sobota, kwietnia 28, 2007

Mmmmwah!

Uroczy news na początek długiego weekendu: "Znani z walki o czystość obyczajów kandydaci na posłów z ramienia Ligi Polskich Rodzin Maksymilian G. z Krakowa, Robert P. z Lublina oraz działacz Młodzieży Wszechpolskiej Michał S. są podejrzani o... rozpowszechnianie twardej pornografii. Młodzi narodowcy zostali ujęci przez policję w przeddzień krakowskiego Marszu Tolerancji, gdy rozklejali na murach domów obrzydliwe pornograficzne plakaty - ujawnia "Super Express". [...] - Publikacja takich zdjęć w Krakowie jest bulwersująca - nie ukrywa Piotr Kosmaty, szef Prokuratury Rejonowej Kraków- Śródmieście Wschód. - Ponieważ jedno z nich przedstawia współżycie ze zwierzęciem uznaliśmy że mamy do czynienia z rozpowszechnianiem tzw. twardej pornografii. Grozi za to do 6 lat więzienia."

Jak zwykle gratuluję wyborcom i twórcom koalicji ewolucji moralnych -- rozpowszechnianie twardej pornografii to właśnie to, za co najbardziej cenimy LPR :D Ciekawe, czy "Nasz Dziennik" wspomni o tej historii?

czwartek, kwietnia 26, 2007

Rzeczpospolita ludzi małych

"Z powodu niezłożenia w terminie oświadczenia lustracyjnego były premier Tadeusz Mazowiecki traci stanowisko w Kapitule Orderu Orła Białego - poinformował sekretarz stanu w Kancelarii Prezydenta Maciej Łopiński. [...] Mazowiecki powiedział w radiu TOK FM, że nie złożył oświadczenia lustracyjnego jako członek Kapituły Orderu Orła Białego, bo domaganie się kolejnych oświadczeń na temat współpracy ze służbami PRL od osób, które je już kiedyś złożyły, nie ma podstawy formalnej; jest to próba upokarzania ludzi."

"Polsce dostaje się w Strasburgu za rzekomą homofobię [podkreślenie moje, tytuł Gazety Wyborczej - O.] Nie uznajemy żadnych form dyskryminacji i jesteśmy zwolennikami pełnej tolerancji. Pragniemy podkreślić, że istnieje poważna różnica między brakiem dyskryminacji w tej dziedzinie a promowaniem postaw homoseksualnych. Tolerancja - tak, niedyskryminacja - tak. Ale promocja - nie, bo promocja w tej dziedzinie nie jest miarą poszanowania praw człowieka - tłumaczył Jan Kułakowski z PD (frakcja ALDE). [...] Tylko jeden polski poseł Józef Pinior z SdPl (członek frakcji Europejskiej Partii Socjalistycznej) zdecydowanie opowiedział się zarówno za rezolucją, jak i koniecznością debatowanie o homofobii w Polsce. - Z niedawno opublikowanego raportu przygotowanego m.in. przez organizację "Lambda" wynika, że mamy w Polsce do czynienia z prześladowaniem, łącznie z przemocą fizyczną, osób homoseksualnych. Kto, jeśli nie Parlament Europejski, ma stanąć w obronie tych ludzi? - tłumaczył "Gazecie" Pinior. Skrytykował pozostałych eurodeputowanych (zwłaszcza tych z frakcji socjaldemokratycznej) za to, że do końca próbowali debatę oraz rezolucję zablokować. - To oznacza, że w Polsce nie ma już lewicy - uznał."

"Po wydaniu uznanej za antysemicką broszury, eurodeputowany Maciej Giertych (LPR) wydał nową publikację z logo Parlamentu Europejskiego, w której uznaje homoseksualizm za "defekt" i przejaw "niemoralności". [...] Podkreślając, że wypowiada się "jako genetyk" (Giertych jest profesorem dendrologii, czyli nauki o drzewach; zrobił habilitację z genetyki drzew), pisze dalej, że homoseksualizm "nie jest stanem wrodzonym", że "to defekt nabyty w drodze wychowania". [...] Maciej Giertych jest zdania, że wobec tego orientację homoseksualną można "odwrócić" we współpracy z terapeutami i przy odpowiedniej "motywacji duchowej"."

