czwartek, czerwca 28, 2007

Z cyklu: brat Anzelm komentuje

Czy Robert Kubica, który jeździ w kasku z napisem Jan Paweł II, będzie świadkiem świętości papieża Polaka. Czy opieka Ojca Świętego ocaliła mu życie? [...] Polak uderzył w betonową ścianę toru w Montrealu jadąc z prędkością ponad 230 km/h. Szczęśliwie nic mu się nie stało - wyszedł z kraksy tylko ze skręconą kostką. Zaintreresowanie biura postulatora wynika z tego, że Polak jeździ na torach Formuły 1 w kasku z napisem "Jan Paweł II". Temat ocalenia Kubicy będzie prawdopodobnie poruszony w najbliższym numerze miesięcznika "Totus Tuus", wydawanego przez biuro postulatora procesu. Redakcja liczy na to, że kierowca zechce opowiedzieć o tym wydarzeniu z Montrealu.
Możecie sobie plwać ile wlezie, komuszki, a tymczasem Ojciec Święty Jan Paweł II Wiecznie Żywy będzie czynił cuda nawet tysiąc lat po śmierci za pośrednictwem napisów na kaskach. Tak tak owieczki moje i baranki. I mogą sobie lekarze i pielęgniarki, inspirowani przez wiadome siły pochodzące z wiadomych krajów i posiadające teczki w wiadomych instytucjach strajkować ile wlezie, a nas cudownie wyleczy OŚJP2WŻ. Nawet za milion lat kiedy ktoś sobie napisze na statku kosmicznym "Jan Paweł II" i statek nie rozbije się o planetoidę, będzie wiadomo, że to święty Ojciec Święty czyni święte cuda. Alleluja!

wtorek, czerwca 26, 2007

Z cyklu: obiektywizm PAP

"Federacja Ruchów Obrońców Życia oraz Polskie Stowarzyszenie Obrońców Życia Człowieka zgłoszą projekt nowelizacji ustawy o planowaniu rodziny, zapowiada "Dziennik". [...]
Projekt zakłada wprowadzenie dożywotniej renty dla chorych lub niepełnosprawnych dzieci, które nie zostaną zabite przed swoim urodzeniem."

"Polska Agencja Prasowa - publiczna agencja prasowa, jedyna państwowa agencja informacyjna w Polsce. Zgodnie ze statutem do jej zadań należy uzyskiwanie i przekazywanie odbiorcom rzetelnych, obiektywnych i wszechstronnych informacji z kraju i z zagranicy."

Z cyklu: "wypowiedzi do zapamiętania"

"Szef rządu powiedział, że "głodówka to nie jest niezjedzenie kolacji". - Jak będą w stanie głodu przez dajmy na to trzy dni, czy dwa choćby, to wtedy będzie można mówić o głodówce. Na razie nie zjadły kolacji, to jeszcze nikomu nie zaszkodziło - powiedział."

"Pytany o krytykę ze strony prawników, prof. Zbigniewa Hołdy i prof. Andrzeja Rzeplińskiego, którzy zwracali uwagę, że premier przesadza mówiąc o łamaniu prawa przez pielęgniarki, zaznaczył, że to "niesłychanie groźne zjawisko", a w "Polsce znika prawda"."

poniedziałek, czerwca 25, 2007

Solidarne państwo, część któraś tam

Pielęgniarki na zewnątrz mają utrudniony kontakt z czterema koleżankami w środku (budynek chroni tzw. kurtyna zakłócająca połączenia komórkowe). Ale od czwartku wiedzą, że koleżanki proszą o podpaski. [...] Siewierski: - Jak Dorota zaczęła mówić, jak tam jest, dziewczyny płakały, a jedna zemdlała. - To przerażające, bo prosiły o mydło, ręczniki, majtki i podpaski. A posłanka Szypińska spytała tylko: A co w zamian? - mówi Krystyna Ciemniak z władz związku pielęgniarek. [...] Kiedy padło pytanie, czy chociaż można dostarczyć karimaty, poseł Szczypińska powiedziała, że nie, to nie Hilton. A na pytanie, czy można dostarczyć podstawowe rzeczy, usłyszeliśmy: w zamian za co? "W ten sposób majtki pielęgniarek stały się kartą przetargową" - piszą pielęgniarki w komunikacie.
Posłanka Szczypińska, przypominam, czuje się sama pielęgniarką. Mam nadzieję, że bez podpaski. Tak oto pan premier zwalcza strajk: nie usuwa pań z Kancelarii bo "gdyby to byli mężczyźni" to by usunął, ale skoro to są kobiety, to odmawia im podpasek złotymi usty swojej Ókohanej.

A żeby wam to wyborcy taniego solidarnego państwa solidarnie zapamiętali.

DOPISEK, za Radykalną Demokracją: Zbiórka dziś, o 18, pod namiotem ogrodowym - bialy daszek, mniej wiecej w srodku miasteczka, przy płocie Łazienek. Porozumienie Kobiet 8 Marca zaprasza wszystkich chcących wesprzeć pielęgniarki!

niedziela, czerwca 24, 2007

Dziś: obrazki

Achtung, achtung. Gazeta Wyborcza opublikowała galerię zdjęć z berlińskiego Christopher Street Day. I wiecie co? Na dwóch zdjęciach nie ma ani jednego transwestyty!


Natrząsam się złośliwie, oczywiście, ale to jednak smutne, że kiedy dowolna polska gazeta ilustruje temat homoseksualizmu i/lub parad zdjęciami czegokolwiek innego, niż transwestytów, jest to wydarzenie tak niezwykle rzadkie, że aż wymagające odnotowania...

sobota, czerwca 23, 2007

Nie ma pierwiastka? Umierać!

Komentatorzy wydają się być przepełnieni ulgą w związku z osiągnięciem kompromisu na szczycie UE. Przeważa ton: "łojezu, jednak nie spaprali". Przyjrzyjmy się sukcesom negocjacyjnym pp. Kaczyńskiego i Fotygi.

Pierwszym sukcesem jest niewątpliwie zrażenie do siebie Angeli Merkel. "Fala krytyki dotyczy przede wszystkim wywiadu, w którym wieczorem premier Jarosław Kaczyński sceptycznie wypowiedział się na temat możliwości osiągnięcia kompromisu. Prowadzący wieczorny dziennik w telewizji ZDF określił mianem kuriozum fakt, że fiasko szczytu ogłasza polityk, którego w Brukseli nie ma. Z kolei brukselski korespondent programu ARD powiedział, że to, iż polski premier odrzuca kompromisowe propozycje poprzez telewizję, to największy afront, jaki mógł spotkać kanclerz Merkel." No, ale premier nie mógł jechać osobiście, bo pielęgniarki mu nie pozwoliły i coś mi mówi, że jeszcze o tym usłyszymy.

Drugi sukces to mechanizm blokujący: "Mechanizm będzie mógł być użyty, jeśli wystąpią o to kraje reprezentujące co najmniej 19 proc. ludności UE - tyle, ile dziś mają np. łącznie Polska i Francja. Eurokonstytucja przewidywała pułap 26,25 proc." Mechanizm blokujący niezbędny jest państwom, które postrzegają Unię jako zagrożenie, obawiają się, że z nieba przyleci wielki niebieski smok z unijnymi gwiazdkami i zacznie swym płomienistym oddechem palić nasze pola żyzne, pełne żyta, nasze kościoły, pełne wiernych. Czy mechanizm będzie wykorzystywany? Osobiście mam nadzieję, że nie, a jeśli już, to nie przez Polskę. Ale ja Unię postrzegam jako szansę, a nie zagrożenie i zależy mi raczej na jak największej jednomyślności, niż na blokowaniu czego popadnie.

Trzeci sukces: "kraje członkowskie zgodziły się ostatecznie na dodanie do unijnej Karty Praw Podstawowych, która ma mieć wiążący charakter, forsowanej przez Polskę deklaracji wykluczającej "naruszanie prawa krajów członkowskich do ustanawiania przepisów w dziedzinie moralności publicznej i prawa rodzinnego"." Warto było poobrażać europejskich przywódców, żeby zapobiec fali propagandy homoseksualnej. Żenada.

To niestety już koniec sukcesów, jeśli pominąć, że bracia Kaczyńscy po raz kolejny zrobili z gęby cholewę. Wszystko mi jedno, który jest autorem jakże celnego hasła "warto umierać za pierwiastek", ale pierwiastka ni ma i nie będzie. Tak więc... kobyłka przy płocie czeka. Marysia Rokita chwilowo bezpieczna, bo Nicea przetrwa do 2014, żywot uratowany, w obu znaczeniach tego słowa. Panie prezydencie, panie premierze, obiecuję, że będę płakać na pogrzebie.

piątek, czerwca 22, 2007

Telefony w mojej głowie...

Prezydent Francji Nicolas Sarkozy oraz premier Wielkiej Brytanii Tony Blair zatelefonowali do premiera Jarosława Kaczyńskiego, by przekonać Polskę do przyjęcia proponowanego na szczycie kompromisu w sprawie podejmowania decyzji w Radzie UE...
A Kaczyński na to: Mi Inglisz niet wersztejen!


Dwie sprawy, część druga

Dwie sprawy wzbudziły we mnie w ostatnich dniach mieszane uczucia; nie tyle sprawy, co cała otoczka im towarzysząca. Dziś o sprawie drugiej.

