmować się moralnością rodziny śmiała się edu... edu... edukować baba! Ściąć ją! Ściąć ją i wszystkich, którzy jej słuchają! A potem, kiedy już zabraknie chamskich posłanek, porozmawiamy sobie kulturalnie. O pederastach, komuchach i o tym, kto musi się chwytać desperackich zagrywek, żeby zaistnieć w mediach.


* to taki pół-oficjalny spelling. Gazeta.pl zrobiła na temat ŚOB sondaż, w którym budynek nazywał się właśnie Świątynią Opaczności Bożej i dobre kilka godzin trwało, zanim poprawiono tę, ahem, oczywistą literówkę.