Bieda, żałość i małość przebijają z dzisiejszych informacji. Oto byle kto usuwa z Kapituły Orderu Orła Białego -- 8 dni po 80-tych urodzinach -- Tadeusza Mazowieckiego, pierwszego premiera III RP, bo nie złożył lojalki nowym, malutkim (dosłownie i w przenośni) władzom. Oto wszyscy oprócz jednego polscy eurodeputowani bredzą (żeby gorszego słowa nie użyć) o promocji homoseksualizmu. O Macieju Giertychu nie ma po co pisać, odnotowuję tylko dla porządku, to przypadek nieuleczalny.

Tymczasem wszystkie -- oprócz ekstremalnej, antysemickiej prawicy -- frakcje Parlamentu Europejskiego wyraziły swoje poparcie dla Bronisława Geremka, który również odmówił złożenia lojalki. Co ma do powiedzenia pan premier? "Decyzja prof. Geremka to działanie na szkodę kraju - mówi premier Kaczyński". Nie, panie premierze, to nie decyzja profesora Geremka działa na szkodę kraju. Szkoda, że pan tego nie rozumie. Dla pana też nie widzę ratunku; jest takie powiedzonko, że jeśli jedna osoba mówi nam, żeśmy pijani, może się mylić; jeśli dwie osoby tak mówią, warto się zastanowić; jeśli mówią trzy, to może się połóżmy. Dla pana premiera stu tysięcy osób byłoby za mało. Ba -- 20 milionów mogłoby nie stanowić różnicy; wszakże "określone siły" działające "na szkodę państwa" reprezentują "pewne środowiska". A że te określone siły to najwybitniejsi działacze opozycyjni z czasów PRL? Że to ludzie, którzy mają na koncie lata więzienia, których próbowano łamać wielokrotnie i nigdy z powodzeniem? Cóż, to dowodzi tylko tego, że Układ trzyma się mocno i że warto sięgać po przestępców honoris causa i wręczać ordery za edukację prałatowi Jankowskiemu. Skoro Układ oplątał mackami Tadeusza Mazowieckiego, zaiste przepotężna to organizacja.

Naukowcy mawiają, że jeśli do dyspozycji są dwie równorzędne teorie, z których jedna wymaga prostego dowodu, a druga niezwykle skomplikowanych wygibasów umysłowych, należy wybrać tę pierwszą. Tak więc mając do wyboru teorię pierwszą, zgodnie z którą Tadeusz Mazowiecki, Bronisław Geremek, Ewa Milewicz, Adam Michnik, dziesiątki profesorów uniwersyteckich, Młoda Lekarka z Trójki, publicyści artykułów o ogórkach szklarniowych i dziesiątki innych, których decyzje o niezłożeniu lojalek nie mają szansy zabrzmieć tak głośno, jak tych wymienionych powyżej -- to bezwolne narzędzia układu, oraz teorię drugą, zgodnie z którą pan premier powinien się położyć... wybieram tę drugą. Chociażby dlatego, że żałosny twór zwany przez dowcipnych IV Rzeczpospolitą w końcu zdechnie w konwulsjach (są tacy, co uważają, że zdycha od kiedy Andrzej Lepper po raz pierwszy stracił stanowisko w rządzie, a Jarosław Kaczyński uroczyście i publicznie obiecał, że nigdy więcej z nim nie będzie rozmawiać). A wtedy książki do historii wyznaczą miejsce zarówno Tadeuszowi Mazowieckiemu, jak i Jarosławowi Kaczyńskiemu. Jeden z nich będzie prawdopodobnie niezadowolony z oceny historii i będzie bełkotać o określonych siłach, układzie, stoliku i postkomunistach. Jest nadzieja, że wtedy będą go słuchać już tylko współpensjonariusze zakładu, w którym będzie mieszkać.