Wśród komentarzy dotyczących posta o sprawie pani Alicji Tysiąc pojawił się numer jej konta i zachęta do wpłat. Z jednej strony niby sytuacja jest jednoznaczna: kobieta potrzebuje, wpłacamy. Z drugiej strony -- budzi się we mnie bunt. Bo załatwienie tej sprawy w ten sposób jest zdejmowaniem odpowiedzialności. Bynajmniej nie z pani Tysiąc. Z państwa polskiego, które do urodzenia dziecka zmusza -- wbrew prawu,uzasadnionej aborcji odmawia -- wbrew prawu, ale przyznanego odszkodowania to już nie wypłaca. Bóg dał (dziecko), Bóg wyżywi.

Moje mieszane uczucia dotyczą też komentarzy. golem_t na przykład pisze: "Choć z drugiej strony - te wszystkie środowiska, które uczyniły z Alicji swój sztandar mógłby jej teraz pomóc." Jakie znowu środowiska? Jaki znowu sztandar? Środowiska zapewniły pomoc prawną, a nie musiały. Państwo musi zapłacić odszkodowanie, ale tego nie zrobi, bo liczą się procenciki poparcia dla kanapy Giertycha. Nie widzę drugiej strony. Wezwania rozmaitych kaczek do tego, aby wszyscy obywatele byli równi wobec prawa nie mogą dotyczyć tylko i wyłącznie polityków opozycji. Państwo zapisało w prawie, że w przypadkach takich, jak pani Tysiąc kobieta ma prawo do aborcji. Państwo nie wywiązało się ze swoich obowiązków. "Środowiska" zadbały o to, żeby po kilku latach prawnych batalii państwo musiało zapłacić za to, że nie wywiązuje się z obowiązków. W odróżnieniu od państwa "środowiska" w ogóle nic nie muszą, a fakt, że robią cokolwiek już stanowi przyjemną zaletę w porównaniu z ludźmi, którzy nie robią nic. Gdyby "środowiska" to, co zaczęły zrobiły ŹLE lub pogorszyły stan istniejący, wtedy możnaby je krytykować, ale mam wrażenie, że taka sytuacja nie zachodzi.

Hanna Samson napisała ostatnio w felietonie: "Nie, dziękuję, powiedziałam, gdy siedzący obok pan podsunął mi półmisek wędlin. Podsuwał dalej. Nie jem mięsa, jestem wegetarianką, przyznałam nieopatrznie, chcąc skończyć te nagabywania. I wtedy się zaczęło. [...] Warto rozmawiać, ale wynik rozmowy znamy z góry. Wyjdzie na to, że cały ten mój, pożal się, Boże, wegetarianizm nie ma sensu, prędzej czy później się złamię, stracę zdrowie, świata nie zmienię, a tak naprawdę jestem hipokrytką, no bo proszę, zgrabnym pytaniem mój rozmówca przygważdża mnie do ściany: Ale buty ze skóry to się nosi? Mistrzowskie zagranie, po którym to ja, która nie jem mięsa, muszę się tłumaczyć, że nie bronię zwierząt dość mocno, a nie on, który ich losem w ogóle się nie zajmuje. [...] Feministki są od tego, żeby zajmować się sprawami zwykłych Polek. Na naszym blogu www.stopfanatykom.blox.pl pojawiły się niedawno zarzuty, że feministki za mało zajmują się przemocą wobec kobiet. Nawet na własnym blogu muszą się tłumaczyć, że nie robią tyle, ile trzeba, bo przecież wszyscy wiemy, ile jeszcze trzeba zrobić."

Nie podoba mi się założenie, że "środowiska" które "wzięły Alicję na sztandar" teraz "muszą zrobić ściepę". Owszem, sam planuję wpłatę. Ale nie dlatego, że muszę, że środowiska, że sztandar. Dlatego, że mam taką fanaberię, nie lubię patrzeć, jak państwo odmawia kobiecie czegoś, co według ustanowionego przez państwo prawa się jej należy, a potem, kiedy zapadnie wyrok nakazujący państwu wypłacenie odszkodowania, państwo walczy dalej. Przeciwko obywatelce, na korzyść małej faszyzującej partyjki.

PS. Nie chciałbym, żeby ten tekst został odczytany jako atak na golem_t. Nie dostrzegam w jej (jego?) komentarzu złej woli, raczej pewną automatykę założenia, że sprawa pani Tysiąc to w rzeczywistości walka Polski sienkiewiczowskiej i gombrowiczowskiej i że w tej sprawie są dwie strony, obie równo silne, z równą ilością praw obowiązków. Tymczasem Polska jest jedna, a ja jak zwykle odmawiam stawania po jednej stronie barykady. Kaczki spędzają kolejne miesiące na wznoszeniu murów i obtykaniu ich drutem kolczastym. Nie ułatwiajmy im dzielenia nas na frakcje.

czwartek, czerwca 21, 2007

Dwie sprawy, część pierwsza

Dwie sprawy wzbudziły we mnie w ostatnich dniach mieszane uczucia; nie tyle sprawy, co cała otoczka im towarzysząca. Na razie napiszę o sprawie pierwszej.

Oto przed kancelarią premiera protestują pielęgniarki, na pomoc jadą im górnicy. Policja usuwa pielęgniarki, żeby udrożnić ulicę. Na pomoc przybywa Jolanta Kwaśniewska, przynosi czerwoną różę, niezbędną w każdym namiocie. Maria Kaczyńska za to nie przybędzie, bo Maciejowi Łopińskiemu "wydaje się, że nie ma teraz przestrzeni do mediacji". Pani Szczypińska, posłanka PiS, kiedyś pielęgniarka, sugeruje, że kontakt z pielęgniarkami ("koleżankami") znajdującymi się w kancelarii Premiera jest jak najbardziej możliwy, wystarczy, że wyjdą. Joachim Brudziński, sekretarz generalny PiS stwierdza, że to same pielęgniarki się poturbowały, solidarne państwo polega na tym, że "nawet tak ważna grupa jak mało zarabiające pielęgniarki nie może zablokować stolicy 40-milionowego państwa" (? -- nie bardzo widzę, w którym tu punkcie ta solidarność -- znaczy pielęgniarki powinny się solidaryzować z kierowcami, czy jak?), zaś brak reformy służby zdrowia powoduje opozycja i sami lekarze. No i pan Piecha, mój ulubieniec, który stwierdził, że rząd nie będzie rozmawiał z pielęgniarkami do poniedziałku, bo jest zajęty szczytem UE.

Mój niesmak wzbudza tu dokładnie wszystko. Pani Kwaśniewska jest w tej chwili osobą publiczną, jej wycieczka z różą do pielęgniarek jest zagraniem pod publiczkę nie dość, że niepotrzebnym, to niesmacznym. O wiele lepiej wypadła tu Hanna Gronkiewicz-Waltz, która pielęgniarkom dostarczyła wodę (i usłyszała od pana Brudzińskiego, że lepiej by zadbała o porządek -- ot, solidarne państwo). Pani Kaczyńska już raz w tym miesiącu miała własne zdanie na jakiś temat, następny raz Jarosław pozwoli jej mieć własne zdanie w sierpniu. Pani Szczypińska nie raczyła wspomnieć, czy jej dieta poselska jest tej samej wysokości, co pensja koleżanki pielęgniarki (być może w dowód solidarności zrzekła się nadwyżki, choć jakoś nie sądzę), nie wiemy więc, jak daleko sięga jej empatia. Panowie Brudziński, Gosiewski, Piecha i Kaczyński wraz z pielęgniarką Szczypińską operują wypowiedziami żywcem zapożyczonymi od Gomułki; strajk jest polityczny, inspirowany przez wiadome środowiska, pielęgniarki manipulowane, same się pobiły nawet, takie toto szczwane.

Z drugiej strony... Wiem, oczywiście, że budżet nie jest z gumy. Wiem, że reforma KRUS przeraża każdego kolejnego ministra finansów. Wiem, że policja wykonuje rozkazy i nawet mam wrażenie, że są one uzasadnione. Z drugiej strony... po pierwsze, bardziej współczułbym biednym rządzącym, gdyby nie wygrali wyborów dzięki populistycznym hasełkom i obietnicom nie do spełnienia. Skoro solidarne, to solidarne, skoro każdemu trzeba zagwarantować godną płacę, to każdemu, wzrost gospodarczy jest, pieniążki na Euro 2012 się podobno znalazły, KRUS nie trzeba reformować, na kolejne ministerstwa dla przystawek też pieniążki są, na odprawy dla kolesiów Wildsteina po pół miliona jest? To ja się nie dziwię, że pielęgniarki i lekarze też chcą trochę tego tortu.

Pominąwszy finanse, nic -- niezależnie od tego, kto rządzi -- nie usprawiedliwia chamstwa, kłamstw o politycznym podłożu strajku (strasznie dziwne te pielęgniarki i lekarze, kto by nie rządził, ciągle strajkują, jakaś opozycja totalna, a nawet totalitarna, czy co?) ani tekstu o premierze, co jest szczytem zajęty. Ma IV RP ministrę spraw zagranicznych, rzekomo najbardziej aktywną od przedwojny? To niech wybitna ministra i najwspanialszy prezydent jadą negocjować, a pan premier truchcikiem do pielęgniarek marsz. Po drodze niech sobie powtarza pod nosem to, co miał do powiedzenia Cimoszewiczowi za "Trzeba się było ubezpieczyć".