środa, kwietnia 25, 2007

Powrót z (krótkiej) emigracji wewnętrznej

Na blogu Dziennik Ju autorka napisała wczoraj (a wszyscy, co żywi, przeczytali -- bo Gazeta umieściła link w najbardziej eksponowanym miejscu. Ciekawe, czy to nowa świecka tradycja promowania blogów? Czy autorka nie powinna otrzymać wierszówki za tworzenie contentu dla portalu gazeta.pl?): "Nie uciekalam przed Kaczynskimi, bo jeszcze ich u steru nie bylo, gdy mnie przyszlo tu przyjezdzac. Nie uciekalam przed zakazami aborcji, nienawiscia wobec Zydow, homoseksualistow i cyklistow, bo Zydowka ani lesbijka nie jestem, a na rowerze jezdze rzadko. Nie uciekalam nawet przed bieda, bo moze i zarabialam nedznie, ale zasuwajac na dwa etaty jakos tam wyrabialam, a i tak bylam szczesciara, ze te prace mialam, i ze mialam pomocnych rodzicow. Ja nie uciekalam OD, ale gonilam DO. Do doktoratu, do kraju swoich marzen, do nowosci. Teraz juz malo prawdopodobne, ze wroce, skoro mam szanse na godziwsze zycie tutaj. Poza tym okazuje sie, ze nie tylko swoje plany musze brac pod uwage - i kto wie, gdzie mnie jeszcze poniesie. [...] Nikt mi nie wmowi, ze wielu jest takich, co uciekli, 'bo u nas bija pedalow'. Takich jest garstka. Znakomita wiekszosc uciekla przed bieda, przed razacym ponizeniem ludzkiej godnosci w postaci pracy za wartosc dwoch par porzadnych butow miesiecznie. [...] Powyrywani ze swojej codziennosci, teskniacy, ale i rozzaleni. Oni nie maja tej dogodnosci, jaka ciesza sie wyksztalciuchy - internacjonalnego kodu komunikacyjnego, tym szerszego, im lepsze otrzymalo sie wyksztalcenie. Oni czuja sie obco - z biegiem lat i pokolen zapewne wszyscy wrosniemy w lokalny krajobraz etniczno-kulturowy jako staly jego element - ale teraz Polacy choruja z tesknoty, a zarazem nienawisci, majac wrazenie, ze instytucja panstwa polskiego wydarla im to, co bylo dla nich ojczyzna. Mowia z gorycza, niechecia i drwina o Polsce, bo wierza, ze to wina panstwa, ze nie moga tam byc. Mowia tez z gorycza, niechecia i drwina o Wyspach, bo nie moga sie tu do konca odnalezc."

Ju zwraca uwagę na bardzo ciekawą rzecz: otóż emigracja nie jest bynajmniej jednorodna, a emigranci nie są porównywalni. Ja ze swoim międzynarodowym zawodem, perfekcyjnym angielskim i wysokimi zarobkami wyjechałem z Polski dlatego, że: 1. mogłem sobie na to pozwolić, 2. nie mogłem wytrzymać w kraju lustratorów, księży i wicepremierów z wyrokami. Trochę uciekałem przed, a trochę jechałem po: po wolność, po przygodę, po zarobki pozwalające na zakup mieszkania szybciej, niż po siedemdziesiątce. Po możliwość wzięcia ślubu, obejrzenia nieomal przez okno w salonie miliona ludzi na Gay Pride, po normalność -- normalność niereglamentowaną, nie wydzielaną wyłącznie białym, heteroseksualnym samcom. Przed czym, przed kim uciekałem...? W dużej mierze przed tymi samymi ludźmi, którzy "mówią z goryczą, niechęcią i drwiną..." Jechałem też po godność; ale nie po godność rozumianą jako możliwość przeżycia od pierwszego do pierwszego. Po godność rozumianą po wykształciuchowsku.

W Holandii duży problem stanowią emigranci z krajów, ogólnie rzecz biorąc, muzułmańskich. Bynajmniej nie ci wykształceni, tylko ci, którzy tworzą duże skupiska, mają własne sklepy, własne meczety, własne sąsiedztwo i nie kwapią się wyściubiać nosa na zewnątrz. Nienawidzą homoseksualistów, rozpasania kobiet, które śmią ubrać się np. w minispódniczkę; są fundamentalistami religijnymi, nie uczą się języka, bo nie chcą, nie umieją i nie mają na to czasu i pieniędzy. Nie chcą się integrować -- bo i z kim? z bezbożnikami? Nie chcą uczyć się tolerancji, którą uważają za idiotyczny wymysł cywilizacji śmierci. Brzmi znajomo?

Ci Polacy, którzy nie umieją się odnaleźć w Wielkiej Brytanii, na ogół mówią z niechęcią i drwiną o pedałach, żydach, komuchach, ale też o brudnych Arabach. Tymczasem -- na czym dokładnie, oprócz koloru skóry, polega różnica? (Pomijam tutaj kuriozalną teorię pana Graczyka, który zupełnie poważnie wywodził kiedyś na łamach Wyborczej, że różnica jest taka, że religia katolicka jest objawiona i prawdziwa, a wszystkie inne to wymysły.) Czytuję niekiedy na blogach emigrantów-wykształciuchów, jak to spotykają Polaków. Polacy dają się poznać po tym, że plują na chodnik, zataczają się, mówią "kurwa" i "jebany", bluzgają na Murzynów, kobiety, homoseksualistów, tubylców, turystów, wysokich, niskich, rudych, blondynów, grubych, chudych, etc. Mojemu własnemu Małżonkowi przydarzyło się do tej pory tylko jedno niemiłe zetknięcie z chamem w Amsterdamie, cham był narodowości polskiej i przyjechał na mecz. Ja sam automatycznie ściszam głos lub milknę, kiedy usłyszę w pobliżu język polski. Nieważne, czy słyszę słowa "Zaprawdę powiadam wam, iż Jeannette Winterson jest boginią literatury pięknej", czy "o kurwa, zobacz jaka dupa". Po prostu, takiej natury są moje wspomnienia z Polski, że kiedy w pobliżu znajdzie się rodak, przechodzę szybkim krokiem na drugą stronę ulicy.

* * *

W ten sposób, drogą bardzo, bardzo okrężną docieram do odpowiedzi na pytanie, dlaczego piszę o polityce, choć miałem przestać. Otóż dlatego, że chce mi się rzygać, gdy czytam wiadomości z Polski. Chce mi się rzygać, gdy czytam o tym, jak jakiś Grzegorz "Kto?" Braun lustruje profesora Miodka, o tym, jak Daniel Passent usiłuje zdobyć materiały na WŁASNY temat, które to materiały bez problemu są dostępne pani Gargas, o tym, jak w Polsce bez problemu można zorganizować demonstrację organizacji nazistowskiej, o tym, jak feministki świętują "sukces", jakim jest to, że tylko 60%, a nie 75% posłów jest fundamentalistami religijnymi, o tym, jak pan premier stwierdza, że co prawda obwodnicy Augustowa nie da się zbudować przez kolejne 8-10 lat i to jest wina ekologów, ale skoro mowa o Euro, to stadiony i autostrady w całej Polsce będą bez problemu gotowe do 2012.

W tej chwili uważam Polskę za miejsce nienadające się do zamieszkania. Nie dlatego, że "Nie wybaczę ci Polsko". Nie dlatego nawet, że rządzi koalicja końsko-buraczano-kartoflana (naprawdę, Tusk nie wzbudza we mnie o wiele cieplejszych uczuć, nie mówiąc już o Marysi Rokicie). Po pierwsze primo dlatego, że to bydło, jak by na to nie patrzeć, stanowi szacowne władze III (ciągle!) Rzeczpospolitej. Podobnie, jak kiedyś z PRL -- drugiej Polski pod ręką nie ma, drugiego rządu też nie, ten jest jedyny. Po drugie primo, jak to zdiagnozował (trafnie) taki jeden pan, jestem chory na Polskę. Inaczej mówiąc, zdaje się, że jestem patriotą. Nie latam co prawda z płonącymi swastykami po ogrodach, jak patrioci z Młodzieży Wszechpolskiej, ale za to mi zależy; zależy mi na tym, żeby w Polsce dzieci rodziły się bezpiecznie (a nie taniej), żeby nauczyciele zarabiali więcej niż żony posłów, żeby ministrami zostawali ludzie, którzy nie płodzą idiotyzmów typu "przestępstwem ma być posiadanie w miejscu publicznym noża lub innego przedmiotu - w okolicznościach wskazujących na zamiar ich użycia".