Mam cichą nadzieję, że solidarny (jak na razie głównie z neonazistami i drobnymi przestępcami) rząd przejedzie się na tym strajku, najlepiej prosto do niebytu. "Geniusz" polityczny Jarosława Kaczyńskiego jak na razie przejawiał się głównie w tym, że zauważał on istniejące problemy, tyle, że zamiast próbować je rozwiązywać, wskazywał winnych. Sposobem na uczynienie z Polski raju na ziemi miałoby być oto przewrócenie Stolika i rozbicie Układu (powtórzę za panem Kuczyńskim -- gadu, gadu, a Układu ani śladu), lustracja, zaostrzenie kar, zatrzymanie prywatyzacji, wdrożenie dziesiątek komisji śledczych, Centralne Biuro Antykorupcyjne, etc. Mijają dwa lata od wyborów, a trzech milionów mieszkań ani śladu, CBA zajmuje się głównie autokompromitacją, Układu ani śladu, IPN upowszechnia wycieki, kary coraz ostrzejsze... ale mimo tak niezwykłych sukcesów pielęgniarki i lekarze ciągle niezadowoleni.

PiS nie ma strajkującym do powiedzenia niczego więcej, niż powiedział już przy poprzednich okazjach. Strajki są polityczne, winna jest opozycja, strajkujący manipulowani. Tyle, że tym razem pojawiła się nowość; poznaliśmy definicję solidarnego państwa. Otóż nie jest to bynajmniej państwo, które solidarnie stara się poprawiać byt wszystkich obywateli, które zapełnia ich lodówki i podkłada poduszki pod kotki, jest to państwo, w którym nie wolno blokować dróg przed Kancelarią Zajętego Premiera. I jeśli nasza ukochana opozycja ma odrobinę rozumu, a stacje telewizyjne wyrzekną się pokusy cenzurowania spotów opozycji, tę definicję solidarnego państwa ludzie zapamiętają na mur, beton.

Przypomnę, że PiS wygrał wybory dzięki poparciu Solidarności (ups -- już niedługo, obawiam się), wyssanym z palca obietnicom bez pokrycia, dziadkowi z Wehrmachtu, poparciu ojca Rydzyka oraz reklamówkom z wyżej wspomnianym jedzeniem znikającym z lodówki. Teraz nasi patrioci, solidarni, pełni dobrych chęci i obietnic nagle są zajęci, nie mają czasu dla strajkujących, na razie podeślą im trochę policji i posłankę Szczypińską na otarcie łez, ewentualnie CBA aresztuje znowu parę lekarzy, żeby zwolnić kilka miejsc pracy dla nowych. I tylko ciekawe, jakie hasła wymyślą na kolejną kampanię wyborczą. Bo chyba nawet ciemny lud, tak opiewany przez Jacka Kurskiego nie nabierze się dwa razy na trzy miliony mieszkań, rewolucję moralną i tanie państwo.

wtorek, czerwca 19, 2007

Tanie państwo oszczędza na odszkodowaniu

Co ja mogę napisać w związku z odwołaniem od wyroku strasburskiego Trybunału w sprawie Alicji Tysiąc? Pani Tysiąc nie ma pieniędzy na życie, zaś w związku z odwołaniem odszkodowanie nie zostanie jej wypłacone. No, ale jej dziecko jest już narodzone, więc polscy prawicowcy z gębami pełnymi sloganów mają w d... to, jak pani Tysiąc sobie poradzi.

Smutny obraz wyłania się z tej sprawy. Rolą pani Tysiąc było urodzić i siedzieć cicho, co kogo obchodzi, czy straci wzrok, posłowie widzą i to wystarczy. Rolą dziecka pani Tysiąc było się urodzić, co kogo obchodzi, czy będzie miało co jeść, ważne, że niewiniątko nie zostało zamordowane w łonie matki, niech przymiera głodem, niech wyląduje w domu dziecka, byle się narodziło. Decyzja o odwołaniu jest w stu procentach polityczna. Giertycha, Wujkowskiej, Piechy nie obchodzi los pani Tysiąc ani jej dziecka, ważne, żeby pokazać moherowym wyborcom, że bronimy życia nadpoczętego. Moherowi wyborcy i wyborczynie są na ogół w wieku powyżej 50, zajście w ciążę im nie grozi, więc łatwo im decydować o tym, co ze swoimi macicami mają robić jakieś tam obce kobiety, które przecież nie musiały zachodzić w ciążę, mogły żyć w abstynencji, w końcu premier żyje w abstynencji i proszę, jak mu to dobrze zrobiło, premierem został. A czy są jakieś szanse na uchylenie wyroku? Zerowe. Nawet minister Religa przyznał, że wyrok był słuszny. Ale przecież nie o to chodzi, czy wyrok jest słuszny, tylko o to, że LPR dołuje w sondażach. Po plecach pani Alicji być może uda się wspiąć do Sejmu następnej kadencji.

Giertych i Jurek zarobili swoje marne punkciki w Rydzykowym radiu, brawo, owacje na stojąco, tylko czekać, który pierwszy pojedzie do Torunia promować swoje żałosne ugrupowanko. A pani Alicja i jej dziecko, którego syndromem ocaleńca tak się martwi pani Hanna Wujkowska, doradca ministra edukacji ds. ochrony życia? (A cóż to za stanowisko? Ja wiem, że w ramach taniego państwa możliwe jest dowolne mnożenie ministerstw, doradców, kierowników i asystentów, ale...) A niech se robi co chce. Urodziła, jak urodzić miała. Straci mieszkanie w imię wzrostu poparcia dla Giertycha z 1.2% do 1.3%? Trudno. Tak chciał Bóg i Roman. Pani Wujkowska się za nią pomodli. Alleluja.

niedziela, czerwca 17, 2007

Życie po Unii

Przewodnicząca grupy niemieckiej Wolnej Partii Demokratycznej (FDP) w Parlamencie Europejskim Silvana Koch- Mehrin zasugerowała Polsce wyjście z Unii Europejskiej, jeśli Warszawa miałaby obstawać przy blokowaniu unijnego traktatu. - Jeśli jakiś kraj nie czuje się dobrze w UE, należy mu powiedzieć: skoro wam to nie pasuje, jest i taka możliwość - powiedziała Koch-Mehrin gazecie "Saarbruecker Zeitung" (wydanie poniedziałkowe, tekst uzyskany przez agencję dpa). Zdaniem niemieckiej eurodeputowanej, jest "niegodne" Unii, by jeden jedyny kraj trzymał w niepewności i hamował wszystkie pozostałe. Koch-Mehrin uważa też, że jest niedopuszczalne, by któreś z państw członkowskich UE wymuszało "niedobre kompromisy".
Co to jest za argument w dyskusji, który opiera się na rosyjskiej doktrynie wielkości, my jesteśmy dużym narodem i nam się należy. Taki argument można zbić jeszcze bardziej trywialnym argumentem, Francja, czy Niemcy dogadują się i krzyczą, my płacimy najwięcej, zatem będziemy glosować według pierwiastka datków do wspólnej kasy. Problemem Polski od zawsze i tej Polski rządzonej przez dwóch takich, co im się uzębienie kończy na trójkach, nie jest to, że Polska nie ma racji, Polska w `maniu' racji jest najlepsza, problemem jest to, że tych racji nie potrafi wyegzekwować, a nawet inteligentnie, rzeczowo wyłożyć. Kto by nie chciał, żeby nasz kraj był znaczącym krajem w Europie, chyba się taki w Polsce nie znajdzie. [...] Pytam grzecznie, chcemy głosów bo co? Bo jesteśmy potęgą gospodarzącą? Bo mamy gaz, ropę inne niezbędne bogactwa naturalne? Bo wpłacamy do unijnej kasy 2 razy więcej niż Niemcy? Bo mamy w zamian cudowne strategiczne rozwiązania dla Europy i by je przeforsować potrzebujemy głosów. Nie słyszałem ani jednego takiego argumentu. Za to słyszę mniej więcej taką argumentację. Koalicjant LPR powiada, cała ta UNIA, to bzdet, to zagrożenie dla świadomości narodowej, dajcie nam głosy, aby było słychać co mamy do powodzenia i płaćcie nam za to gadanie. PiS grzmi, pamiętacie Niemcy co wasi DZIADKOWIE zrobili nam 60 lat temu, pamiętacie Anglicy i Francuzi jak nas w tym samym czasie pozostawili na lodzie wasi dziadowie? Jak nie pamiętacie to my bracia polscy wam przypominamy, wywleczemy Katyń przy okazji ruskiej blokady na mięso, rzucimy poległych w Powstaniu na pierwiastek, by przegłosować z czego robi się wódkę.
Cytat drugi, z Matki Kurki, jest długi, ale też właściwie w pełni wyraża moje przemyślenia na ten temat. Polityka zagraniczna prowadzona (choć nie wiem, czy to aby właściwe słowo) przez władców IV RP opiera się na przeświadczeniu, że nam się należy. Pytanie, czemu właściwie się należy, jest nietaktem, albowiem Jan Paweł III, albowiem Katyń, albowiem Hitler. Tyle, że to było wszystko kilkadziesiąt lat temu.

W Polsce można sobie prowadzić lustrację, ponieważ teczuszki leżą i czekają, zaś bohaterowie i antybohaterowie żyją. Niektórzy mają po 40-50 lat, pożyją jeszcze długo i lustrować można ich równie długo. Jeśli jakiejś teczuszki nie ma, nie można jej znaleźć lub zawartość nie zaspokaja potrzeb władców IV RP, można zawsze niewinnie zasugerować, że teczuszka się poplamiła i spaliła, tudzież insynuować, że wiedza na temat tego lub owego jest porażająca, dowody niezbite, niemniej jednak nie można ich opublikować, ponieważ nie pozwala na to dobro państwa, lub z innego powodu, jaki w danej chwili przychodzi do głowy ewolucjoniście oralnemu. Tak więc prowadzenie polityki metodą: siedźcie cicho, bo powiem co na was mam, bądź -- zamknij się komuchu i przypomnij sobie towarzysza takiego lub owego w Polsce ma się doskonale. (Inna sprawa, czy jest skuteczne, etyczne i zgodne z naukami niejakiego JP2.)

Niemcy natomiast... Kanclerzyni Merkel nie jest osobą, którą można oskarżyć o nienawiść wobec Polaków (mimo, że dziadek w Wehrmachcie, etc.) Co z tego, jeśli jej oferty i propozycje
pp. Kaczyńscy i Fotyga traktują tak samo, jak PiS traktuje Platformę -- póki jest grzeczna i robi, co chcemy, to powstrzymujemy się od komentarzy, zaś kiedy ujawni inne zdanie na jakiś temat, uderzamy natychmiast w ton krytyki totalnej, a nawet totalitarnej, bezprzykładnych fal nienawiści, tudzież oczywistych powiązań z pewną nacją, pewnymi środowiskami, etc. Tyle, że
o ile Tusk jest bezbarwnym i lekko bezwolnym prezesem ugrupowania, w którym ścierają się często poglądy dokładnie przeciwstawne, zaś Tusk musi pilnować swoich 30%, swojej Marysi i swojego Stefana, o tyle Niemcy nie mają takich problemów, nie muszą słuchać o tym, jak to Ribbentrop-Mołotow i o tym, jak to Hitler. Ileż można przepraszać i poddawać się szantażowi kraju, który ma do zaoferowania wyłącznie żądania, wybrzydzanie i świętoszkowate androny o chrześcijańskim przedmurzu?

Lech Kaczyński ma Angeli Merkel do powiedzenia tyle, że oferowany przez Polskę system to kompromis. Pozwolę sobie nieśmiało zwrócić uwagę, że kompromis to rozwiązanie być może nie idealne, ale akceptowane przez wszystkich partnerów. Takim rozwiązaniem wydaje się być dla 25 państw Unii system podwójnej większości. Jeśli mamy do zaoferowania rozwiązanie alternatywne, które nie interesuje nikogo oprócz nas, to powstrzymajmy się od używania słowa "kompromis", aby nie przywoływać dowcipu o Stalinie, co mógł zabić, ale poszedł na kompromis.

Na jednym z forów, niestety skleroza nie pozwala mi na przypomnienie sobie gdzie dokładnie, przeczytałem, że to, co robią Bracia jest analogiczne z sytuacją, w której grupa 25 znajomych osób chce się wybrać do kina na film A, zaś dwudziesty szósty, przy dość niewyraźnym wsparciu dwudziestego siódmego żąda, aby cała grupa wybrała się na film B, który nikogo oprócz 26-tki nie interesuje. Jeśli wszyscy pozostali nie zgodzą się na film B, 26-tka zerwie znajomość, zaś wybór filmu B jest kompromisem, bo przecież mógł zamiast tego sugerować wycieczkę do baru ze striptizem. Być może cała grupa ugnie się i zgodzi na film B, ale czy sądzicie, że kiedy 26-tka zaprosi ich na urodziny, zechcą przyjść, czy też będą mieli coś ważnego do roboty?

No i na koniec... Pan Warzecha z Faktu pisze:
Rzadko kiedy z Sejmu przychodzi budujący przykład. Tym razem taki przyszedł w postaci uchwały, popierającej rząd w staraniach o głosowanie systemem pierwiastkowym, nazywanym przez rząd - nie bez powodu - systemem równego wpływu. [...] Okazało się, że Platforma jest w stanie dogadać się z PiS-em w sprawie tak zasadniczej i poprzeć polskie stanowisko, a Liga Polskich Rodzin potrafi odpuścić sobie swoje zwykłe rozrabiactwo i zagłosować za projektem Platformy. Może i było to wszystko wymuszone okolicznościami, na pewno nie całkiem spontaniczne, ale mimo to warto powiedzieć: w tym jednym wypadku pokazaliście, panowie, klasę. Klasy nie pokazał za to SLD. [...] Usiłowałem słuchać wypowiedzi Olejniczaka na konferencji, podczas której wyjaśniał motywy działania swojej partii, ale słuchać się tego nie dało. Był to po prostu stek bzdur, wyświechtanych kalk, pomijających całkowicie twarde dane i fakty. [...] Brednie o naszym rzekomym osamotnieniu świadczą albo o złej woli, albo o nieznajomości unijnych mechanizmów. Na kwestię sposobu głosowania nakłada się bowiem cała siatka skomplikowanych interesów, co sprawia, że wielu naszych potencjalnych sojuszników - głównie państw średniej wielkości, typu Holandii czy Belgii - dzisiaj milczy. Co nie przeszkodzi im w przyszłości zająć być może korzystnego dla nas stanowiska.
Pan Łukasz pisze jeszcze dużo na temat tego, że łatwe formowanie blokującej mniejszości ułatwia negocjacje (wydaje mi się to dość dziwnym argumentem, zwłaszcza w zestawieniu z faktem, że Polska już teraz kompletnie odmawia słuchania argumentów Merkel, Sarkozy'ego i Zapatero i ma do zaoferowania wyłącznie zerwanie szczytu -- jeśli to ma być dowód, że po zwiększeniu siły głosu blokującego Polska zacznie chętniej negocjować i nie będzie się bezsensownie upierać, to nie wiem, jak Holandia, ale ja nie jestem przekonany).

Polski upór w kwestii umierania za pierwiastek może być uznany za zgodny z polską racją stanu wyłącznie przez osobę, dla której silna Unia jest zagrożeniem. Przez osobę, która nie może spać po nocach, myśląc z przerażeniem o tym, jak Niemcy, Francja i Anglia zbiorą się do kupy w parlamencie, poklepią po plecach i napiszą ustawę, pozwalającą na rozbiór Polski. Przez osobę, która postrzega Unię w ogólności, zaś Niemcy i Francję jako wroga, mającego na celu zniszczenie Polski, wyssanie z niej żywotnych soków i zamienienie w pokornego niewolnika. Rozumiem, że dla takiej osoby niezwykle ważne jest, aby Polska miała jak największą siłę blokowania, najlepiej, aby blokowała wszystkie ustawy unijne, bo nigdy nie wiadomo, która z nich posłuży wymordowaniu naszych katolickich synów. Ale... jak słusznie powiedziała Silvana Koch-Mehrin, Polska naprawdę nie musi siedzieć w Unii, skoro się jej tak boi. Nie było jeszcze w historii takiego wypadku, jak wyjście kraju z Unii Europejskiej, ale to nie znaczy, że takowy nie może się przydarzyć. Chcecie umierać za pierwiastek? Trudno. Jak powiedział Hans Poettering, śmierć Polski będzie bardzo bolesna. Ale -- panie hrabio -- słowo się rzekło, kobyłkę już do płota prowadzą. Na polskim grobie Unia złoży orchidee.

DOPISEK: Pan Jerzy Marek Nowakowski pisze:
Tak jednak, jak wszyscy (no prawie wszyscy) zgadzają się, że system pierwiastkowy jest dobry, tak samo prawie nikt nie ma zamiaru o niego walczyć. Mniej więcej jest jasne, że w pewnej chwili system pierwiastkowy będziemy musieli sobie odpuścić i zamiast niego zgodzić się na podwójna większość. Być może nieznacznie zmodyfikowaną. Pytanie - co możemy dostać w zamian. Nie będę się tutaj rozpisywał bo próbuję ten rachunek zrobić w tekście w Newsweeku ale jest to dobra okazja, żeby zastanowić się, nie tylko w Salonie, jakie najpoważniejsze interesy mamy w Unii do ugrania.
Polecam przeczytanie całości tekstu. Tyle, że pan Nowakowski opiera swoją notkę na założeniu, że Polska potrząsa szabelką, ale tak naprawdę wyciąga rękę do kompromisu. Ja odnoszę raczej wrażenie, że Polska potrząsa szabelką, ale tak naprawdę zamiast szabelki ma lekko sfotygowany pęczek koperku. Kto ma rację, dowiemy się niedługo.

Przegląd blogów

Dostojnie wygląda polski rolnik, ma swój charakter polski robotnik, nawet ta babcia w fartuchu to jeden z moich ulubionych obrazków, jest w tym jakiś uroczy sentymentalny kawałek ogólnego polskiego krajobrazu. Najgorzej wyglądają wyrwani z kontekstu rosyjskiego zaboru parafialni mężowie stanu, odziani w sukmanę, którzy z rozdziawioną gębą odgrażają się Niemcom i całej Europie, drą się o wielkości Polski, tupiąc walonkami i przynosząc Polsce wstyd, zawodzą o patriotyzmie nie znając hymnu narodowego. Taka IVRP ubrana w sukmany, ze świętymi obrazami żydowskiej królowej Polski, idzie na podbój Europy by wyzwolić ją od spisku semickiego, homoseksualizmu, nieobyczajności wszelakiej i prądu elektrycznego.
Ja zaś oddalam się do produkcji notki długiej i nudnej na tematy polityczne. A propos, poszerzyłem nieco szablon, aby moje długie i nudne notki wydawały się krótsze :)

sobota, czerwca 16, 2007

I co komuszki?

Mówiliście, że rząd nie zajmuje się gospodarką? Że nie reformuje? A tu proszę, jaką ustawę przyjął nasz ókohany Sejm:
Utworzenie sklepu o powierzchni sprzedaży powyżej 2 tys. metrów kw. będzie wymagać zezwolenia gminy i sejmiku wojewódzkiego - zdecydował Sejm. Zezwolenie natomiast nie będzie wymagała budowa obiektu handlowego o powierzchni handlowej do 400 m kw. [...] Ustawa o WOH uzyskała negatywne stanowisko rządu. Urząd Komitetu Integracji Europejskiej dwukrotnie stwierdzał jej niezgodność z prawem europejskim. Odrzuciły ją też dwie komisje senackie oraz Biuro Legislacyjne Senatu jako niezgodną z Konstytucją RP i prawem Unii Europejskiej. Negatywnie o ustawie wypowiadali się również przedstawiciele branży handlowej oraz eksperci Polskiej Konfederacji Pracodawców Prywatnych (PKPP) "Lewiatan".