Dopóki nazistom wolno organizować manifestacje w kraju, w którym Niemcy budowali obozy koncentracyjne, dopóki wicepremierem rządu rewolucji moralnej jest przestępca, dopóki Polska Agencja Prasowa (a nie Katolicka Agencja Radia Maryja) pisze o dzieciach poczętych i cywilizacji śmierci, dopóki lekarze i opozycyjni politycy są aresztowani pod okiem kamer, a wypuszczani pół roku później po cichu w związku z brakiem zarzutów, dopóki podpisanie lojalki PRL dyskwalifikuje do końca życia, a niepodpisanie lojalki 33 1/3 RP do końca rządów kaczyzmu -- w Polsce normalni ludzie żyć nie mogą. (A wierzcie, że z zagranicy to widać o wiele lepiej, niż z wewnątrz.)

Po trzecie, największym grzechem kaczyzmu jest wprowadzenie podziału na dobrych i złych Polaków. (Polecam artykuł na ten temat w najnowszej Polityce.) Żeby być złym Polakiem wystarczy, w dużym skrócie, nie popierać kaczystów wystarczająco gorliwie. O ile nie wierzę w to, że sami koalicjanci zrozumieją w końcu, co robią (a raczej inaczej -- jestem przekonany, że robią to z premedytacją i w pełni świadomie), o tyle wierzę, że część przynajmniej popierających reżim IV RP zada sobie w końcu parę pytań. Na przykład: w jaki KONKRETNIE sposób podpisanie lub niepodpisanie lojalki dotyczącej bycia lub niebycia TW wpływa na bieg lustracji, do której ustawowo zobowiązany jest IPN i w której lojalka nie spełnia roli dowodu? Dlaczego KONKRETNIE niezłożenie lojalki jest złem? Po co KONKRETNIE są lojalki? Jaki KONKRETNIE ma wpływ złożenie lub niezłożenie lojalki na kompetencje zawodowe prof. Geremka, Ewy Milewicz lub profesorów uniwersyteckich? Czy aby na pewno fakt wyłączenia uczelni kościelnych spod lustracji dowodzi rozdziału państwa od kościoła? Może jestem naiwny, ale wierzę, że część ludzi ślepo popierających każdą najgłupszą decyzję łże-koalicji da się jeszcze uratować. Weźcie pigułkę (jeśli bez tego nie da rady...), pomyślcie samodzielnie, wyjrzyjcie poza kwa-trix!

Ale to ciągle nie jest odpowiedź na pytanie, dlaczego wracam do pisania o polityce. Bo w Warce jest ślicznie. Zakopane jest przepiękne. Mazury to jedno z moich ulubionych miejsc na Ziemi. Rospudy nie widziałem i chciałbym to nadrobić, zanim zamieni się w krajobraz postnuklearny. Poza tym nie lubię nazistów, wszy i miernot. Poza tym, chciałbym jeszcze kiedyś, np. za 30-40 lat odnaleźć się w Polsce, której mieszkańcy nie będą mówić o cywilizowanym świecie z drwiną, goryczą i niechęcią. (Wolałbym za 30, niż za 40.) Zresztą, czy to ważne, dlaczego? Czuję taką potrzebę. I mimo moich najszczerszych chęci -- zamykając Queerpolitik naprawdę wierzyłem, że uda mi się przeciąć pępowinę -- nic nie wskazuje, jakoby to się miało zmienić.