I co komuszki? Senat odrzucił, rząd się sprzeciwił, ustawa jest niezgodna z prawem europejskim, z Konstytucją RP, negatywnie wypowiadali się kapitaliści i wyzyskiwacze. Czyż trzeba jeszcze więcej rekomendacji? My, Sejm, jeszcze pokażemy, że ustawa lustracyjna to nie był najgorszy gniot, jaki potrafimy uchwalić! Alleluja i do mediów, chwalić się, jacy z nas patrioci i katolicy!

środa, czerwca 13, 2007

Nowe lewice

W "Przeglądzie" Jerzy Domański pisze: "Dziennikarze tłumnie przybyli na konwencję programową SLD. I nie zawiedli się. To oczywiście mój pogląd, bo każdy usłyszał, co chciał, zarówno ci, którzy chętniej sytuują partię bardziej na lewo, jak i wyznawcy przemożnej roli wolnego rynku. Tyle że w przeciwieństwie do niedawnej przeszłości SLD wyraźnie skręcił w lewo. Tam, gdzie od dawna jest europejska lewica. Po stronie pracowników i ich praw. W obronie ludzi wykluczonych. Po stronie wszelkich mniejszości. Razem z nauczycielami i lekarzami, spółdzielcami i działkowcami. Nareszcie, po latach oburzającego kunktatorstwa, jasno powiedziano, że znacząco musi być podniesiona płaca minimalna. Że za to, co dziś dostaje polski robotnik, nie da się wyżyć. Podobnie jest z emeryturami i rentami. SLD przestał się bać, że takie stanowisko okrzyknięte będzie populizmem i nie spodoba się temu naszemu, pożal się Boże, przyspieszonemu kapitalizmowi, uwielbiającemu oszczędzać wyłącznie na kimś."

Bardzo to ładne. Tyle tylko, że niewiarygodne.

Zacznijmy od skrętu w lewo, gdzie od dawna jest europejska lewica. To prawda, że tam właśnie jest europejska lewica i to prawda, że SLD deklaruje, że zmierza w tym samym kierunku. Tyle tylko, że ani trochę mnie to nie przekonuje. SLD po prostu już kiedyś wygrał wybory hasłami lewicy, obrony mniejszości i ludzi wykluczonych, po czym prowadził politykę centro-prawicową, zajmując się już to generowaniem kolejnych afer, już to wślinianiem się między spocone pośladki hierarchów Kościoła, którzy niestety w nagłe nawrócenie SLD nie uwierzyli i apolitycznie wezwali wiernych do głosowania na PiS i LPR. Rządy SLD były tak niezwykle udane, że poparcie z 41% stopniało do 11%. Gdy chwalę "sukcesy", nie mówię o gospodarce (prywatnie uważam, że rząd Belki był jedną z lepszych rzeczy, jakie się Polsce przytrafiły). Mówię o realizacji tzw. idei lewicowych. SLD miało w tej dziedzinie duże możliwości. Można było zliberalizować ustawę antyaborcyjną, można było wprowadzić możliwość rejestrowania związków partnerskich, można było nie wysyłać żołnierzy do Iraku. Co z tego wynikło, wiemy wszyscy. Postawę SLD jako "europejskiej lewicy" znakomicie charakteryzuje dla mnie "uroczy bon mocik" Leszka Millera, który zapytany o stosunek do gejów odparł "wolę lesbijki". Ha ha, zaśmieli się ze zduszonym gardłem homoseksualiści, którzy uwierzyli w wyborcze obietnice europejskiej lewicy SLD. Ho ho, zaśmieli się pełną piersią posłowie prawicy.

SLD ma ciekawą właściwość. Otóż o obronie mniejszości nasi lewicowcy pamiętają wtedy, kiedy są w opozycji, lub mają małe poparcie. Z chwilą objęcia rządów mniejszości idą w zapomnienie. I fakt, że Robert Biedroń został w 2005 umieszczony na czwartym miejscu listy SLD niespecjalnie zmienia moją opinię, zważywszy na fakt, że było oczywiste, że osoba z czwartego miejsca mogła właściwie w wyborach nie startować. To właśnie robi SLD dla mniejszości: wykonuje gesty bez znaczenia. Co mnie obchodzi, że pan Olejniczak chwilowo odczuwa napływ chęci bronienia mniejszości? Akurat idealnie rok temu, 13 czerwca 2006 Wojciech Olejniczak "wyraził na łamach dziennika "Trybuna" opinię, że osoby homoseksualne w Polsce nie zgłaszają potrzeb uznania swoich praw, a więc problem nie istnieje." Skoro problem nie istnieje, to po co lewica nagle bierze się za obronę mniejszości?

Powody, dla których Polacy umieszczają polityków w rankingach uczciwości tuż za lichwiarzami są następujące:

1. Kompletny brak ideowości. Ludzie, którzy są w SLD nie są tam dlatego, że są europejską lewicą, tylko albo dlatego, że byli w PZPR, albo dlatego, że nie chcą ich w PiS. Ich poglądy zmieniają się w zależności od tego, czy partia jest w opozycji (żądania uznania postulatów mniejszości, liberalizacji ustawy antyaborcyjnej) czy też akurat rządzi. Jest to o tyle zabawne, że ani Kościół, ani tzw. normalni polscy katolicy w przemianę SLD nie uwierzyli, co więcej -- ani jej nie oczekiwali, ani też nie zmieniła ona ich zdania o złych komuchach.

2. Populizm. Populizm to nie tylko żądanie zwiększenia płacy minimalnej do 2000 zł. To również twierdzenia, że po wprowadzeniu liniowego podatku opustoszeją lodówki, odmowa reformy KRUS oraz obietnice 3 milionów mieszkań. Skutki tych obietnic są takie, że nikt nie wierzy politykom, natomiast głosuje się na tych, którzy naopowiadają najwięcej bredni, bo może przypadkiem zrealizują 1% i i tak będzie fajnie. Tyle, że ludzie odpowiedzialni nie obiecują, że wybudują 3 miliony mieszkań, bo wiedzą, że to zwyczajnie niemożliwe. Tak więc wybory wygrywają nieodpowiedzialni oszuści, którzy są gotowi obiecać cokolwiek komukolwiek.

3. Ordynacja wyborcza, która powoduje, że Giertych zostaje wicepremierem otrzymawszy 5 tysięcy głosów, a Tadeusz Mazowiecki nie wchodzi do Sejmu otrzymawszy głosów 30 tysięcy. Aktualnie PiS planuje jeszcze bardziej uwolnić obywateli od ciężaru decydowania, kto będzie rządzić, za pomocą głosowania na bloki wyborcze, dzięki któremu Giertych ma szansę zostać wicepremierem w kadencji 2009-2013 otrzymawszy głosów np. 300. Jeśli mój głos może nie tylko nie zmienić niczego w sytuacji mojego kandydata, ale również zostać policzony komuś z zupełnie innej partii, po cholerę mam w ogóle głosować?

4. Zajmowanie się pierdołami. Ustalmy coś: Polska, dzięki UE, przeżywa rozkwit. Ale to nie potrwa wiecznie. Już brakuje 200 tysięcy pracowników w budownictwie, eksperci już zaczynają nieśmiało przebąkiwać, że wzrost gospodarczy nie potrwa wiecznie. Czym zajmuje się rząd? Minister edukacji wycina lektury i wprowadza mundurki. Minister rolnictwa pije kawę w ministerstwie i nie ma czasu jechać do sądu. Premier straszy złą Unię swoim weto, nie wiadomo po co, ważne, żeby prowadzić politykę nie na kolanach. Ministra spraw zagranicznych straszy Rosję bombardowaniami. Minister budownictwa buduje wirtualne mieszkania, tym razem w liczbie 1,7 mln do 2012 roku. (Kto je zbuduje? Zwłaszcza, że do Euro 2012 priorytety będą zupełnie inne? Nie wiadomo.) Czym się zajmuje ministra finansów? Prezentowaniem propozycji do budżetu 2008, w którym mają wzrosnąć zarówno dochody, jak i wydatki. O reformach nie słychać. Słychać za to dużo o ważnych dla społeczeństwa problemach: morderstwach nienarodzonych, lustracji i koszulkach z liściem marihuany. I żeby chociaż słychać było w takim kontekście, że podczas nielegalnych aborcji umierają tysiące kobiet, lustracja do niczego nie prowadzi, co świetnie widać z historii Wałęsy, który opublikował swoją teczkę, ale pani Walentynowicz i tak wie lepiej, zaś w Holandii spożycie narkotyków jest mniejsze niż w Stanach...

Pan Domański pisze: "Zobaczymy, czy historia da jeszcze jedną szansę tym, którzy robiąc wiele sensownych rzeczy, coś niecoś także spartolili, by mogli naprawić własne błędy." Tymczasem Łukasz Fołtyn, twórca Gadu-Gadu, bierze się za zakładanie Partii Socjaldemokratycznej. Mariusz Łapiński i Leszek Miller -- moi SLDowscy ulubieńcy -- zakładają kolejną partię Prawdziwej Lewicy. Obok czeka Sławomir Sierakowski i jego lewica, powiedzmy, intelektualna, skupiona wokół "Krytyki Politycznej". Tyle, że dzięki ordynacji wyborczej, która odbiera sens głosowaniu na konkretne osoby i nie dopuszcza do Sejmu ugrupowań o poparciu w skali kraju powyżej 5% mamy praktycznie pewność, że Zieloni 2004, otoczenie Sierakowskiego, czy też PSD Fołtyna niczego nie zdziała, chyba, że zblokuje się z SLD, dzięki czemu będzie mogła skończyć jak Unia Pracy.

Czy my naprawdę musimy dawać kolejne szanse Millerowi i Olejniczakowi? Czy naprawdę wybory 2009 muszą się odbyć pod hasłem "zgaduj-zgadula, w jakiej partii jest dzisiaj Rokita"? Mam w nosie to, co będą robić rewolucjoniści moralni spod znaku wyrokowców i neonazistów, mam gdzieś to, czym będzie się zajmował Donald "Walnąłbym w stół, ale boję się, że popsuję sobie manikiur" Tusk i Marysia "Margines" Rokita, mam w serdecznym poważaniu poczynania pana Olejniczaka, który przeczytał przedruk jakiegoś artykułu z "Tageszeitung" i odkrył, że europejska lewica zajmuje się mniejszościami, a on też jest lewica, więc od dzisiaj lubi już gejów i lesbijki, przynajmniej dopóki nie stracą czynnych praw wyborczych. Ale myśl o tym, że dzięki manipulacjom przy ordynacji wyborczej 20% ludzi odda głos na PiS, dzięki czemu Giertych zostanie wicepremierem, jednak mnie przeraża. A pamiętajmy, że Trybunał Konstytucyjny w końcu też zostanie odzyskany i wtedy już łże-rewolucjonistów nic nie powstrzyma.

Czy nie moglibyśmy mieć w przyszłej kadencji dwóch Sejmów? W jednym siedzieliby sobie Oleksy, Miller, Rokita, Lepper, Giertych, Sowińska i Kaczyńscy, wykorzystywaliby swoje jeszcze jedne szanse, lustrując się jak dzicy, wywieszając krzyże w toaletach sejmowych i prowadząc politykę zagraniczną nie na kolanach. Drugi Sejm zostałby wybrany za pomocą ordynacji zakazującej startu w wyborach osobom prawomocnie skazanym, nieposiadającym wyższego wykształcenia, zgadzającym się podpisać zobowiązanie, zgodnie z którym zostaną rozliczone z realizacji swoich obietnic wyborczych. Ordynacja nakazywałaby również obsadzanie stanowisk ministerialnych wyłącznie ludźmi posiadającym wykształcenie kierunkowe, dzięki czemu unikalibyśmy magistrów dmowskologii na stanowisku ministra rybołówstwa. Ordynacja ta mogłaby na przykład połowę miejsc obsadzać za pomocą jednomandatowych okręgów wyborczych, a połowę proporcjonalnie. A potem połowę Polski myjemy zwykłym szamponem, chciałem powiedzieć -- oddajemy w zarządzanie zwykłemu Sejmowi, a drugą -- drugiemu, nowemu Sejmowi. I zobaczymy, który sobie lepiej poradzi.

Naiwne, co? Głupoty piszę, przecież wiem, jakie są uwarunkowania, znam ograniczenia, realizm, panie, tu się nic nie da zrobić, żadne wrzaski i krzyki nas nie przekonają, że czarne jest czarne, etc. Skoro tak, to dalej sobie wybierajcie między Lepperem a Millerem, dawajcie kolejne szanse. W końcu Endrju stwierdził, że Samoobrona powinna rządzić w Polsce przez 50 kadencji. Na razie, dzięki panu Kaczyńskiemu rządzi dopiero jedną, więc trzeba Samoobronie dać jeszcze 49 szans.

poniedziałek, czerwca 11, 2007

Szczwany plan

Pani Walentynowicz, którą gazeta.pl nazywa legendarną działaczką Solidarności, a ja prywatnie całkiem inaczej, twierdzi, że Lech Wałęsa był agentem SB. Po co konkretnie SB obaliła komunę przy pomocy swojego agenta pani Walentynowicz nie chce powiedzieć, dokumenty Lecha jej nie interesują, bo ona swoje wie i jakieś tam fakty jej w paradę nie wejdą. Ale stwierdzenie, że Wałęsa zaprosił ją na imieniny po to, żeby podać jej truciznę, naprawdę mnie uderzyło.

Wyobraźmy sobie, jakiż niezwykły umysł musiałby stworzyć taki plan. Oto mamy noblistę, eks-prezydenta Polski, jednego z kilku dosłownie Polaków znanych prawie każdemu na świecie. Ten oto człowiek postanawia zgładzić starą panią Walentynowicz, z powodów nieznanych. Powiedzmy, że dobra i prawa pani Walentynowicz chce mu odebrać rentę 20 funtów rocznie, którą księciunio, chciałem powiedzieć noblista, przeznacza na rozpustę. W tym celu więc księciunio zaprasza ją na imieniny, albowiem jego służący Baldrick (na zdjęciu) doradził mu szczwany plan: na imieninach będzie wielu gości, w tym Andrzej Gwiazda, o ile oczywiście przyjdzie. I akurat -- cóż za spryt!!! -- wtedy panią Walentynowicz ktoś otruje. I nikt na pewno nie pomyśli, że to Lechu! Bo przecież na swoich imieninach by nie truł! Najciemniej pod latarnią! Alleluja i do grobu!

Pani Anno, mam prośbę. Niech Pani zrobi to, co doradzam Annie Fotydze. Siedzi cicho. Bo kiedy się Pani odzywa, to -- znowu jak z Fotygą -- ciemno wszędzie, głupio wszędzie. No i polecam lekturę dokumentu SB pt. "Plan działań pogłębiających antagonizm pomiędzy A. Walentynowicz a L.Wałęsą oraz między osobami wokół niego skupionymi". Ubawi się Pani.

Skoro mowa o szczwanych planach, Wałęsie i Baldricku, niezwykle mnie ubawiło tłumaczenie TVP, dlaczego zupełnym przypadkiem podczas wizyty Dubya Busha (który chciał spotkać się z Wałęsą, ale autorytety i elity IV RP się nie zgodziły) zasłonił się (samoczynnie) napis "Gdańsk Lech Walesa Airport". Otóż "powodem zasłonięcia przez TVP napisu była adaptacja saloniku VIP na gdańskim lotnisku na studio telewizyjne. Warto zauważyć, że napis znajduje się na takiej wysokości, że nawet bez specjalnej adaptacji pomieszczenia nie byłby widoczny (rozmowa odbywała się na siedząco)".

Jest to tłumaczenie tak wybitne, że zdecydowanie musiał je obmyślić -- w pocie czoła -- Baldrick. (Być może miał wtedy na głowie rzepę.) Otóż napis został zasłonięty, żeby go nie było widać, ale i tak by go nie było widać, nawet gdyby nie był zasłonięty, tak więc w zasadzie można uznać, że był niezasłonięty. I wszystko to nie ma absolutnie żadnego związku z karzełkami -- nie o wzroście mówię, tylko o tak zwanym poziomie -- które wykonują takie ewolucje moralne, że już człowiek czasem nie wie, czy to Jacek przez płot skakał, a Placek podsadzał, czy odwrotnie.

piątek, czerwca 08, 2007

Pani Fotyga grozi Rosjanom

Anna Fotyga, znana ministra spraw zagranicznych w rządzie ewolucji moralnych, nadal zajmuje się nieprowadzeniem polityki zagranicznej na kolanach:

"Minister Spraw Zagranicznych, Anna Fotyga odpowiedziała dziś na groźbę Putina. Powiedziała, że jego wypowiedź zmusza Polskę do zbrojeń. - Groźby Rosji, dotyczące wycelowania jej rakiet, stwarzają poczucie niebezpieczeństwa i przekonują nas do konieczności szukania sposobów wzmocnienia naszych możliwości militarnych - powiedziała szefowa MSZ Anna Fotyga w wywiadzie dla rosyjskiej agencji Interfax."

Pani Anno, obiecuję, że nie będę się z pani już śmiać i nie zabiorę pani lalki ani łopatki, ale proszę, niechże pani nie grozi Rosjanom zbrojeniami, bo pękną ze śmiechu i będzie dużo bałaganu do sprzątania...

czwartek, czerwca 07, 2007

Ale zabawa!

"Metropolita katowicki Abp. Damian Zimoń, przemawiając na uroczystościach Bożego Ciała, zaapelował by praca była wykonywana w poczuciu odpowiedzialności. Odnosząc się do tragedii w kopalni "Halemba" Zimoń ocenił, że w górnictwie panuje atmosfera "sukcesu za wszelką cenę". - Praca musi być wykonywana w poczuciu odpowiedzialności, nie możemy być niewolnikami pracy - podkreślił w czwartkowej homilii abp. Zimoń. [W oczywisty sposób jest ksiądz arcybiskup lewakiem -- O.]"

"Strajki lekarzy i zapowiedzi protestów innych grup zawodowych to "klasyki terrorystycznej metody" - uważa bp. łomżyński Stanisław Stefanek. Przemawiając w czwartek, na koniec procesji Bożego Ciała, bp. Stefanek nazwał protesty lekarzy i podobne plany nauczycieli i kolejarzy "znęcaniem się nad zakładnikami na oczach władcy". Zakładnicy to - zdaniem Bp Stefanka - chorzy, uczniowie, pasażerowie. Według hierarchy wykorzystuje się ich jako element wymuszenia na władcy określonych gestów. - To terrorystyczna metoda, coś się nam tu pomyliło - ocenił cytowany przez KAI biskup. [Ten ksiądz biskup nie jest lewakiem -- O.]"

'Bóg obrał życie rodzinne. [? -- czy chodzi o Ojca, Matkę, Syna i Córkę Świętych? O.] Kocha rodzinę - mówił abp Nowak w rozważaniach wygłoszonych w trakcie procesji do czterech ołtarzy. - Daj nam, Częstochowie, dobre rodziny Bogiem silne - takie, które karmią się Ciałem Jezusa i potrafią przezwyciężać ten świat, który laicyzuje, sekularyzuje, który wyniszcza świętość rodziny - wołał metropolita. Zaapelował m.in. o wierność małżeństw, o miłość do dzieci i życia oraz o mądrość dla ludzi, "żeby nie szukali jakichś innych form życia i współżycia poza Bożym prawem". - Zachowaj nas Panie przed aborcją, eutanazją, przed tym wszystkim, co jest sprzeczne z miłością rodzinną - zwracał się w modlitwie abp Nowak. [Księże arcybiskupie, zapewniam, że aborcja księdzu nie grozi -- O.]"

"Przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski, metropolita przemyski abp Józef Michalik [...] Mówiąc o konieczności ochrony życia, zaznaczył, że są jeszcze ludzie broniący je od chwili poczęcia. "Partia, która obecnie rządzi w Polsce i partia, która jest w opozycji nie zdała egzaminu moralnego, etycznego, nie broni, nie promuje życia, nie promuje rodziny w należyty sposób" - mówił abp. Michalik. - Są jeszcze uczciwi politycy, jak były marszałek Sejmu, druga osoba w kraju po prezydencie, który odchodzi, bo jego przekonania zostały podeptane. Chcemy otoczyć go modlitwą i wszystkich ludzi uczciwych, którzy w sposób ofiarny patrzą na dobro innego człowieka - stwierdził metropolita przemyski."

"Ta wypowiedź ma charakter sądu nad całym PiS, które jest jedyną siłą walczącą o wartości w Polsce – ocenił poseł PiS. Dodał, że jest to "forma prezentu dla sił liberalnych i postkomunistycznych". [Abp Michalik jako liberał i komuch -- tego się nie spodziewałem -- O.] Cymański powiedział także, że Kościół zachowuje bezstronność w polityce, a "szczera" wypowiedz abpa Michalika oznacza tylko tyle, że Kościół korzysta z przysługującego również jemu prawa głosu w publicznej debacie. [Buhahahahaohohohohoeheheheheahahahaha... ojej, panie pośle, brzuch mnie ze śmiechu rozbolał -- O.]"

Apolitycznych wypowiedzi biskupów i arcybiskupów niestety nie odnotowano.

Suplement, za Łupsem:

"Jak się okazało, duchowni nie mają o rządzie najlepszego zdania. Najostrzej wypowiadał się przedstawiciel episkopatu, biskup bydgoski Jan Tyrawa. "Obecny rząd nie może pochwalić się żadnymi osiągnięciami. Politycy wycofują się z wielu obietnic. Zajmują się wyłącznie swoimi sprawami, są oderwani od społeczeństwa" - powiedział biskup, sugerując, że solidarna polityka rządu to fikcja. Hierarcha skrytykował też administrację, która - jego zdaniem - działa niewydolnie i niekompetentnie. "To jest czas gorszy niż w komunizmie. Działania rządu grożą anarchią. Straszy się nas nowymi przepisami. Każdy urzędnik może zrobić, co tylko się mu podoba, nie ponosząc konsekwencji. Wprowadza się bałagan" - grzmiał bp Tyrawa. Dodał, że popiera strajk lekarzy i ostrzegł polityków, że "za tymi strajkami mogą pójść rolnicy, kolejarze, górnicy i inne grupy społeczne"."

Wśród apolitycznych biskupów bp Tyrawa podoba mi się najbardziej, na drugim miejscu komunista-liberał Michalik :D

środa, czerwca 06, 2007

Post nr 200

"Niektóre kobiety wstydzą się karmienia piersią i nie chcą tego robić publicznie. Poza tym reklama może obrażać starsze osoby - mówi Berezowska.
- Jak jakaś matka czy dziecko może obrazić się na pierwszy obraz jaki widzi w życiu? - dopytują w wydawnictwie.
- Mamy takie społeczeństwo jakie mamy - podsumowuje Berezowska."

Nie będę komentować starszych osób obrażonych karmieniem piersią, bo mamusia mnie uczyła, że wobec starszych należy być uprzejmym. A wyraz "pierdolnięty" nie wydaje mi się jakiś niezwykle uprzejmy... Zwrócę tylko uwagę: cenzury nie zażądał 1) autor książki, 2) autor okładki, 3) wydawca. Cenzury zażądała firma reklamy zewnętrznej AMS: "W AMS powiedziano nam, że autobusy na 100 procent nie przejdą w MZA, a billboardy też lepiej zakleić - mówi Malejczyk. - Padła propozycja, abyśmy zmienili reklamę. ale zdecydowaliśmy jedynie o zaklejeniu sutka kwadracikiem, bo jest to forma puszczenia oka do osób, które wiedzą, co to "cenzura"." Mam cichą nadzieję, że podobnie, jak nominacja Giertycha na ministra edukacji, tak firmie AMS nie zostanie zapomniana sugestia zaklejania sutków. Pani Berezowskiej wróżę wielką karierę w IV RP i wyrażam nadzieję, że V RP szybko przyjdzie i rozliczy poprzedniczkę :D

Ten człowiek organizuje Wam Euro 2012 :)

"Nie ma powodów aby łączyć pakiety Kluski i Szejnfelda. Pan Szejnfeld nie kwestionował III RP, systemu dzięki któremu pan Kluska znalazł się w wiezieniu. Pan Szejnfeld broni układu"

A co jest w pakiecie Szejnfelda? A furda to kogo obchodzi. Pan Szejnfeld jest z PO.

Przyjmuje ktoś zakłady, że Polska nie zdoła zorganizować Euro 2012? Łatwy zarobek zawsze się przyda...

wtorek, czerwca 05, 2007

Politycy z piaskownicy, czyli maaamooo, to jego wina

"To Jarosław Kaczyński jest prawdziwym autorem ewentualnego odbudowania się postkomunistów w Polsce - powiedział Komorowski. [...] Zdaniem premiera, Platforma "sama sobie stworzyła tę sytuację" poprzez "nieustanny, furiacki atak na PiS, na IV Rzeczpospolitą", który - w ocenie szefa rządu "budował szansę komunistów". Odnosząc się do wyrażonej w wywiadzie dla "Wprost" opinii szefa PO Donalda Tuska, że po najbliższych wyborach możliwa będzie koalicja PiS i SLD, J. Kaczyński stwierdził, że "nikt w Polsce w to nie uwierzy". "Natomiast to, że Tusk prowadził swoją partię w ramiona SLD i bardzo SLD wsparł, i wsparł Kwaśniewskiego to jest oczywisty fakt" - powiedział premier. [...]
Komorowski wskazał na "ewidentne", jego zdaniem, "pobratymstwo" SLD i PiS, jeśli chodzi o podejście do m.in. części zagadnień gospodarczych. "PiS jest socjalistyczne w myśleniu np. o własności, w myśleniu o roli państwa w gospodarce jest centralistyczne jak duża część lewicy" - uważa wiceszef PO. Premier ocenił w "Sygnałach Dnia", że Donald Tusk "tworzy w Polsce straszliwe niebezpieczeństwo powrotu do tego wszystkiego co działo się w ciągu tych kilkunastu lat po 1989 r..."

Kto by pomyślał, że będę jeszcze kiedyś poważnie rozważał głosowanie na SLD. Zwłaszcza, jeśli Miller, Łapiński i Oleksy pójdą sobie zakładać jakąś kolejną Prawdziwą Rzeczpospolitej Lewicę... (Nie mogę znaleźć linka, ale chyba dziennik.pl pisał o takim rozrzewniającym pomyśle.) To by było w sumie bardzo przyjemne, gdyby wszyscy najbardziej skompromitowani populistyczni egomaniacy w przepoconych garniturkach założyli sobie kanapowe partyjki :) Rokita i Boruta Dla Rzeczpospolitej, na przykład. Pęk RP. Łyżwa Narodu Polskiego...

No i postscriptum w wykonaniu samego Donalda: "Ja mówię, że społeczeństwo dzieli się dziś pomiędzy PO i PiS. Setki artykułów i setki rysunków satyrycznych dowodzą, że od 15 lat na polskich ulicach nie było tak gorącego podziału politycznego. Owszem, w wielu sprawach PiS i PO są do siebie podobne, ale wie pan, w ilu sprawach CDU i SPD są do siebie podobne? W 98 proc." A, to jest się czym chwalić. Jaka jest różnica między PiS i PO? Taka, jak między Kaczorem, a Donaldem...

Wybór

"Odpowiadając na pytania dziennikarzy, premier zastanawiał się, czy możliwe jest "tak radykalne ograniczenie swobody w państwie demokratycznym". - Mając radykalny wybór: palenie czy obsceniczne manifestacje, wybieram palenie - podkreślił premier"

Ale jaki znowu wybór? W Polsce znowu upały, może panu premierowi przygrzało? A może on nie papierosy pali, tylko co innego?

niedziela, czerwca 03, 2007

Wielki Literaturoznawca

Na "Wyborczej" wyniki sondażu pt. "Z kim nie chcielibyśmy, żeby nasze dziecko wzięło ślub". Partner/ka tej samej płci zajmuje oczywiście miejsce pierwsze z 83% wskazań, osoba narodowości romskiej -- piąte z 51% wskazań, Żyd trzyma się nieźle z 29% wskazań i miejscem siódmym, zaś osoba dużo gorzej wykształcona przeszkadza ledwie 13% ankietowanych. (Warto zauważyć, że pytani byli nie tylko ludzie z wykształceniem wyższym, więc w sumie mogę uwierzyć, że rodzice dzieci, które zaliczyły dwie klasy podstawówki nie zmartwiliby się tym, że mąż lub żona mieliby za sobą klasę jedną, lub zgoła tylko przedszkole.)

Natychmiast po publikacji wiatru w żagle nabrali liderzy LPR, ucieszeni brakiem zainteresowania Polaków wykształceniem małżonków latorośli. Minister Edukacji "skrytykował Gombrowicza za „Trans-Atlantyk”, który - jak sam przyznał - niedawno przeczytał. Według niego Gombrowicz opowiada w książce o człowieku, który w 1939 roku migał się od służby wojskowej i wyjechał do Argentyny, aby tam szukać przygód." Wielki (wzrostem) Literaturoznawca dodał też, że "porównywanie Gombrowicza i Henryka Sienkiewicza to absurd, ponieważ Sienkiewicz stoi na dużo wyższym poziomie." Moja pani od polskiego złapałaby się za głowę; pamiętam do tej pory, jak na próbnej maturze padło pytanie o cztery dzieła polskich autorów, które powinien przeczytać cały świat. O Sienkiewiczu wspomniał kolega, który matury w końcu nie zdał, a kilka lat później na ulicy żebrał o papierosy. Cóż, przynajmniej poziom miał wyższy. Mieszkał na piątym piętrze, a ja na pierwszym.

Wielki Literaturoznawca uzasadnia wyższość Sienkiewicza nad świętami Bo... chciałem powiedzieć Gombrowiczem w taki oto niezwykle wyrafinowany intelektualnie sposób: "posługiwanie się językiem polskim bez znajomości tych książek byłoby niezrozumiałe. Bo jak można nie wiedzieć, co znaczy "podarować Niderlandy" czy "kończ waść, wstydu oszczędź". Trudno sprzeczać się z takim stwierdzeniem. Tyle, że tekst "kończ waść, wstydu oszczędź" zna również moja ciotka, która Trylogii w życiu nie czytała, ale za to widziała wiele benefisów Daniela Olbrychskiego, a w każde święta ogląda w TVP którąś z części "Trylogii". No i cieszy fakt, że po przeczytaniu ponad półtora tysiąca stron Roman zapamiętał aż dwie frazy. Może jak przeczyta raz jeszcze, zapamięta jakąś trzecią? Polecam "Baśka, nic to" -- krótkie i dobitne.

Zostawmy już Literaturoznawcę, bo spod dna puka sam Wojtuś "Niegej" Wierzejski: "Poseł powiedział, że on w liceum nie przerabiał Sienkiewicza i zaczytywał się nim prywatnie. Natomiast Gombrowicza przerabiał, ale nie znosił jego książek. - Nie trawiłem Gombrowicza - przyznał Wierzejski. [...] Wierzejski odparował, że Szczuka należy do "Polski gombrowiczowskiej", która nie ma żadnych wartości, nie reprezentuje narodowego patriotyzmu. Z kolei "Polska sienkiewiczowska", do której on należy, zakorzeniona jest w konserwatywnych wartościach." Teraz będą dwie Polski, gombrowiczowska i sienkiewiczowska. Gombrowiczowska myśli tylko o pupie, w poniedziałek ja, tudzież wyjeżdża do Argentyny szukać przygód. (Pani Kazimiero, nieładnie tak szukać przygód w Argentynie, migając się od wojska. Tsk, tsk.) Sienkiewiczowska myśli o patriotyzmie, co chwila wysadza jakieś klasztory, tudzież podarowuje Niderlandy. I dzieli książki na prawomyślne i nieprawomyślne.

Trudno mi jest się w ogóle odnieść do potwornych bredni, serwowanych nam przez Księciunia Romana i Tołdiego Niegeja. Tak się składa bowiem, że czytałem w szkole zarówno Gombrowicza (obowiązkowe "Ferdydurke") jak i Sienkiewicza (obowiązkowe "W pustyni i w puszczy", obowiązkowy "Potop" plus kilka nowelek; nie pomnę, których konkretnie, bo przy okazji przeczytałem sobie wszystkie nowele zebrane). Trylogię bardzo lubię, jest to wyjątkowo przyjemne i długie (to zaleta) czytadło, które postrzegam trochę podobnie do "Mody na sukces", poza tym ma tę zaletę, że można je otworzyć na dowolnej stronie i przystąpić do lektury. Gombrowicz natomiast nie pisał literatury pocieszającej, łatwej i przyjemnej; przy lekturze Gombrowicza konieczne jest myślenie (i tu rozumiemy już, czemu Giertych "Trans-atlantyku" nie czytał, a Wierzejski nie strawił). Jeśli do lektury przystępuje osoba do myślenia niezdolna, rezultatem są takie kwiatki, jak "książka o człowieku, który się migał od służby wojskowej". ("Ferdydurke", jak mniemam, to dla Romana książka o złym uczniu, co Wieszcza nie lubił.) A jednak nie potrafię rzucić beztrosko "Sienkiewicz stoi na o wiele wyższym/niższym poziomie" od Gombrowicza, bo w jednym Literaturoznawca ma rację: porównywanie książek tych autorów nie ma sensu. Nie czuję się ani obywatelem Polski gombrowiczowskiej, ani sienkiewiczowskiej. Ani Polski stommowskiej, ani musierowiczowskiej, ani michnikowskiej, ani nawet herling-grudzińskiej. Wydaje mi się, że człowiek, który naprawdę stoi na "wyższym poziomie" nie musi sobie ograniczać listy czytanych autorów do tego jednego, który mu pasuje idealnie do światopoglądu.

Stefan Chwin pisze: "Być może Roman Giertych nie cierpi Gombrowicza dlatego, że został sportretowany przez tego pisarza pod postacią sławnego pedagoga Pimki. Marzeniem ministra oświaty jest szkoła polska kierowana przez profesora Bladaczkę, wbijająca do głowy młodym Polakom nie tylko, że Słowacki wieszczem był, lecz także, że wieszczem prawdziwym był Jan Dobraczyński, pisarz, który kochał rodzinę i wartości chrześcijańskie i dlatego poparł stan wojenny u boku ojca ministra." No dobrze, ale to wszystko nie wyjaśnia, dlaczego z kanonu lektur ma być usunięty chociażby Herling-Grudziński; "Inny świat" pamiętam do tej pory, śnił mi się po nocach. Nie pamiętam, żeby w tej książce wspominano o przygłupich pedagogach, ludziach z twarzą konia lub krytykowano nadętych pseudopatriotów, więc o co chodzi? Osobiście mniemam, że Literaturoznawca wybrał po prostu utwory, których nie przeczytał...

Jest jednak nadzieja, że reformy Wielkiego Literaturoznawcy zakończą się tak samo, jak dotychczasowe: do kanonu dopisze się parę dodatkowych książek Sienkiewicza, jakieś dzieło o Wielkim Papie i reforma będzie odfajkowana. "Jak przychodziłem do ministerstwa, żadna książka Sienkiewicza nie była obowiązkowa. (...) Jak słyszę głos pana Michnika, który lamentuje, że się to przywraca, to mam wrażenie, że wycięcie Sienkiewicza było intencjonalnym działaniem w celu skrzywienia podstaw patriotyzmu polskiego" woła Roman z Zagłobą w klapie. Szkoda, że nie wpadł na pomysł sprawdzenia, czy to chociaż prawda: "Po pierwsze: powieść i nowela Sienkiewicza BYŁY w kanonie lektur, kiedy pan minister Giertych obejmował swoje stanowisko. Dowód: aktualne jeszcze rozporządzenie o podstawach programowych do nauki języka polskiego , które można również znaleźć na stronie internetowej MEN. Min. Giertych listę pozycji Sienkiewicza tylko powiększył. Po drugie: "Gazeta" w ogóle nie zajmowała stanowiska w sprawie Sienkiewicza. To tylko min. Giertych, dmąc w róg patriotyzmu i machając sienkiewiczowską chorągwią, chce odwrócić uwagę od niekompetencji MEN, które wycięło z listy lektur wielkie nazwiska literatury, takie jak: Gombrowicz, Witkacy, Goethe, Kafka, Dostojewski." Ciemno wszędzie, głupio wszędzie. Ot, rewolucja moralna.

PS. "Na koniec związkowcy podarowali wicepremierowi żółto-czerwoną kartkę. - Ale za chwilę może być czerwona. Obiecujemy, że jeśli nic się nie zmieni, to przystąpimy do strajku i to bardzo skutecznie - mówił do Giertycha Jarosław Krauze z zarządu dolnośląskiej "Solidarności" i wręczył mu książkę Gustawa Herlinga-Grudzińskiego "Inny świat" (według planu MEN-u ma zniknąć również z kanonu lektur obowiązkowych). - To dla pana, bo właśnie pan żyje w innym świecie - powiedział Krauze. Wyraźnie zdenerwowany Giertych odparł: - Niech pan sam ją przeczyta, bo to pan żyje w innym świecie." Ooo, panie ministrze, ładna odpowiedź, brawo brawo, widać, że pan oczytany i dysponuje mnóstwem rzeczowych argumentów. Można jeszcze raz prosić ten cytat, co się kończy "wstyd i oszczep"?

piątek, czerwca 01, 2007

Number One



Ten utwór zajął pierwsze miejsce na brytyjskiej liście przebojów w 1997 roku. Od tego czasu w Anglii nie narodziło się ani jedno heteroseksualne dziecko, w związku z czym Anglicy niezwłocznie wyginęli :D